Nudy na pudy
(2006-12-07)
Art
Zostań recenzentem Merlin.pl.Podziel się swoją opinią i zdobywaj piórka!
Więcej o recenzencie
Nad produkcją "5:55" pracowało kilku znamienitych producentów, a wśród nich m.in. francuski duet Air, który nadał kilku kompozycjom z tego krążka, własny charakter. Lecz w rzeczywistości są to mało emocjonalne, delikatne piosenki, w których fortepian odgrywa priorytetową rolę, a dziewczęcy, subtelny głos Charlotte, przemieszcza się pomiędzy dźwiękami z niebywałą lekkością, nadając tym kompozycjom iście francuskiej elegancji. Nie ulega wątpliwości, że podczas pierwszego przesłuchania, trudno zapamiętać z tej płyty cokolwiek, gdyż poszczególne piosenki tak naprawdę nie wyróżniają się niczym specjalnym. Podobne aranżacje, podobne koncepcje i właściwie ten sam śpiew, czasem przywodzący na myśl estetykę duetu Donna Regina, jak w bodaj najlepszym na płycie, mrocznym "The Operation". "5:55" to właściwie zespolenie tradycyjnego popu z francuską piosenkowością, wzbogacone o elementy rodem z muzyki ambient i lo – fi. Jednakże te wszystkie, bardzo różne inspiracje raczej nie wpływają na ogólny obraz albumu, bez wątpienia bardzo statyczny, senny, mało wyrazisty i momentami zupełnie pozbawiony muzycznej materii.
(2 z 9 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Wspaniałość
(2006-10-05)
Jacek
Żardzin
Więcej o recenzencie
O Charlotte Gainsbourg usłyszano po raz pierwszy w 1985 roku. W wieku 14 lat pojawiła się w duecie z Sergem Gainsbourgiem (ojcem) na singlu "Lemon Incest", który niespodziewanie wzbudził spore zamieszanie. Nie chodziło o warstwę muzyczną, lecz o skandal, jaki wywołało wideo nakręcone do utworu. Baraszkując na łóżku, gdzie leżał półnagi, posiwiały, ale wciąż lubieżny Serge, wtórowała mu dziewczęcym, ekstatycznym głosem. Wideo oraz singel zostały odebrane jako pochwala pedofilii i kazirodztwa i niemal natychmiast zakazano ich emisji w wielu krajach. Serge, jako niezrównany mistrz prowokacji, wyzywając krytyków od zboczonych purytanów odciął się od wszystkich zarzutów tłumacząc, że jego utwór to pieśń chwaląca czystą, ojcowską miłość. Singel zrobił oczywiście sporą karierę we Francji i do dziś uchodzi za klasyczną kompozycję z nurtu francuskiej piosenki lat osiemdziesiątych. Po tych wydarzeniach świat zapomniał o Charlotte, owszem pojawiała się tu i ówdzie nagrywając duety z mało znanymi twórcami czy robiąc za, brzydko mówiąc, muzyczne tło. Dwadzieścia lat od "osławionego" debiutu trzeba było czekać na samodzielną płytę, więc tym bardziej byłem ciekaw, co sławna córka sławnego ojca może nam zaprezentować.
Bardzo byłem zaskoczony słuchając "5.55". Nie spodziewałem się tak dobrej produkcji, ba podszedłem wręcz do wydawnictwa bardzo nieufnie i ze sporym uprzedzeniem. A tu niespodzianka. Jakże byłem uradowany słysząc, że córka wielkiego Serge'a Gainsbourga odziedziczyła po ojcu nie tylko nazwisko, ale i talent. Bądźmy jednak obiektywni - talent, to może za mocno powiedziane, ale umiejętność kreowania klimatu i wzbudzania emocji na pewno jest określeniem sprawiedliwym. Podchodziłem sceptycznie do płyty Charlotty ze względu na twórczość jej matki (Jane Birkin) a zarazem żony Serge'a. Niestety, Jane Birkin zbytnio muzycznie uzdolniona nie była, owszem głos miała (a raczej nadal ma) wielce zmysłowy i ponętny, ale to jednak trochę za mało. Tym bardziej cieszy mnie, że Charlotta dostała w spadku po rodzicach najlepsze cechy. Wokal Charlotty zmysłowością nie ustępuje matczynemu, maniera wokalna bliska z kolei jest Serge'owi. Serge śpiewał zazwyczaj w jednej tonacji, mamrocząc jakby od niechcenia, lecz emocji zaszytych w jego głosie można było niemal dotknąć. Za stronę muzyczną "5.55" odpowiedzialni są chłopcy z Air, dzięki czemu tzw. french touch bardzo wyraźnie daje się we znaki we wszystkich aranżacjach. Płyta pomimo, że śpiewana po angielsku w klimacie jest wielce francuska. Wielbiciele grupy Air stwierdzą to po pierwszym przesłuchaniu. Leniwe, senne kompozycje wzbogacone subtelną elektroniką kołyszą ulotnymi dźwiękami, budując klimat przesycony seksualnością, a mocny fortepian dodaje utworom szlachetności i powabu. Szepcząco-mówiony wokal łagodnie wtapia się w warstwę muzyczną - brak atakujących pseudowokalnych popisów sprawia, że płyta jest nieinwazyjna, miękka niczym aksamit, słodka (lecz nie przesłodzona) jak doskonała francuska kawa. Słuchając "5.55" od razu nasuwa się porównanie z "Historie de Melody Nelson", wspaniałą płytą Serge'a Gainsbourga - i to właśnie jest wielką zaletą, jako że "Historie..." to rzecz przepiękna i ponadczasowa. Chwała za to, że córce udało się zbliżyć do największego osiągnięcia jej ojca, pozostając równocześnie artystką o sporej (jak się okazało) dawce indywidualizmu. Utwory "Jamais" i "Night-Time Intermission" śmiało można by wkleić do wspomnianego "Historie..." i mało kto zorientowałby się, że powstały w zupełnie innej epoce - "Historie..." opublikowano w 1971 roku! Z tej też przyczyny album "5.55" wymyka się ramom czasowym, ta płyta mogłaby powstać równie dobrze w latach 70-tych czy 80-tych tchnąc świeżością niczym letni powiew po zimie stulecia. Oby tak dalej, mam nadzieję, że kolejne płyty Charlotte Gainsbourg będą równie dobre, co "5.55". Wielkie brawa za doskonałą produkcję, wielkie brawa dla artystki, która odważyła się wyjść z cienia demonicznego ojca.
(15 z 17 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji