FRAGMENT KSIĄŻKI

Jacek Dukaj

PL+50. Historie przyszłości.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
ISBN: 83-08-03564-7






Usłyszał krzyki i śpiewy. W stronę rynku schodziły się grupki młodzieży. Długie włosy u chłopców, krótkie fryzury albo łyse glace u dziewcząt. Opaski, chustki i bandany w barwach tęczy. Pacyfy, labrysy. W kilkunastoosobowej grupce wyróżniała się tańcząca dziewczyna, ubrana w białe giezło, z kwiatem kalii za uchem i pogrzebowym wieńcem na szyi.
Uskoczył w zaułek, żeby ich przepuścić. Nie miał pojęcia, o co chodzi, ale też nie chciał się dowiedzieć.
Zatrzymali się w ciasnej uliczce pomiędzy ocalałymi starymi kamienicami i zaczęli coś skandować. Akurat na wprost miejsca, które sobie wybrał. Wszedł w głęboki portal bramy i oparł się o zablokowane drzwi. Nie rozumiał słów. Wrzeszczeli jeden przez drugiego. (...)
Nagle ktoś zaczął śpiewać. Inni natychmiast podchwycili, skandując zachrypłym chórem, najwyraźniej darli się tak od paru godzin.
- Doktorze! Doktorze! Wydłub mi z cipy tę żabę! Doktorze! Doktorze! Bo muszę już iść na zabawę, um pa pa! Um pa pa!
"Dziękuję - pomyślał spokojnie Norman. - To właśnie Szwejk nazywał zbałwanieniem do kwadratu. W końcu im odwaliło na amen".
Usłyszał blaszany łomot - skakali po karoserii jakiegoś nieszczęsnego weterana szos. Sekurit posypał się z chrzęstem na bruk, zawył staroświecki alarm. (...)
Kolejna grupka przecięła mu drogę dwie przecznice dalej. Poczekał spokojnie, aż przejdą. Ci na szczęście nie śpiewali o doktorze, co przyjął z ulgą, bo miał wrażenie, że kretyńska melodyjka pozostawiła mu siniaki na mózgu. Wykrzykiwali rymowane hasła. Skąd tylu tu zapaleńców? W mieście nigdy nie było za dużo młodych ludzi, a już na pewno tłumów działaczy. Siłę Strefy stanowiły starsze pokolenia. Życzyły sobie, żeby ktoś dał im pracę, wszystko za nich załatwił i zdecydował, a w zamian chcieli mieć zakładowe mieszkania, spokój, lekarza i pensję, która wystarczy na butelkę kartoflanki, chleb i smalec. Resztę mieli gdzieś. Więc skąd nagle te entuzjastyczne ryki?
- Rostock, Lyon! Nasz ci on!
Co to niby znaczy?
Osiedle Normana składało się z wyglądających jak kostki szarego mydła trzypiętrowych blokhauzów, pomalowanych burą i fioletową farbą w kształty mające przypominać fasady renesansowych kamieniczek. Było paskudne, a zarazem w jakiś sposób wzruszające i przytulne. Minął kępę krzaków bzu, kryjących trzepak, z którego zleciał jako pięciolatek, garaże, o które odbijał zeszmaconą piłkę, szpital psychiatryczny z pruskiej czerwonej cegły, otoczony parkiem, gdzie się przekradał i w krzakach za boiskiem poznał tajniki kobiecej anatomii.
Był w domu.
Na własnym osiedlu - tu nic mu już nie groziło.
Szły całą szerokością ulicy Nerudy.
Młodzieżówka Europejskiego Frontu Równości. Grupka liczyła najwyżej osiem dziewczyn w różnym wieku, w spodniach z demobilu i ciężkich wojskowych butach, z tęczowymi opaskami na ramieniu. Norman zrezygnował z holowania bagażu na kółkach i przewiesił pas ciężkiej jak nieszczęście torby przez ramię.
Facet z krótkimi włosami, w przeciwsłonecznych raybanach, piaskowych spodniach i w skórzanej kurtce.
Zobaczyły go.
- Te! Maczo, z malinową sraką! Szukasz tu łatwych lasek?
Przyspieszył kroku. Co jest, pełnia? Zaczęli wreszcie dodawać LSD do wody?
- Du Mannenschweine! Komm Sie hier!
- No chodź, chodź. Może spróbujesz ze mną, świnio? Pokaż, jaki z ciebie samiec! (...)
Zobaczył kątem oka szybki ruch i zatrzymał się w pół kroku. Kawał betonu rozbryznął się niecały metr przed nim.
- No choć tu, panie i władco! Boisz się kilku dziewczyn?
- Komm Sie, Imperialisten Schweine! Mistvieh!
Dwie czy trzy ruszyły w jego kierunku truchtem. Zauważył, że jedna ma w dłoni elektryczny taser, druga teleskopową pałkę, którą rozłożyła z metalowym trzaskiem. (...)

*

- Mamo! Posoliłaś to?!
- Tylko odrobinkę, Gerciu. Przecież tego się jeść nie da.
- I pewnie kroiłaś tym samym nożem, którym dotykałaś padliny?! Mamo, dlaczego nie nauczysz się wreszcie gotować? Posłałem cię przecież na kurs kuchni wegańskiej i wegetariańskiej! Niedługo przyrządzisz dinozaura! Mamuta! I dziecko to je! Proszę. Padlinę posypaną białą śmiercią. I wszystko uperfumowane tymi śmierdzącymi proszkami. Nigdy nie wychowamy postępowego społeczeństwa! Czy wy nie znacie wyników najnowszych badań? Któregoś dnia wezmę to wszystko i wywalę.
- Nie drzyj się na matkę!
- O proszę, głowa rodziny się odezwała! Wielki biały ojciec! A ty dlaczego im to za każdym razem przywozisz? Cała lodówka tych gówien w kolorowych opakowaniach! Plastiki jakieś! Same konserwanty. Bo co?! Głodują?! Tu w sklepach jest wszystko, co potrzebne do zdrowego żywienia. Są kursy, są poradniki. Komitet wychodzi ze skóry, żeby wszyscy jedli prawidłowo. Ale nie, musi przyjechać dobry wujek z proamerykańskiej imperialistycznej Europy i wszystkich truć. W ten sposób nigdy nie zmienią nawyków żywieniowych!
- Nie chcesz, nie jedz. Żryj swoją szyszkę. Kto ci broni?
I tak w kółko. Przy kawie i szarlotce Gerard wreszcie się uspokoił i zaczął wszystkich namawiać, żeby poszli na rynek, na paradę miłości.
- Gerard - poprosiła matka. - Nie możemy chwilę posiedzieć jak rodzina?
- Nie rozumiecie, że to nie jest święto jakichś patriarchalnych umownych "rodzin", tylko wielka tradycja? (...)
- Dwa razy omal mnie napadli w drodze z dworca.
- Pewnie ich prowokowałeś. Muszą się wyszumieć. Trzeba było nie dyskryminować całego świata przez setki lat. Wystarczy na ciebie spojrzeć - ogolony łeb, amerykańskie okularki. Symbolizujesz wszystko, czego nienawidzą: patriarchalną cywilizację zachodnią, całe to zakłamanie kapitalizmu, indywidualizm, imperializm, męskie testosteronowe zadufanie, nierówność. Oni tylko sięgają po sprawiedliwość! Zamknęliście nas w rezerwatach i myślicie, że możecie spokojnie pożerać tę planetę? Już niedługo! Dzisiaj świętujemy nowe plebiscyty w Lyonie i Rostocku! Mamy nowe Sestreki, a niedługo cała Europa będzie nasza. To twoje miejsce jest w rezerwacie, mój braciszku. Jeszcze trochę zamieszek, parę zamachów bombowych i wasi też zrozumieją, że dość już tego! Nie zatrzymasz postępu!

Jarosław Grzędowicz "Weekend w Spestreku"



Obchody Niskiego Księżyca wypadały fortunnie w piątek, dzień Wenus, ustawowo wolny od pracy (zamiast dawno już wycofanej solarnej, patriarchalnej niedzieli), ale planowane przyjęcie Eriki skończyło się na wizycie jej najlepszej przyjaciółki, Rity. Igor ucieszył się, bo Rita zazwyczaj zabierała ze sobą męża, a Igora i Józka łączyła od dawna serdeczna więź. Matronna Rita miała charakter znacznie bardziej rozrywkowy, ale i bardziej wybuchowy niż stonowana, chłodna Erika. W głębi duszy Igor dziękował Bogini, że nie przypadła mu w udziale żona pokroju Rity. Często kiedy spotykał Józka, przyjaciel miał podbite oko, pękniętą wargę albo łuk brwiowy. Kiedyś opieszałość i lenistwo męża rozzłościły Ritę do tego stopnia, że złamała mu rękę i dwa żebra. Igorowi żal było przyjaciela, bo wiedział, że Józek bardzo się stara, ale paraliżuje go nieprzytomny wręcz lęk przed żoną. (...)
Na przyjaciółki czekały już przygotowane przekąski, trunki i zimne dania. Józek z Igorem natychmiast popędzili do kuchni, żeby podgrzać i utrzymać w cieple główne potrawy. Przyjaciel wydawał się Igorowi jakoś szczególnie przygnębiony, a nawet przybity. Niestety, porozmawiać będą mogli dopiero, kiedy żony zjedzą obiad i zajmą się piciem i plotkami. Sprawnie sprzątnęli resztki deseru, Józek pomógł Igorowi pozmywać i znaleźli wreszcie trochę czasu dla siebie. Jeśli będą mieli szczęście, matronny nie zawołają ich aż do rana. Rita nigdy nie wychodziła od Eriki wcześniej niż o świcie, a często decydowała się przenocować i zostawała do popołudnia następnego dnia.
Igor posadził Józka przy kuchennym stole, a sam sięgnął do lodówki po dwie puszki piwa. Pochwycił przerażony wzrok przyjaciela.
- Co ty robisz? A jak zauważą?
Igor machnął reką.
- No co ty. Jest tego pełna lodówka. Erika kazała nakupić piwa, wina i wszelkich możliwych alkoholi, jakby chciała upić całą armię. Umrą, jeśli spróbują wysuszyć chociaż połowę.
Józek wiercił się nerwowo.
- No nie wiem. Rita mnie zabije, jak się dowie, że piłem. Według niej mężczyzna z porządnego domu nie powinien nawet myśleć o alkoholu. Inaczej wcale się nie różni od dziwków.
- Jedno piwo i od razu dziwkowie - obruszył się Igor. - Też coś. Zresztą ona nie zauważy. Obie już są nieźle wstawione. A tobie chyba się przyda coś mocniejszego.
Józek westchnął.
- Dawaj! - powiedział z desperacją.
Pociągnął długi łyk i wpatrzył się ponuro w blat.
- Co jest? Gadaj! - ponaglił go Igor. - Stało się coś? Znów cię pobiła?
Józek pokręcił głową.
- Gorzej, znacznie gorzej.
- No co? Rozwodzi się z tobą?
W brązowych oczach męża Rity pojawił się cień prawdziwej rozpaczy.
- Z tego bym się może i nawet ucieszył. Igor, ona chce mieć dziecko!
Igor zachłysnął się piwem.
- Nie - wyszeptał ze zgrozą. - Z tobą? Niemożliwe?
- Nie bądź głupi - jęknął Józek. - Jasne, że nie ze mną. Przecież chce mieć idealną, piękną, inteligentną i utalentowaną córkę. Skorzysta z banku modyfikowanej genetycznie spermy. Albo z najnowszego wynalazku, procesu dzieworództwa. (...)
- E, tam. Może się jeszcze rozmyśli.
- Nie. - W oczach Józka nagle zabłysły łzy. - Nie rozmyśli się. Już mi zapowiedziała, że będę się zajmował jej córką. Święta Księżycu! Jak ja to zrobię! Taka odpowiedzialność!
Ukrył twarz w dłoniach, pochylił się nad stołem tak nisko, że niemal leżał na blacie. Igor gapił się z rozdziawionymi ustami na wstrząsane szlochem ramiona przyjaciela.
- Nie przejmuj się tak - wymamrotał. - Dasz sobie radę.
Józek uniósł głowę. Po bladych policzkach płynęły strugi łez.
- Igor, ja nie podołam. I tak wszystko, co robię, jest źle. Ona mnie zabije, stary. Albo sam się zabiję. Bogini, Bogini! Jak ja mam wychować dziecko? Córkę Rity, Igor. Rogaty boże, ratuj! Przecież ona wyrośnie na taką samą zarazę jak matka! Małą, rozpieszczoną, wredną, żądającą nieustannych usług. Ja nie wytrzymam z dwiema, przysięgam.
- No nie. Daj spokój. Przecież przez dłuższy czas to będzie niemowlę.
- Cudownie - chlipnął Józek z ironią. - Rozkoszne niemowlę, któremu mam poświęcić dwadzieścia cztery godziny na dobę. A jednocześnie prowadzić dom i spełniać wszystkie kaprysy Rity. Nie dam sobie rady, a ona mnie zabije. Wiem, co mówię. Jak dziecko zacznie płakać, a ja nie będę umiał natychmiast go uspokoić, Rita zatłucze mnie na śmierć. To koniec, Igor. Już po mnie.

Maja Lidia Kossakowska "Serce wołu"



Kiedy nad Piątą Strefą Produkcji Alkoholu Napędowego wstaje świt, Wan Hu jest już na nogach. (...) Gorzelniany odór przenika przez ściany, odbierając niemal zdolność myślenia; intensywność doznań olfaktorycznych zależy od wiatru. Dziś jest jeszcze znośnie, ale jeśli wiatr zmieni kierunek, trzeba będzie cały dzień chodzić z wilgotną chustką na nosie i drugą na czole. Najgorzej, gdy wiatr ustaje zupełnie: wtedy miasteczko Ha Jin kiśnie tygodniami w obezwładniającym oparze, ludzie łażą otumanieni, jedni mrą, inni z szaleństwa popełniają zbrodnie. Chińczycy zjawiają się w kotlinie rzadko albo wcale; dopóki produkcja idzie rytmicznie, wydają się przebywać na innej planecie. Dekują się w hermetycznej warowni na wzgórzu; czasem widać, jak lądują tam helikoptery albo wyjeżdżają konwoje. Z rzadka pojawiają się drobne figurki na tarasach i szybko znikają. (...)
- Znasz ostatnie wieści? Podobno morze opadło na tyle, że odsłoniło ruiny Gdańska.
- Znaleźli coś?
- Nie wydaje mi się. Wszystko pokryte warstwą mułu. Zniszczone.
- Ale to by znaczyło, że efekt cieplarniany się cofa. Lód wraca na bieguny, odradzają się lodowce. Klimat przestał wariować na taką skalę. Może jest w ich postępowaniu jakaś racja? - Zastanowił się. - Może i Polska wróci, jak trochę poczekamy?
- Linia brzegowa ciągle się zmienia - rzekła z powątpiewaniem Zhu. - Nawet jeśli Bałtyk opadnie, nie odtworzy się dawne wybrzeże... z Helem, Zatoką Pucką i tak dalej. Nie będzie już dawnej Polski. Takiej jak tamta. Wybijmy to sobie z głowy.
Szli milcząc. (...)
- Stracili Sawickiego.
- Wiem. Byłam wtedy na placu. Rozpłakał się. Naprawdę powiesił polską flagę na kominie?
- Ja tego nie widziałem, odsypiałem po nocce. Ale podobno wylazł na najwyższy komin i zawiesił. Całą noc wychodził... był chory. Wziął ze sobą ładunki wybuchowe i odstrzelił parę metrów drabinki za sobą, więc zanim go ściągnęli, minęło pół zmiany.
- Słyszałam, że sprowadzali snajperów, żeby go zastrzelić.
- Nie. Chcieli żywego. Usiłowali strącić flagę. Pod koniec była podziurawiona jak sito... ale wciąż się trzymała. Wiatr był po naszej stronie, podobno łopotała jak za wolności.
- No to dobra nasza. Sawickiego szkoda.
- Pewnie. Każdego szkoda. (...) Miał raka, parę tygodni życia. Co oczywiście w niczym nie umniejsza jego bohaterstwa.
- Tu każdy prędzej czy później staje się bohaterem. Przy Chinolach wyrastamy na dzielny naród. Właściwie powinniśmy im podziękować... że wyciągnęli nas z zeszmacenia.

Marek Oramus "Siódme niebo"



Jak wszyscy, znalazłem się tutaj dzięki ojcu Bazylemu, ale dokładnie nie wiem, jak to się stało. Miałem zaledwie kilka lat i pamiętam tylko przez mgłę starą kobietę, która się mną opiekowała. Ojciec Bazyl mówił, że była to moja babcia, która umarła. Często opowiadał nam, jak po Zaciemnieniu nastał wielki chaos i upadek. Lecz zanim się to stało, podobno dzięki światłu ludzie mieli wielką moc przemieszczania się i nawet rozmawiania ze sobą na odległość. Dawno temu pokazywał nam w podziemiach urządzenie, które, gdy kręciło się korbą, powodowało świecenie małej zamkniętej bańki, ale potem ta maszynka popsuła się, a buteleczka pękła. W każdym razie wojna i chaos zniszczyły takie rzeczy albo rozkradli je dzicy i wszystko, wszystko przepadło. Ojciec Bazyl czasami siadał z nami i rysował nam różne przedmioty, które podobno należały kiedyś do ludzi. Niektóre z nich były tak dziwne, aż uważałem - niechże mi to wybaczy - że zmyśla. Ale potem ojciec Bazyl zaprzestał tych zajęć przypominania nam i sobie, jak wyglądał tamten świat. Powtarzał nam codziennie, że żyjąc na Rubieży, mamy najświętszy obowiązek obrony naszej cywilizacji przed barbarzyńcami i że zamiast tęsknić do przeszłości, powinniśmy skupić się na tym, co jest. A jest nasza Rubież, rzeka Prut, oddzielająca cywilizowany świat od chaosu, są resztki garnizonu, który od czasu do czasu zatapia jakiś jednoosobowy skul, próbujący przepłynąć rzekę. Ale nade wszystko jest nasza święta Panna z Dzieciątkiem, Królowa Świata, Dobra Dusza i to ją co roku pokazujemy Chaosowi. I tak ma trwać przez lata, aż cywilizowane ziemie połączą się znowu w jedno pod wodzą Panny i świat wróci do stanu sprzed Repartycji.

Olga Tokarczuk "Rubież"



Kształt Polski za pięćdziesiąt lat jest już w dużej mierze przesądzony. Łańcuch przyczyn już istnieje (choć nie jesteśmy w stanie go rozpoznać), a upływ czasu dodaje do niego jedynie kolejne ogniwa. Prawdopodobnie już teraz są między nami przywódcy Polski roku 2050, podobnie jak jej przyszli święci i nikczemnicy. Jeszcze pewnie sikają w pieluchy lub emocjonują się przygodami Koziołka Matołka. Nie wiedzą, że ziemia jest kulista, że w centrum naszej Galaktyki tkwi masywna czarna dziura utrzymująca nasz zakątek kosmosu w obecnej równowadze grawitacyjnej, że mieliśmy rozbiory, wojny światowe, powstania, sowiecki komunizm i Solidarność. Jeszcze nie wiedzą, że urodzili się u schyłku pontyfikatu papieża Polaka i że ich narodziny zbiegły się z trudnym procesem wchodzenia Polski w struktury Unii Europejskiej. Odkrycie tych wszystkich zdarzeń jest dopiero przed nimi, przyszłymi pięćdziesięciolatkami. I będzie to dla nich odległa historia, czasami żywa w pamięci, częściej - martwa i nie mająca istotnego związku z ich codziennym życiem w połowie XXI wieku. Będzie to historia, której uczyć się będą w szkołach, poznawać poprzez kostiumowe gry komputerowe i zrzędzenia dziadków na "dzisiejszy, zepsuty świat". (...)
Być może gdzieś, w światach równoległych (jeśli dopuścimy ich istnienie choćby dla ćwiczenia w wyobraźni), nadal istnieje Polska komunistyczna, bo Wałęsa nie przeskoczył przez płot, bo Alina Pieńkowska nie zatrzymała wychodzących już ze Stoczni robotników i nie doszło do strajku solidarnościowego, bo na Kremlu zwyciężyła opcja siłowego rozwiązania problemu Solidarności w 1980 roku wbrew naciskom USA. W wariancie tym Polska roku 2001 rządzona jest żelazną ręką sędziwych starców (Olszowskiego i Kociołka), którzy doprowadzili do komunistycznego "cudu gospodarczego", bo cytryny pojawiają się w sklepach na miesiąc przed Bożym Narodzeniem, banany są w ciągłej sprzedaży już od połowy grudnia, a zasłużeni przodownicy pracy dostają przydział na samochody koreańskie, importowane z pobliskiej Austrii. Owe przydziały na czarnym rynku osiągają zawrotne ceny, gdyż zasłużonych przodowników pracy nie stać na kupno tico czy lanosa, ale dzięki pozbyciu się tego przywileju zyskują środki na kupno małego fiata i jeszcze starczy na pralkę. Wszyscy są zadowoleni, w zasadzie nie ma kłopotów z podstawowym zaopatrzeniem w chleb i masło, a zdarzające się okresowo asortymentowe braki uzupełniane są albo pomocą humanitarną z Węgier i Słowacji, albo też interwencyjnym importem z Rosji. (...)
Być może istnieją też światy równoległe, w których Polska w ogóle nie doświadczyła komunizmu i jest zasobnym, europejskim krajem, bo Francja i Anglia zgodziły się na koncepcję Piłsudskiego o wojnie prewencyjnej przeciwko słabemu jeszcze Hitlerowi i wcale nie doszło do drugiej wojny światowej i holokaustu. Polska jest wielonarodowym krajem, w którym współżyją kultury polska, żydowska, ukraińska, litewska i białoruska. Wybuchające pod koniec XX wieku tu i ówdzie waśnie na tle narodowym są już odległą historią, bowiem kraj rządzony jest mądrze, a tożsamości narodowe i etniczne Polaków, nadal bardzo żywe, nie dominują nad lojalnością wobec państwa i dumy z przynależności do wspólnoty, która dla reszty Europy jest wzorem tolerancji, kooperacji i zaufania między ludźmi. Być może w takim równoległym świecie Polska - obok Francji, Niemiec i Hiszpanii, w której Franco upadł tuż po interwencji w Niemczech - jest założycielem Konfederacji Europejskiej - gwaranta równowagi światowej pomiędzy rosyjsko-chińską Eurazją a angielsko-amerykańskim sojuszem północnoatlantyckim.

Edmund Wnuk-Lipiński "Struga czasu"



Holomgła przy Urzędzie Rejestracji Społecznej układa się w zmyślny wzór, z którego w pewnym momencie wyłaniają się zagadkowe słowa: Odszukaj nasze miejsce. Przy wejściu do budynku unosi się natomiast zwiewny napis: Gimu Polaka.
Karta obywatela łączy się z odźwiernym Urzędu, a ten nadaje mi numer sprawy. Podchodzę do jednego z kilkunastu wolnych stanowisk, mieszczących się na sali. Pod nisko podwieszonym sufitem siedzi urzędniczka.
- Wyszedł pan ze Śpitala przedwczoraj - mówi patrząc na ekran swojego interfejsu. - Zobaczmy... Pięć nieskutecznych przekwalifikowań, współczynnik kreatywności w dolnych partiach średniej...
Prawą dłonią leniwie wystukuje krótkie polecenia, próżniowa odchłań danych niemal wssysa pigment solaryjnej opalenizny i lakier z nadmiernie spuchniętej fryzury.
- No tak... Jeszcze tutaj... Bez zmian... Reasumując... rejestruję pana ponownie, a oferty i aktualny schemat przekwalifikowań, jeśli w ogóle będą, prześlę na pański adres. To chyba wszystko. Ma pan jakieś pytania?
- Nie. (...)
"Wypłata punktów zasiłkowych nastąpi miesiąc po wygaśnięciu hibernacji, o ile osoba stawi się do ponownej rejestracji nie później niż siedem dni po opuszczeniu Śpitala, celem zainicjowania następnego cyklu, w przeciwnym razie zostanie wszczęta procedura Przyspieszonego Cyklu...".

*

- A gdzie ja widziałem ciebie, gdzie? - zastanawia się Akita. - A w Śpitalu ciebie widziałem, gały robisz, o, ale czy to coś dziwnego? Każdego prawie widziałem, kto tam zapuścił korzonki, przez moje ręce przechodzą, bo tam pracuję! Kłania się analityk działu sterowania procesów życiowych Pomorskiego Śpitala Pracy. Zdziwerka, co? Niespodziewanko, ha! Wiedziałem, wiedziałem! Nie na co dzień spotyka się swojego Charona, opiekuna zanikających fal, wygładzacza sinusoidy aktywności, kapłana minimum. Nie bój wcale, jestem w tym dobry, urodziłem się specjalnie w tym celu i spłacam ten słodki dług przeznaczenia, w moich rękach żywy trup nosi w sobie cud odrodzenia pewny jak konta na Aleutach! Kolego, byłeś bardziej bezpieczny niż kiedykolwiek przedtem i potem, gdybyś to wiedział, nie trząsłbyś kolanami po przekroczeniu moich wysokich progów. Jeśli kiedykolwiek znów pokierują tam twoje kroki, wiedz, że twój Akita ma wszystko w jednym paznokciu i nie pozwoli, by coś piknęło nie tak! Nie ma strachu, wszystko opanowane! Czyż można lękać się w takich okolicznościach? Czyż można żywić obawy, kiedy wszystko jest poukładane z dokładnością do pikometra? A nie, oczywiście, już widzę w twoich oczach zanikające kilwatery wątpliwości. Bo tak być powinno. Nawiasem mówiąc, na zewnątrz rzeczy przedstawiają się też niczego sobie. Żyję tu sporo latek i widziałem to i owo. Spokez kraj. Głowa do góry! A niektóre elementa są imponujące! Macie tu wspaniałe Związki Rowerowe, miodzik mówię. Fantastiko! Mają silną pozycję, nie ma co. Wiele mogą, cholernie. Jak się postarają, są w stanie tak zamotać, że termin hibernacji oddala się z szybkością światła na odległość paru latek. Niesamowite! To jest, powiadam, siła! Związki Rowerowe, a jaki pałer!
Nie umiem ukryć zaskoczenia:
- Są w stanie przesunąć termin hibernacji?
- Śpiewająco!
- Tak po prostu? Przecież Urząd Zatrudnienia jest instytucją niezależną i nikt nie może im podskoczyć...
- Nie wiem, kolego, czy podskakują, czy spacerują, może podbiegają, czy też podkopują, ale w terminach są w stanie pogmerać i to niewąsko! Nie należysz do Związków Rowerowych?
- Nie. A ty?
- Mam trzy rowery i należę do sekcji Zielonych Tras Wytrawnych - melduje Akita. - Zarządzają pięcioma setkami najlepszych zbiorników wypoczynkowych i trzydziestoma tysiącami tras rowerowych klasy prima. Do tego multum kinotronów. Ale na hibernację i tak nie mam szans, ha ha, rozumiesz, długoletni kontrakt, więc nie grzebałem w kontaktach, tyle że wiem, co w trawie szumi. Ogólna orientacja, rozumiesz. Ale, człowieku, musisz tam się dostać. Składka to pipa, dałbyś radę, rower też można skołować. Potem wkręcisz się w odpowiednie towarzystwo i uzyskasz wgląd w sprawy.

Cezary Domarus "Biała krew"



Nieśpiesznie zalogowałem rdzeniaka przez gniazdko dla bezrobociarzy, czyli to niższe z dwóch, schowane pod koszulką, ze specjalnym, kolagenowym kamuflażem, co by wstydu nie było (bezrobocie w Euroraju było równie hańbiące jak monozwiązki).
Poczułem jak po unerwieniu przebiega ten ciepły, podniecający, endorfinowy dreszczyk. O tak. Cwani goście zbudowali system pobierz/oddaj. Kiedy byłeś inplagged, choćbyś nawet zalegał z opłatami, i tak cię nagradzali pobudzeniem ośrodków nagrody w centralnym, za to tylko, że poddajesz się regularnej kontroli. A jeśli okazało się, że płacisz wszystkie rachunki on time, to extra podrażniali cię jeszcze bardziej. Taki mały, mózgowy orgaźmik, man. Właśnie go przeżywałem. Czułem motyle w głowie pełnej gówna. (...)
Westeuro musiało przecież pobierać opłaty od takich dziadów jak my z Eastu. Be as polish - less of brain, overloaded of affects, tak się o nas gadało na Weście. A że Westeuro mieli wszystko prócz zasobów emocjonalnych, to i płaciliśmy im w emocjach. Pobierali nasze radości, smutki, gniewy i frustracje, pobierali miłość i nienawiść, chłód i napalenie, lęk i pragnienie, brali wszystko, pakowali w krzemowe puszki i ładowali w swoje opustoszałe rdzenie.
Transfer veryisy, fast as Ferrari is, płynny niczym rtęć i żywotny jak palce piątego klonu Jimiego Hendrixa. A my mieliśmy za to prądy, ciepełka i wodę, bo przecież nawet na wodę nie było nas stać, a agrobisness też do tanich nie należał, choć przysiągłbym, że zbiorniki pitnej wody spoczywają nie dalej jak 50 kilosów od mojego wieżowca.

Maciej Żerdziński "Wyhoduj mnie, proszę"