Film na podstawie powieści Thomasa Hardyego, "Burmistrz z Casterbridge" opowiada historię Michaela Hencharda (Bates), który zdesperowany i pijany sprzedaje swoja żonę Susan (Stallybrass) i córeczkę miłemu żeglarzowi. Kiedy trzeźwieje i dociera do niego co uczynił, przyrzeka sobie, że już nigdy więcej nie tknie alkoholu. Po 19 latach marynarz ginie na morzu, a Susan powraca w poszukiwaniu swojego dawnego męża, który w międzyczasie został szanowanym burmistrzem miasteczka Casterbrdige, którego mieszkańcy nie wiedza nic o wstydliwej przeszłości swojego burmistrza. Henchard planuje ponownie się ożenić, kiedy w miasteczku pojawia się Susan...
Bardzo smutne i bardzo przykuwające do ekranu widowisko
(2009-03-05)
Magdalena
Czudżak
Więcej o recenzencie
Streszczenia powieści Tomasza Hardy'ego nie prezentują się dobrze: nagromadzenie dziwacznych zbiegów okoliczności, skrzywdzeni i trupy. Od lat z miernym skutkiem zastanawiam się, jak nazwać to, co różni te jego tragiczne historie od fabuł wysysanych z palca dla przykucia widza do ekranu. Po przypomnieniu sobie nadawanego niegdyś w naszej TV serialu o burmistrzu Casterbridge myślę, iż może tym Hardy uwodzi, że jego bohater zbiera cięgi od losu zarówno gdy grzeszy, jak i gdy jest bohatersko uczciwy. Nie ma tu żadnych pocieszeń lub połajanek ze strony autora, który wobec swego bohatera jest jakby Bogiem. Krytycy często przywołują słowo "fatum", ale feler w tym, że tu i na wygrażanie pięścią niebu nie ma miejsca. Jest tylko odmalowana w surowych barwach obserwacja zmagań człowieka z sobą samym i tym co los przynosi. Hardy potrafi wetknąć w akcję takie cytaty z Pisma Świętego, co do których może być przez chwilę ciężko uwierzyć, by stamtąd naprawdę zostały wyjęte. Brzmiące jak klątwy i nie dające człowiekowi żadnej nadziei. Tragiczne i smutne, ale jakoś też piękne.
Ten styl adaptacji dziś wydaje mi się bardziej niż wtedy bliski teatrowi telewizji niż filmowi. Brak muzyki, statyczna kamera i inne. Alan Bates w roli głównej nie łapie za serce niczym poza apelowaniem do poczucia sprawiedliwości - nie ma tu raczej wzbudzania sympatii widza jakimiś nieuczciwymi (z punktu widzenia surowości tematu) sztukami. Burmistrz, choć przystojny aktor, męczy swoim wymuszonym sposobem bycia, ciężko go polubić przez tych siedem odcinków - dużo łatwiej podziwiać.
Sama nie rozumiem, jak te cechy razem wzięte sprawiają, że jest to znakomity serial i ciężko się od niego oderwać, gdy się nie mus czekać tydzień na kolejny epizod.
P.S. Na okładce mojego egzemplarza jest inne zdjęcie niż to Merlinowe.
(4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji