-
-
-
-
Above
- Mad Season
-
cena:
24,99
zł
-
-
-
Inni klienci oglądali również...
Pełny opis produktu: Bedlam In Goliath [Jewelcase]
Średnia ocena z 7 recenzji
(Dodaj własną)
- Wykonawca:
-
The Mars Volta
- Firma fonograficzna:
-
Universal Music Group
, 2008
- Nr katalogowy:
- 1757530
- Sprawdź inne tytuły:
-
The Mars Volta
Czwarty album w dorobku formacji powstałej po rozpadzie At The Drive-In to dynamiczna, sunąca niczym niszczycielskie tornado historia o trójkącie mężczyzna-kobieta-jej matka. Jej genezę stanowią zabawy z dość pechową tabliczką ouija zakupioną przez gitarzystę zespołu, Omara Rodriguez-Lopeza w Jerozolimie, którym zespół oddawał się podczas trasy z Red Hot Chilli Peppers w 2006 r. Owa tabliczka została nazwana "Wróżbitą" (The Soothsayer), jako że według Omara zdawała się sama dyktować opowieści, które potem trafiły w formie liryków na ten krążek. Muzycznie - rewolucja! To chyba najprzystępniejsze jak dotąd dzieło Mars Volty, z krótszymi, mniej kakofonicznymi i bardziej przyjaznymi radiu nagraniami. Gościnnie usłyszymy Johna Frusciante z Red Hot Chili Peppers.
| Posłuchaj utworów: |
| 1. Aberinkula |
|
| 2. Metatron |
|
| 3. Ilyena |
|
| 4. Wax Simulacra |
|
| 5. Goliath |
|
| 6. Tourniquet Man |
|
| 7. Cavalettas |
|
| 8. Agadez |
|
| 9. Askepios |
|
| 10. Ouroboros |
|
| 11. Soothsayer |
|
| 12. Conjugal Burns |
|
- Bedlam In Goliath [Jewelcase]
- Wykonawca:
-
The Mars Volta
Więcej energii niż w całym Las Vegas
(2008-02-16)
Arkadiusz
Kaminski
Więcej o recenzencie
Najnowsza płyta "The Mars Volta", obecnie uważanej za jedną z najbardziej oryginalnych muzycznie kapel rockowych świata, ujrzała światło dzienne. "The Bedlam In Goliath" to album dość odmienny od dotychczasowych dokonań grupy. Mniej na nim rocka progresywnego i improwizacji, a więcej utworów przyjaznych dla ucha, momentami niemal popowych. Ale nie oznacza to, że muzycy postanowili wystawić swoje nowe wydawnictwo na "targowisku próżności", nic bardziej mylnego. To wciąż ta sama Mars Volta, nieco nieprzystępna, nieokiełznana i prowokująca i ta sama kakofonia, która pojawia się z pierwszym przesłuchaniem, by potem z każdym kolejnym, przemieniać się w kompozycję niesamowitych, dopracowanych i skompresowanych do granic możliwości dźwięków, które układają się w spójną i przemyślaną całość. Nie ma tu miejsca na nudę, a satysfakcja i radość rosną z każdym kolejnym odsłuchaniem - bo jest to płyta, której niestety (albo i całe szczęście) po jednym przesłuchaniu ogarnąć się nie da, co w dobie totalnej muzycznej komercji i powszechnego nastawienia na zyski finansowe, jest ogromnym plusem. "The Bedlam In Goliath" to muzyka z pewnością alternatywna i odkrywcza, wnosząca do współczesnego, ospałego rocka nowe świeże brzmienie, a do tego naładowana taką dawką energii, że dzięki niej można by rozświetlić całe Las Vegas. Nie jest albumem łatwym, ale mimo to najbardziej komunikatywnym ze wszystkich dotychczas wydanych. Dlatego może warto zacząć kontakt z twórczością "The Mars Volta" właśnie od niego.
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Jest coś na rzeczy...
(2008-02-05)
chaq
Więcej o recenzencie
Mars Voltę można kochać albo nienawidzić. Można też jej w ogóle nie słuchać, ale wtedy zalicza się do tej drugiej grupy. "Bedlam In Goliath" jest jak zwykle w przypadku tego zespołu płytą wysokich lotów. Jeśli ktoś chce zacząć dopiero podróż z Mars Voltą, niech sięgnie po debiut. "Bedlam In Goliath" nie jest płytą w pełni przedstawiającą niepowtarzalność tej grupy, a to właśnie stanowi o jej sile i geniuszu. Mam do tej płyty jeden zarzut... Nie, to nie jest zarzut właściwie, jedynie pewien niepokój. Ten niepokój to po prostu "pop". Mars Volta na tej płycie w niektórych momentach wyraźnie idzie w stronę popu (o ile rock progresywny w ogóle może się z popem kojarzyć). Gdy pierwszy raz usłyszałem singiel "Wax Simulacra" to bardzo się zdziwiłem. Ten utwór ma niecałe trzy minuty. Do tej pory radiowa długość i Mars Volta nawzajem się wykluczały. Ale cóż... utwór niezły. Druga rzecz, ściśle zresztą związana z pierwszą obawą, to fakt, że utwór "Goliath" jest niczym innym niż bardziej rozbudowaną i szybciej nagraną wersją utworu "Rapid Fire Tollbooth". Niby to nic złego, ale skoro "Bedlam In Goliath" to concept album, no to chyba coś tu jest nie tak. Można powiedzieć, że Mars Volta jest o krok od przepaści. Nagrali czwarty świetny album, lecz ich muzyka straciła nieco na świeżości. "Bedlam In Goliath" to płyta nieco bardziej przystępna od dwóch poprzednich. Chyba. Bo gdzieś w węźle gordyjskim dźwięków da się tu odnaleźć ładne melodie. Któryś z muzyków grupy powiedział, że ta płyta będzie się bardziej nadawała do radia niż poprzednie. Trochę tak jest. Z tym, że jest to prawdopodobnie ostatnia płyta, na której Mars Volta może wykorzystać wypracowaną stylistykę. Są perfekcyjni, nikt ich nie podrobi. Chodzi jednak o to, żeby sami się nie powtarzali, a takie wrażenie można mieć po przesłuchaniu tej płyty. Mimo wszystko, choć trochę narzekam, to wiem już, że warto było czekać na tę płytę i na stałe zagości na mojej playliście. Mars Volta obecnie o wiele lepiej sobie radzi ze swoją niepowtarzalnością niż Radiohead, które swoją ostatnią płytą zjada własny ogon.
(1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Komedia ludzka
(2008-02-01)
Radosław
Orzeł
Więcej o recenzencie
W "Dniu Świstaka" Bill Murray budzi się, tylko po to, by przeżyć wydarzenia dnia poprzedniego raz jeszcze. Opanowuje go uporczywa "to-samość". Taka męcząca repryza podbita nudą. Wykańczająca na dłuższą metę. Kociokwik. Podobne odczucia towarzyszą mi kiedy słucham nowej Mars Volty; płyty z całym szacunkiem najnudniejszej w całej dyskografii. Wtórnej, replikowanej, zbyt barokowej nawet jak na latynoskie temperamenty członków zespołu. Dzikiej, bez głowy i pomyślunku. Guru kompozycyjny grupy Omar Rodriguez-Lopez z uporem maniaka powtarza wszystkie przećwiczone na wcześniejszych longplayach MW manewry. Skupuje z urzędu patentowego własny patent. Niestety w przypadku "The Bedlam In Goliath" ów trik, jak kreatywna księgowość w Enornie, nie zadziałał. Brakuje pomysłów i przede wszystkim świeżości. To jest stara Volta, która chce być nową, ale z nowalijek dostajemy tylko Frusciante, który nic ciekawego od dawna nie wymyślił. Być może właśnie tu tkwi błąd: w zbyt natarczywie rozdrobnionej twórczości? Rozmywaniu talentu w morzu nut praktycznie bez dna? Barokowe, gargantuicznie rozbudowywane utwory, mam wrażenie, to nie postęp, ale raczej maska twórczego wyczerpania. Klubowy lans na ciuchach, kiedy w środku zionie pustką. Frusciante z Rodriguezem-Lopezem, mimo że obaj wciąż młodzi, mają w swoim twórczym CV w sumie ok. 60 nagranych płyt. (Sic!) Człowiek, artysta ma jakąś ograniczoną pojemność. Nie jest beczką bez dna. Nie jest Balzakiem. Zresztą, Balzak zmarł mocno przedwcześnie i całego rozplanowanego cyklu nie dokończył. Stąd życzę chłopakom z Mars Volty wstrzemięźliwości. Na razie "It said I'm lost, I'm lost, now I'm lost", jak śpiewał w otwierającym muzyczną twórczość zespołu Cedric Bixler-Zavala, odnosi się i do słuchaczy i mam wrażenie samych muzyków. Pytanie: co dalej?
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Warto było czekać
(2008-01-31)
Aleksandra
Basińska
Więcej o recenzencie
Najpierw było ogromne zaskoczenie. Szok - jak zawsze, gdy słucham kolejnych dokonań The Mars Volta. Przed umieszczeniem tego upragnionego krążka w moim odtwarzaczu wiedziałam już mniej więcej co mnie czeka, a to za sprawą promocyjnych klipów krążących po sieci. Ale chociaż znałam już aż pięć utworów, właściwie połowę płyty, okazało się, że w ten sposób nie mogłam przygotować się na to, co mnie czeka. Po pierwszym przesłuchaniu czułam się jak po zderzeniu z ciężarówką, w głowie miałam prawdziwy chaos i nie pamiętałam nawet najdrobniejszego dźwięku tej ponadsiedemdziesięciominutowej muzycznej opowieści. Jednak drugi odsłuch, następny i dalsze sprawiły, że po raz kolejny wpadłam w zachwyt nad twórczością Omara Rodrigueza Lopeza i Cedrica Bixlera Zavali. Niezmiernie cieszy mnie to, że panowie nadal są tym samym zespołem - zaskakującym i nienagrywającym podobnych płyt. "The Bedlam in Goliath" z pewnością nie jest kolejnym "Amputechture", całkowicie różni się od "Frances the Mute", nie jest nowym "De-Loused in the Comatorium". Ma jednak wiele części wspólnych z wymienionymi płytami... Ogromny ładunek emocji, niesamowite teksty, prawdziwa powódź dźwięku. A co nowego? Przede wszystkim zespół pożegnał się na razie z kilkunastominutowymi kompozycjami na rzecz krótszych, bardzo dynamicznych utworów - jak "Aberinkula" czy "Wax Simulacra". Jednie trzy kawałki można uznać za spokojniejsze, jednak na pewno nie są to odpowiedniki "Televators" czy "The Widow" z poprzednich płyt. Szeregi zespołu zasilił perkusista Thomas Pridgen, a jego obecność znacznie zmieniła brzmienie ich muzyki. Wystarczy posłuchać chociażby takich utworów jak "Ouroborous" czy "Ilyena", aby zauważyć różnicę. Naprawdę lubiłam Jona Theodore, ale Thomas Pridgen sprawił, że niespecjalnie za nim tęsknię. Nie widzę większego sensu w rozpisywaniu się na temat poszczególnych utworów, bo o każdym z nich można by powiedzieć naprawdę dużo. Polecam w szczególności "Soothsayer" (czyli muzyczne nawiązanie do podróży Omara Rodrigueza Lopeza do Jerozolimy) i "Goliath" - utwór znany z pewnością wszystkim fanom w swojej pierwotnej wersji z jednej z solowych płyt muzyka. Nie do końca zgadzam się z opinią, iż "The Bedlam in Goliath" jest dużo przystępniejsza od swoich poprzedniczek - jeśli komuś The Mars Volta nigdy nie przypadli do gustu, to nowy krążek raczej tego nie zmieni. Fani też mogą zostać podzieleni - wielu z nich pragnie powrotu ery "De-Loused in the Comatorium" czy "Frances the Mute". Sam zespół jednak zdaje się tym faktem w ogóle nie przejmować, konsekwentnie realizując swoje cele. Nie wiem, w jaką stronę podążą z następnym albumem. Wiem tylko, że po tym, co usłyszałam na The Bedlam in Goliath, mogę być całkowicie spokojna o przyszłość The Mars Volta.
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Mistrzostwo świata...
(2008-01-28)
Robert
Jastrzębski
Więcej o recenzencie
Zespół rozwija się z płyty na płytę. Krążek genialny. Utwory znajdujące się na "Bedlam In Goliath" są bardziej zwięzłe i bardziej przyjazne radiu. Jeśli chodzi o nowości instrumentalne możemy usłyszeć w kilku piosenkach flet! - podążają w kierunku krautrocka. Dwa pierwsze utwory mogłyby się jeszcze znaleźć na poprzedniej płycie, dalej to już rzeczy bardziej stylistycznie odchodzące od Amputechture, oczywiście to ciągle ten sam rozpoznawalny styl, ciągnący się od rocka progresywnego, jazzu, po wyrafinowany hard core. W "Cavalettas" chyba największej perełce płyty, pojawiają się tzw. "połamane gitary". Podsumowując "Bedlam In Goliath" to nadal eksperymentalna marsvoltowska jazda w troszkę innym odcieniu.
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji