Twórcą soundtracku do obrazu, który zdobył aż 8 nominacji do Oskara (w kategoriach: najlepszy film, reżyser, aktor pierwszoplanowy,scenariusz adaptowany, scenografia, zdjęcia, montaż, dźwięk) i ostatecznie statuetkę dla najlepszego aktora (Daniel Day-Lewis) jest Jonny Greenwood, gitarzysta formacji Radiohead. Ścieżka dźwiękowa nie ma jednak nic wspólnego z formą artystyczną właściwą dla tego zespołu. Soundtrack stanowi doskonałą ilustrację filmu - jego trzonem jest 80-osobowa sekcja smyczkowa (kwartet smyczkowy oraz BBC Concert Orchestra pod batutą Roberta Zieglera). Greenwood wykorzystał tu motywy klasyczne (m.in. koncert Brahmsa), jak również sięgnął do swojej pierwszej ścieżki dźwiękowej (Bodysong), przenosząc do Aż poleje się krew utwór Convergence.
To jest muzyka!
(2008-03-19)
Karina
Łagowska
Więcej o recenzencie
"I oto - ostatnie już narzędzie poszło w ruch i ostatnie spoidło przykręcono; - narzędzia wiertnicze były już gotowe do swej długiej podróży w głąb ziemi. Była to chwila wielka, podobna do tej, kiedy spuszczają okręt na morze - lub też do przysięgi pierwszego prezydenta republiki!"
Upton Sinclair, Nafta, przeł. Antonina Sokolicz
Każdy, kto oglądał najnowszy film Paula Thomasa Andersona wie, że muzyka nie jest tu formą pięknej dekoracji. Trudno ją nawet rozpatrywać w kategoriach dopowiedzenia, bo ona mówi własnym językiem i wyznacza własny rytm opowieści.
Wśród tych, którzy byli w kinie, nie brakuje skrajnych opinii, jedni chwalą innowację, inni narzekają na "niezrozumiały hałas". Jedno jest pewne - muzyk Radiohead Jonny Greenwood i współpracujący z Andersonem przy poprzednich jego filmach Jon Brion - wspólnie stworzyli dzieło, które nie tylko możemy usłyszeć, ale i zobaczyć, kompozycję, która zdaje się płodem jałowej teksańskiej ziemi, która układa się na naszych oczach w wielki szyb naftowy, pada na nas zimnym cieniem, przyprawia o dreszcz, dezorientuje.
Im lepiej rozumiemy "Aż poleje się krew", im większy napełnia nas smutek z tego powodu, tym lepiej identyfikujemy się z owym ciężkim "hałasem", odnajdujemy w nim siebie pomniejszonych, zagubionych pośród ponakładanych na siebie obrazów i treści, czytelnych z osobna, ale tu sprawiających wrażenie zmieszanych i chaotycznych. Ten chaos jednak okazuje się uporządkowaną całością. Jest jak wspomnienie, które wyparliśmy, a które znienacka wysyła do nas tajemnicze, zapomniane znaki.
W tej muzyce się uczestniczy, jest ona narratorem, przemawia w sposób niezrozumiały jak grecka przepowiednia, a wieści rzecz straszną - krew.
Miałam wrażenie, jakby spadły na mnie dźwięki, które nie lubią swego słuchacza, które chcą mnie wyszydzić, obrazić. Jeśli muzyka miałaby być formą mizantropii, to Greenwood i Brion osiągnęli zamierzony efekt - stworzyli jeszcze jednego bohatera filmu, który ucieka od świata i Boga w pustkę i bezsens.
Ciekawe jest, że w kulminacyjnym momencie akcji, gdy makabra i groteska splatają się ze sobą, kakofonia ustępuje miejsca wesołej melodii, co w widzu wywołuje nagły, odruchowy sprzeciw, dzięki czemu, zarówno dzieła Andersona jak i towarzyszącego mu muzycznego dramatu - nie sposób wymazać z pamięci.
(3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji