W Czechosłowacji po klęsce Praskiej Wiosny nastają czasy tzw. normalizacji. Ludzie żyją w atmosferze strachu i wszechobecnego absurdu. Rodzina dorastającej Oleny przeżywa najazdy krewnych z Ukrainy, a przez mieszkanie przewija się korowód nietuzinkowych znajomych ekscentrycznego ojca. Dlaczego mimo świetnych wyników w nauce Olena nie może uczęszczać do wymarzonej klasy z językiem angielskim? Po co ojciec zbiera podpisy pod oświadczeniem, że stryj Sztiepan nie był burżuazyjnym nacjonalistą? Skąd biorą się plotki o przyrodnim bracie Oleny, choć jest ona jedynaczką? Pawlowská śmiesznie opowiada rzeczy wcale nieśmieszne. W sposób naturalny miesza mity rodzinne i obserwacje obyczajowe, tworząc niepowtarzalne świadectwo o życiu w czasach totalitaryzmu. A w to wszystko wplata własną opowieść o pogoni za wielką miłością, pełną dramatycznych, ale i pomyślnych zwrotów losu.
Polskie "Wióry"
(2008-07-20)
vrediana
Więcej o recenzencie
Pierwsza książka Pawlowskiej, „Zdesperowane kobiety postępują desperacko”, nie podobała mi się wcale. Nie planowałam już Pawlowskiej w czytelniczym repertuarze, ale tak się stało, że wpadła w moje ręce zupełnie niespodziewanie i postanowiłam dać jej szansę. Nie miałam wobec niej nadmiernych oczekiwań, prawdę mówiąc, wystarczyłoby mi, gdyby okazała się nie gorsza od poprzedniej.
Zaskoczyła mnie pozytywnie. „Dzięki za każdy nowy ranek” to książka zupełnie inna od poprzedniej. Inna jest przede wszystkim bohaterka – tam mieliśmy kobietę czterdziestoletnią, tu: kobietę młodszą, która wchodzi w życie, uczy się, zdaje na studia, bierze ślub, rodzi dziecko. Tam czasy – o ile dobrze pamiętam – były nam współczesne, tu: Czechosłowacja po klęsce Praskiej Wiosny. Inne zupełnie realia.
„Dzięki za każdy nowy ranek” zaskoczyła mnie najbardziej stylem. Jak poprzednia książka wydawała mi się napisana topornie i męczyłam się, czytając, tak ta napisana jest dużo lżej, prawie że językiem mówionym – miałam wrażenie, że bohaterka przepowiada tę historię sama sobie; bo książka napisana jest w pierwszej osobie, ale nie stylem pamiętnikarskim, raczej bliższym potocznemu, ale bez typowych dla tego języka błędów i uproszczeń. Chwilami miałam wrażenie, że to takie czeskie „Wióry” Krystyny Kofty, choć realia „nie-wiórowe”, ale tak samo jak w „Wiórach” wszechobecny był nastrój strachu, absurdów. I Pawlowska, podobnie jak Kofta, opowiada o rzeczach wcale nieśmiesznych bez patosu i zadęcia. Z humorem wręcz.
To nie jest książka-świadectwo, ale o życiu w totalitaryzmie mówi dużo i to nawet jest ciekawsze niż obserwacje obyczajowe i sama opowieść. Zdaje się nawet, że autorka właśnie o totalitaryzmie chciała opowiedzieć, nie o życiu młodej bohaterki, bo książka nie posiada zakończenia fabuły. A może zakończenia brak, bo to książka autobiograficzna, a życie autorki się nie zakończyło?
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji