SPIS TREŚCI
Nick Hornby
Długa droga w dół
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
ISBN: 83-08-03733-X
MARTIN
Czy potrafię wytłumaczyć, czemu chciałem skoczyć z najwyższego piętra wieżowca?
Pewnie, że potrafię. Nie jestem, cholera, idiotą. Potrafię, bo to wytłumaczalne.
Była to logiczna decyzja, wytwór pewnej myśli. Myśli skądinąd niecałkiem poważnej.
Nie kaprysu, ale też - niczego szczególnie trudnego albo męczącego. Powiem tak:
wyobraźcie sobie, że jesteście, no nie wiem, na przykład zastępcą dyrektora
banku w Guildford. I od jakiegoś czasu myślicie o emigracji. I wtedy proponują
wam kierowanie bankiem w Sydney. Cóż, nawet jeśli decyzja wydaje się oczywista,
to chyba byście musieli trochę się zastanowić, prawda? Pomyśleć chociażby nad
tym, czy wytrzymalibyście przeprowadzkę, zostawili kolegów i przyjaciół, wysiedlili
żonę i dzieci. Moglibyście usiąść i spisać na kartce wszystkie plusy i minusy.
No, wiecie:
MINUSY - starzy rodzice, przyjaciele, klub golfowy.
PLUSY - większe pieniądze, wyższa jakość życia (dom z basenem, grill, itd.), morze,
słońce, zero zakazów emisji "Baa-Baa Black Sheep", zero dyrektyw Unii Europejskiej
w kwestii angielskich wędlin, itd.
Sprawa raczej nie podlega dyskusji. Klub golfowy! Bez przesady. Oczywiście,
pomyślelibyście chwilę o rodzicach w podeszłym wieku, ale tylko chwilę, i to
krótką. Dziesięć minut później wydzwanialibyście po biurach podróży.
Tak to wyglądało w moim przypadku. Po prostu nie miałem wystarczających powodów
do żalu - a powodów, by skoczyć, aż nadto dużo. Na mojej liście minusów ważne
były tylko dzieciaki, ale tak czy siak nie wyobrażam sobie, żeby Cindy pozwoliła
mi je znów widywać. Nie mam rodziców w podeszłym wieku i nie grywam w golfa.
Moim Sydney było samobójstwo. Przy czym absolutnie nie zamierzam tu obrażać
poczciwych mieszkańców tego miasta.
MAUREEN
Powiedziałam mu, że wybieram się na przyjęcie noworoczne. W październiku powiedziałam.
Nie mam pojęcia, czy zaproszenia na przyjęcia noworoczne wysyła się w październiku.
Pewnie nie. (Skąd mam wiedzieć? Ostatni raz byłam na czymś takim w 1984 roku.
Urządzili je June i Brian z naprzeciwka, krótko przed przeprowadzką. I wpadłam
tam ledwie na godzinkę, dopiero jak zasnął). Ale dłużej czekać nie mogłam. Rozmyślałam
nad tym od maja czy czerwca i miałam wielką ochotę mu o tym powiedzieć. Naprawdę
bez sensu. Nie rozumie, na pewno nie rozumie. Każą mi do niego mówić, ale kompletnie
nic nie dociera. A zresztą - z czym się tak wyrywać! Ale wskazuje to, czemu
się tak niecierpliwiłam, prawda?
Zaraz jak mu powiedziałam, chciałam iść prosto do spowiedzi. Ponieważ - jak
by nie było - skłamałam. Okłamałam własnego syna. Choć, po prawdzie, popełniłam
niewinne kłamstewko: parę miesięcy naprzód powiedziałam mu, że idę na zabawę,
zabawę, którą zmyśliłam. A zmyśliłam to całkiem sensownie. Powiedziałam, do
kogo idę, dlaczego mnie zaprosili, czemu chcę tam pójść i kto jeszcze będzie.
(Przyjęcie urządzała Bridgid, Bridgid z kościoła. A zaprosiła mnie, bo miała
przyjechać jej siostra z Corku, która pytała o mnie w paru listach. Chciałam
iść, ponieważ siostra Bridgid była z teściową w Lourdes - a mnie to bardzo interesowało,
bo miałam zamiar zabrać tam kiedyś Matty'ego). Ale spowiedź nie miałaby sensu,
bo wiedziałam, że musiałabym w kółko powtarzać ten grzech, to kłamstwo aż do
końca roku. Powtarzać nie tylko Matty'emu, ale i ludziom w ośrodku i... Choć
właściwie to nikogo innego nie ma. No, może komuś w kościele albo w sklepie.
W sumie to dosyć komiczne, jak by się tak zastanowić. Zajmując się chorym dzieckiem
od rana do nocy, człowiek zupełnie nie ma czasu grzeszyć, więc też od lat nie
miałam nic na sumieniu. No i nagle popełniłam grzech tak straszny, że nawet
nie mogłam powiedzieć księdzu, bo miałam tak grzeszyć i grzeszyć aż do śmierci,
kiedy to zamierzałam dopuścić się grzechu najcięższego. (Skądinąd czemu najcięższego?
Całe życie człowiek słyszy, że po śmierci znajdzie się w cudownym miejscu. Tymczasem
właśnie to, co może nas tam przenieść trochę szybciej, sprawia, że nie trafiamy
tam wcale. Owszem, jest to takie trochę wpychanie się na siłę. Ale jak ktoś
się wpycha do kolejki na poczcie, ludzie nerwowo chrząkają. Albo czasem upomną:
"Przepraszam, pani tu nie stała". Nikt nie powie: "Wieki będziesz się smażyła
w ogniu piekielnym". To by było trochę za mocne). Nie przestałam jednak chodzić
do kościoła ani na mszę. Dalej chodziłam - aby przypadkiem sobie ktoś nie pomyślał,
że może coś jest nie tak.
W miarę jak się zbliżał wyznaczony dzień, co jakiś czas informowałam go, czego
się niby dowiedziałam o noworocznym przyjęciu. Co niedzielę udawałam, że znów
właśnie dotarło do mnie coś na ten temat - bo w niedziele widywałam się z Bridgid.
"Bridgid mówi, że będą tańce". "Bridgid martwi się, że nie każdy lubi wino i
piwo, więc chce podać wódkę". "Bridgid nie wie, ile osób będzie już po kolacji".
Gdyby Matty rozumiał cokolwiek, stwierdziłby pewnie, że ta Bridgid jest szurnięta,
skoro aż tak się martwi o byle przyjęcie. Czerwieniłam się za każdym razem,
gdy ją widziałam w kościele. I oczywiście interesowało mnie, co naprawdę będzie
robić w Nowy Rok - ale nigdy się nie spytałam. Gdyby planowała wydać przyjęcie,
może poczułaby się zobowiązana mnie zaprosić.
Wstyd mi, kiedy sobie o tym teraz myślę. Nie chodzi o kłamstwa: kłamać to ja
już przywykłam. Nie. Wstyd mi, bo takie to wszystko było żałosne. Którejś niedzieli
powiedziałam Matty'emu, gdzie Bridgid ma zamiar kupić szynkę do kanapek. Ale
nie ma co ukrywać, że Nowy Rok zaprzątał mi głowę i jakoś też chciałam o tym
mówić - nie mówiąc niczego. I w końcu też chyba sama trochę zaczęłam wierzyć
w to przyjęcie, tak jak się czasem wierzy w historię przeczytaną w książce.
Od czasu do czasu wyobrażałam sobie, w co się ubiorę, ile wypiję, o której wyjdę.
Czy wrócę do domu taksówką, i tym podobne rzeczy. W końcu już prawie tam szłam.
Tyle że zupełnie nie umiałam sobie wyobrazić, że rozmawiam z kimś z gości. Więc
zawsze wychodziłam stamtąd bez żalu.
JESS
Poszłam na imprezę, na dół, do squatu. Była gówniana; pełno tych odwiecznych
zhipisiałych typów - siedzących na podłodze, pijących jabłecznik, palących wielkie
skręty z trawą i słuchających odjechanego reggae. O północy któryś sarkastycznie
klasnął w dłonie, dwoje innych zaśmiało się i tyle - tak wyglądał początek Nowego
Roku. Przychodząc tam, można było być najszczęśliwszą osobą w Londynie, a już
pięć po dwunastej i tak miałoby się ochotę skoczyć z dachu. A ja jednak nie
byłam najszczęśliwszą osobą w Londynie. Oczywiście.
Poszłam tylko dlatego, że ktoś w college'u powiedział mi, że będzie tam Chas
- ale go nie było. Sto razy próbowałam go łapać na komórce, ale miał wyłączoną.
Kiedy zrywaliśmy ze sobą pierwszy raz, stwierdził, że go śledzę, ale "śledzenie"
to chyba dosyć mocne słowo, prawda? Moim zdaniem nie można nazwać śledzeniem
telefonów, listów, maili i stukania w drzwi. A w pracy u niego byłam tylko dwa
razy. Trzy - gdyby liczyć przyjęcie gwiazdkowe, ale tego nie liczę, bo powiedział,
że i tak miał zamiar mnie tam zaprosić. Śledzenie polega na chodzeniu za nimi
do sklepów, jeżdżeniu na urlop i tak dalej, prawda? No: ja do sklepów nawet
się nie zbliżałam. Prócz tego sądziłam, że jeśli ktoś jest ci winny wyjaśnienie,
to jeszcze nie znaczy, że go śledzisz. Mieć coś do wyjaśnienia to tak, jak mieć
do oddania pieniądze - i to też nie marnego piątaka. Co najmniej pięćset czy
sześćset funtów. Gdyby byli ci winni minimum pięćset czy sześćset funtów i ciągle
cię unikali, to na pewno pukałabyś do ich drzwi późno w nocy - wiedząc, że muszą
być w domu. Przy takich sumach ludzie tracą poczucie humoru. Wzywają poborców
i łamią nogi dłużnikom, ale ja tak daleko nigdy się nie posunęłam. Wykazałam
pewien umiar.
Więc mimo że na tej imprezie od razu się zorientowałam, że go tam nie ma, to
jakiś czas zostałam. Bo niby dokąd miałam pójść? Było mi przykro. Bo czy to
normalne, żeby w wieku osiemnastu lat nie miało się dokąd pójść na sylwestra
- tylko na jakąś gównianą imprezę w jakimś gównianym squacie, gdzie się nikogo
nie zna? No, ale jakoś sobie dałam radę. Jak co roku. Dość łatwo zaprzyjaźniam
się z ludźmi, ale potem ich wkurzam - wiem to, niestety, chociaż nie jestem
pewna, z czego się to bierze. Tak że ludzie i imprezy znikają.
Wkurzyłam Jen, co do tego nie mam wątpliwości. Zniknęła, tak jak wszyscy.
MARTIN
Minione parę miesięcy spędziłem przeglądając w Internecie dochodzenia w sprawach
samobójstw - z czystej ciekawości. Otóż prawie za każdym razem koroner stwierdza
to samo: "Targnął się na życie w chwili zaburzenia równowagi umysłowej". Po
czym następuje historia takiego biedaka: żona sypiała z jego najlepszym przyjacielem,
stracił pracę, kilka miesięcy wcześniej jego córka zginęła w wypadku... Hejże,
panie koroner! Jest tam kto? Przykro mi, mój drogi, ale nie ma tu żadnego zaburzenia
równowagi umysłowej. Według mnie zrobił, co należało. Najpierw jeden koszmar,
potem drugi i następny, tak że więcej już znieść nie sposób - i gna się na najbliższy
piętrowy parking w rodzinnym combi, ze sporym kawałkiem gumowej rury. Bo chyba
tak to naprawdę wygląda. Czy koroner nie powinien raczej pisać: "Targnął się
na życie po trzeźwym i rozsądnym przemyśleniu francowatego bagna, jakim się
to życie stało"?
Ani razu nie zdarzyło mi się przeczytać w gazecie doniesienia, które by mnie
przekonało, że zmarły był walnięty. No wiecie: "Napastnik Manchester United,
zaręczony z aktualną Miss Szwecji, osiągnął niedawno bezprecedensowy sukces:
jako jedyny człowiek na świecie został w tym samym roku nagrodzony Pucharem
Ligi Mistrzów i Oscarem za najlepszą rolę męską. Prawa do jego debiutanckiej
powieści właśnie - za nieujawnioną sumę - nabył Steven Spielberg. Piłkarza wiszącego
na belce w jego własnej stajni znalazł jeden z jego pracowników". No więc w
życiu nie widziałem podobnego raportu koronera, ale skoro zdarzało się, że szczęśliwi,
spełnieni, utalentowani ludzie popełniali samobójstwo, to spokojnie można było
dojść do wniosku, że ta równowaga rzeczywiście musiała się rozchwiać. I nie
chodzi mi o to, że bycie zaręczonym z Miss Szwecji, granie w barwach Manchester
United i zdobywanie Oscarów ma chronić przed depresją - co to, to nie. Mówię
tylko, że takie rzeczy pomagają. Wystarczy spojrzeć na dane statystyczne. Na
pewno szybciej wykończy się ktoś, kto właśnie przeszedł rozwód. Albo ma anoreksję.
Albo jest bezrobotny. Albo jest prostytutką. Albo walczył w jakiejś wojnie,
albo został zgwałcony, albo kogoś stracił... Istnieje mnóstwo czynników, które
pchają ludzi na skraj przepaści i które sprawiają, że mało kto czuje się inaczej,
jak tylko całkiem do dupy.
Dwa lata temu Martin Sharp z pewnością nie siedziałby sobie w środku nocy na
wąskim betonowym gzymsie, spoglądając trzydzieści metrów w dół na betonowy pasaż
i rozmyślając, czy usłyszy trzask swych gruchotanych na kawałeczki kości. Ale
dwa lata temu Martin Sharp był innym człowiekiem. Jeszcze miałem pracę. Jeszcze
miałem żonę. Nie przespałem się z piętnastolatką. Nie byłem w więzieniu. Nie
musiałem rozmawiać z moimi małymi córkami o artykule z pierwszej strony brukowca,
artykule z nagłówkiem "OHYDA!", zilustrowanym zdjęciem przedstawiającym mnie
leżącego na chodniku przed znanym londyńskim nocnym klubem. (Ciekawe, jaki by
dali tytuł, gdyby mi się udało. Pewnie: "ZBEREŹNIK ODCHODZI!". Albo "OSTRE ZEJŚCIE!".)
Trzeba powiedzieć, że zanim to wszystko się stało, mniej miałem powodów, żeby
siedzieć na gzymsie. Więc nie mówcie mi, że doszło do zaburzenia równowagi umysłu,
bo naprawdę wcale tak tego nie czułem. (Poza tym, co właściwie ma znaczyć "równowaga
umysłu"? Czy to termin ściśle naukowy? Czy umysł rzeczywiście przemieszcza się
w głowie, w zależności od stopnia stuknięcia?). W moim przypadku potrzeba samobójstwa
była stosowną i rozsądną reakcją na szereg niefortunnych zdarzeń, które sprawiły,
że życie stało się całkiem nie do życia. O tak, wiem, że lekarze od czubków
stwierdziliby, że mogli mi pomóc - i to jest właśnie jeden z głównych problemów
tego cholernego kraju, prawda? Nikt nie chce się zająć tym, co do niego należy.
Winę zawsze ponosi ktoś inny. Coś strasznego. Tyle że dziwnym trafem należę
do tych rzadkich osobników, którzy uważają, że to, że przeleciałem piętnastolatkę,
nie ma nic wspólnego z tym, co się działo między Mamą i Tatą. Jestem przekonany,
że przespałbym się z nią bez względu na to, czy byłem karmiony piersią, czy
nie, i nadszedł czas stawić czoło temu, co zrobiłem.
A co takiego zrobiłem? Przesrałem sobie życie. Dosłownie. No dobra, nie tak
całkiem dosłownie. Nie zmieniłem życia w gówno i nie przechowałem go w wątrobie
czy coś w tym stylu. Ale czułem, że przesrałem życie tak, jak się czasami przepuszcza
pieniądze. Miałem życie wypełnione dziećmi, żonami, pracą i tak dalej - i jakoś
je tak zmarmoliłem. Nie, jednak nie w tym rzecz. Wiedziałem, co i jak, tak jak
się wie, na co idzie forsa, kiedy się ją puszcza. Wcale go nie zmarmoliłem.
Roztrwoniłem. Rozmieniłem dzieciaki, robotę i żonę na nastolatki i nocne kluby:
to wszystko przecież kosztuje i ja radośnie płaciłem, aż nagle straciłem życie.
Co miałem po sobie zostawić? W wigilię Nowego Roku miałem poczucie, jakbym się
żegnał z jakąś nikłą formą świadomości i czynnym w połowie układem trawiennym
- wszelkimi oznakami życia, owszem, tyle że pozbawionego wszelkiej treści. Nie
czułem się nawet specjalnie przygnębiony. Czułem się tylko bardzo głupi i bardzo
zły.
Nie siedzę tu teraz dlatego, że nagle się opamiętałem. Otóż siedzę tutaj, ponieważ
ta noc okazała się równie zagmatwana, jak cała reszta. Nie umiałem nawet skoczyć
z pieprzonego wieżowca, nie pieprząc tego po drodze.
MAUREEN
W wigilię Nowego Roku z ośrodka przysłali po niego ambulans. Trzeba za to było
dodatkowo zapłacić, ale nie dyskutowałam. Nie mogłam. W końcu Matty miał ich
kosztować znacznie więcej niż oni mnie. Ja płaciłam tylko za noc, a oni mieli
płacić za resztę jego życia.
Myślałam, żeby pochować trochę rzeczy Matty'ego, na wypadek gdyby uznali, że
to dziwne, ale nikt nie musiał wiedzieć, że należą do niego. Dla nich przecież
mogłam mieć mnóstwo dzieci, więc wszystko zostawiłam na swoim miejscu. Przyjechali
około szóstej; wywieźli go na wózku dwaj młodzi goście. Nie mogłam się rozpłakać,
kiedy odjeżdżał, ponieważ wtedy ci dwaj czegoś by się domyślili; według ich
informacji, miałam go odebrać nazajutrz o jedenastej rano. Pocałowałam go tylko
w głowę i powiedziałam, żeby był tam grzeczny, tłamsząc wszystko w sobie, dopóki
nie odjechali. Po czym płakałam i płakałam chyba przez godzinę. Zrujnował mi
życie, ale nadal był moim synem, a ja miałam go już nigdy więcej nie zobaczyć
i nawet nie było mnie stać na prawdziwe pożegnanie. Jakiś czas oglądałam telewizję
i nawet wypiłam ze dwa kieliszki sherry, ponieważ wiedziałam, że na zewnątrz
będzie zimno.
Czekałam na przystanku autobusowym dziesięć minut, ale potem postanowiłam iść
pieszo. Wiedząc, że chcesz umrzeć, jakoś mniej się boisz. Wcześniej do głowy
by mi nie przyszło iść tak daleko późno w nocy, zwłaszcza że na ulicach wszędzie
pełno pijaków, ale teraz jakież to miało znaczenie? Choć z drugiej strony też
zaczęłam się martwić, że mogę zostać napadnięta, ale nie zamordowana - zostawiona
na śmierć, a nie rzeczywiście umierająca. Bo wtedy zabraliby mnie do szpitala
i sprawdzili, kim jestem, i dowiedzieliby się o Mattym - i wszystkie te miesiące
planów okazałaby się kompletną stratą czasu, a potem wyszłabym stamtąd winna
im kilka tysięcy funtów, i skąd niby bym je wzięła? Ale nikt mnie nie napadł.
Dwie osoby życzyły mi szczęśliwego Nowego Roku - i tyle. Poza domem nie bardzo
jest się czego bać. Pamiętam, że ostatniej nocy w życiu myślałam, że zabawnie
jest się o tym przekonać; przez pozostałą jego część miałam się bać wszystkiego.
Nigdy przedtem nie byłam w Topper's House. Tylko ze dwa razy mijałam go, jadąc
autobusem. Nawet nie byłam pewna, czy jeszcze można dostać się na dach, ale
drzwi były otwarte, więc po prostu poszłam na górę schodami, tak długo aż nie
byłam w stanie iść dalej. Nie wiem, czemu nie pomyślałam, że nie można tak po
prostu skoczyć, kiedy się ma na to ochotę, ale gdy zdałam sobie z tego sprawę,
zrozumiałam, że to uniemożliwili. Rozpięli ten drut, strasznie wysoko, no i
postawili na górze kręcone ogrodzenie z kolcami... Wtedy to wpadłam w panikę.
Nie jestem wysoka ani za bardzo silna; poza tym już nie te lata. Nie miałam
pojęcia, jak sobie z tym wszystkim poradzę, a musiało się to stać tej nocy,
ponieważ Matty został w ośrodku - i w ogóle. Zaczęłam więc przemyśliwać wszystkie
inne opcje, ale żadna nie miała sensu. Nie chciałam tego robić w salonie, gdzie
znalazłby mnie ktoś znajomy. Chciałam, żeby mnie znalazł ktoś obcy. A pod pociąg
skakać nie chciałam, ponieważ w telewizji widziałam program o tym, jak ci motorniczowie
strasznie przeżywają samobójstwa. Samochodu nie miałam, nie mogłam więc odjechać
w jakieś ustronne miejsce, żeby się udusić spalinami...
I wtedy zobaczyłam Martina, zaraz po drugiej stronie dachu. Skryłam się w cieniu
i obserwowałam go. Widać było, że się dobrze przygotował: przyniósł składaną
drabinkę i szczypce do cięcia drutu - i dzięki temu udało mu się dostać na samą
górę. No i siedział tak sobie na gzymsie, kiwając nogami, patrząc w dół, pociągając
z piersiówki, paląc i rozmyślając - podczas gdy ja czekałam. Palił i palił,
i czekał, i czekał, aż w końcu nie wytrzymałam. Wiem, że to była jego drabinka,
ale była mi potrzebna. Jemu nie za bardzo by się przydała.
Nie próbowałam go zepchnąć. Za mało mam siły, żeby spychać z gzymsu dorosłego
mężczyznę. Zresztą nawet nie chciałam próbować. Byłoby to nie w porządku; decyzja
- skoczyć czy nie - zależała od niego. Podeszłam tylko, przełożyłam rękę przez
drut i klepnęłam go w ramię - żeby spytać, czy długo zamierza tam siedzieć.
JESS
Zanim się znalazłam w tym squacie, wcale nie miałam zamiaru iść na dach. Naprawdę.
Kompletnie zapomniałam, że to Topper's House - do momentu gdy zaczęłam rozmawiać
z tym facetem. Chyba mu się spodobałam, w czym zresztą nie ma nic szczególnego,
biorąc pod uwagę, że byłam tam jedyną kobietą poniżej trzydziestki, która się
jeszcze trzymała na nogach. Dał mi fajkę i powiedział, że ma na imię Fifa, a
jak spytałam, czemu Fifa, odparł, że dlatego, że zawsze pali trawę z fify. Ja
na to: "Więc wszyscy tu mają na imię Skręt?" Ale on, że nie; tamten gościu to
Psychiczny Mike. Tamten to Kałuża. A tamten - Nicky Łajno. I tak dalej, dopóki
mi nie powiedział imion wszystkich znanych sobie ludzi w pokoju.
Ale te dziesięć minut, które spędziłam gadając z Fifą, weszło do historii. No,
nie typu 55 przed Chrystusem czy 1939. Nie historycznej historii, chyba że któreś
z nas wynajdzie wehikuł czasu albo powstrzyma Anglię przed najazdem Al-kaidy,
albo coś w tym stylu. Ale kto wie, co by się z nami stało, gdybym się nie spodobała
Fifie? Bo zanim mnie sobie zaczął przygadywać, miałam już wracać do domu, i
Maureen i Martin pewnie by teraz nie żyli, i... no, w ogóle by było inaczej.
Kiedy Fifa skończył wyliczać imiona znajomych, popatrzył na mnie i zapytał:
"Nie wybierasz się przypadkiem na dach?". "Nie z tobą, zaćpańcu". On na to:
"Gdyż widzę ból i rozpacz w twoich oczach". Byłam już nieźle wlana, więc jak
sobie to teraz przypominam, to na pewno widział w moich oczach siedem Bacardi
Breezerów i dwie puszki Special Brew. "Co ty?", mówię. I on na to: "Taa, widzisz,
mam tu pilnować samobójców, wyszukiwać ludzi, co przychodzą tu tylko po to,
żeby iść na górę". Ja wtedy: "Co się dzieje na górze?". Roześmiał się i mówi:
"Żartujesz, co? Dziewczyno, to jest Topper's House. Ludzie się tu zabijają".
A ja w życiu bym na to nie wpadła, gdyby mi nie powiedział. Nagle wszystko nabrało
sensu. Bo chociaż już się wybierałam do domu, to nie umiałam sobie wyobrazić,
co zrobię, jak się tam znajdę, i nie umiałam sobie wyobrazić, jak się obudzę
rano. Pragnęłam Chasa, ale on mnie nie chciał i nagle sobie uświadomiłam, że
po prostu najlepiej by było skrócić to życie najszybciej jak tylko mogę. Rozbawiło
mnie, że aż tak się to wszystko zgadza: chciałam sobie skrócić życie, a przecież
byłam na imprezie w Topper's House. To było jak znak od Boga. No dobra, trochę
niefajne ze strony Boga, że miał mi do powiedzenia tylko, żebym skoczyła z dachu,
ale nie mam mu tego za złe. Bo niby co innego miał mi powiedzieć?
Odczułam wtedy ciężar wszystkiego - ciężar samotności, wszystkiego, co poszło
nie tak. Czułam się jak bohaterka, wspinając się na te ostatnie kilka pięter na
szczyt budynku, wlokąc ten ciężar ze sobą. Skok wydawał się jedynym sposobem,
żeby się go pozbyć, jedynym sposobem na to, żeby zamiast przeciwko mnie zadziałał
na moją korzyść; czułam się taka ciężka, że wiedziałam, że w sekundzie walnę o
chodnik. Pobiłabym rekord świata w spadaniu z wieżowca.