Najdalsza podróż Vangelisa
(2007-08-31)
MarS
Więcej o recenzencie
Vangels nawiązuje do dwoistości Antarktyki. Rozpoczyna od zakreślania fizycznych granic tego, co takowych nie pragnie posiadać. Tłumaczy nam z pomocą muzyki, że Lodowej Planety nie wypada mierzyć i analizować. Jak każdego artystę kusi go drugie, mniej analityczne spojrzenie - wzrok pełen zachwytu i trwogi.
„Antarctic Echoes” jest badaniem po omacku wśród lodów i śniegu. W spokoju dalekim od jazzowego i pełnego ruchu „The City”. Kinematic” robi nam wtedy pewną niespodziankę, dynamizując album i odrywając od nieuchwytności. Przenosi przez krainę, gdzie wrażenie nieskończoności jest regułą. Vangelis uderza w tak dobrze sobie znany patos.
Dla melomana takiego jak Alex de Large, bohatera „Mechanicznej pomarańczy”, dzieło artysty byłoby substytutem potężnych symfonii, które młodzian zwykł słuchać w czasie swej mrocznej niedorosłości. „Song of White” na nowo łagodzi napięcie, by kończyć motywem, który u Vangelisa fascynuje i lubi się pojawiać na kompilacjach. Ten fragment nie jest jednak jedyną wartością albumu, to bardziej jedna z wizytówek twórczości mistrza. „Life of Antarctica” przekonuje o słuszności wyboru tego elektronika za przewodnika po krainie lodu. „Memory of Antarcitca” pozostawia w smutku i nostalgii za miejscem. I buduje chęć do kolejnego przesłuchania. Vangelis tworzy w nas wspomnienia, których bezpośrednio nie doświadczyliśmy. Czy dzieli się swą własną wiedzą, sięgając głębiej niż arktyczny turysta?
Kto jednak wyjeżdża na wakacje w takie miejsca? Zwykła podróż by pewnie nie pomogła, o czym przekonuje „Other Side of Antarctica” - spojrzenie na mistyczną stronę lądu, który jeszcze może się czymś takim poszczycić. Kraina wciąż ukrywa swe tajemnice, a zaginieni ludzie są tu chyba najmniejszą z nich. Gdyby ktoś chciał nakręcić film dziejący się na Antarktyce, powinien pomyśleć o tym albumie. Tyle, że tutaj jest już pewien film, zaplątany w swą potencjalność. Wystarczy go odczarować z płyty, a będzie lepszy niż wieczór w kinie.
Zresztą jest to muzyka, na którą nie zasłużyłoby nawet „Coś” Carpentera. Na pewno nie nadawałaby się w całości, bo dotyczy skrajności. Nawet ulegając złudzeniom Vangelisa, nie sposób nie odczuć, że ta poezja ma matematyczne podstawy. A wszystko ze sobą wiąże logika. Przeplatanie potężnych utworów przez delikatne fragmenty doprowadza do harmonii, jaką Vangelis wypracował choćby w „China”. Znów mu wystarczyło niewiele czasu, by opowiedzieć o wielkiej krainie. I tak naprawdę niczego nie ominął. To od nas zależy, ile skorzystamy z albumu, ile zdołamy wyodrębnić tu potencjalnych treści. I czy damy się omamić Vangelisowi, którego elektryczne czary zastąpiły te bardziej konwencjonalne zaklęcia.
(2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji