Coś co na pewno spodoba się fanom The Doors i Jima Morrisona
(2007-05-14)
Marta
Wrona
Więcej o recenzencie
Niektórym może się wydawać, że to niemożliwe, ale tak! W roku 2007 mija 40 lat od wydania pierwszej płyty zespołu The Doors. Oczywiście zespół w rzeczywistości ma nieco więcej lat, ale ta 40 rocznica jest godna upamiętnienia. Właśnie z tej okazji wydana została składanka. Zawiera ona wszystkie najważniejsze utwory zespołu, a także wiele bonusów lub wcześniej nie publikowanych nagrań.
Album The Very Best Of The Doors ukazał się w trzech różnych wersja, różniących się między sobą zawartością. Przyozdobiony został okładką, na której charyzmatyczny lider, czyli Jim Morrisom, kieruje swój palec w obiektyw. Autorem zdjęcia jest wieloletni współpracownik zespołu, autor okładek na wszystkie longplaya zespołu, Joel Brodsky.
W opisywanym przeze mnie dwupłytowym wydaniu płyty znaleźć można wszystkie perełki, a także nagrania, do których nieznajomości mogą przyznać się nawet najwięksi na najgorliwsi fani grupy. Od kultowego już Break On Through, po niepowtarzalne Light My Fire, a także nieocenzurowane The End. Podążając dalej ścieżką Jima Morrisona i jego kolegów, możemy usłyszeć skomponowane przez samego mistrza, czyli James Douglasa Morrisona End OF The Night, a także rzadko publikowane When The Music’s Over.
Pewnym smaczkiem na płycie, przynajmniej dla mnie, jest wykonanie piosenki Bride Of Prey bez muzyki. To ledwo ponad 1 minutowe nagranie wzrusza i ekscytuje. Kolejnym interesującym nagraniem jest Ghost Song, którą Jim recytuje w rytm melodii. Również niesamowite. Pewnym zaskoczeniem, może być dodanie piosenki Runnni’ Blue, która próbuje chyba konkurować z hymnami amerykańskich westernów.
Kwestii tekstów nie będę poruszać, gdyż uważam, że w tym wyjątkowym przypadku jest ona kwestią indywidualną. Jim Moriison był wybitnym poetą, mający swój świat, i nie bójmy się tego powiedzieć, pisał i śpiewał nie raz pod wpływem narkotyków. Lecz pomimo tego, robił to wybitnie i głupio by mi było wybiórczo oceniać jego twórczość.
The Doors zaskakują zawsze, nawet gdy tego najważniejszego członka zespołu nie ma już z nami. Ale czy naprawdę zginął? Nie! W sercach fanów pozostanie na zawsze i będzie wskrzeszany prze kolejne pokolenia. A dzięki takiej oto, znakomitej i wyjątkowo skrzętnie wybranej składance tylko pogłębimy swoje uwielbienie do zespołu, który zrobił coś nowego, i którego nikt nie miał odwagi do tej pory podrobić. Już ja się postaram, żeby nikt nawet o tym nie pomyślał….:D
(2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji