Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 83-7337-189-3
"Rejs" nakręcono po to, żeby Jan Himilsbach miał pieniądze na wódkę. Taka w
pewnym uproszczeniu była geneza najbardziej kultowego polskiego filmu. W 1963
roku na dziedzińcu warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych najwybitniejszy w Polsce
pisarz wśród kamieniarzy i najlepszy kamieniarz wśród artystów pióra uskarżał
się Markowi Piwowskiemu na ciągłe kłopoty finansowe. Pieniędzy brakowało mu
nie tylko na odwiedzenie SPATiF-u, ale nawet na kupno pół litra wódki, której
picie w bramie nazwał kiedyś wprowadzaniem elementu baśniowego do szarej rzeczywistości.
Nagle: Eureka!
- Słuchaj, Marek - zaczął mówić swoim ochrypłym głosem Jan Himilsbach - musisz
zostać reżyserem filmowym, oni przecież zarabiają kupę forsy. Wtedy już zawsze
będziemy mieli za co pić - dokończył swój wywód przyszły filmowy Sidorowski,
ceniący bardziej swoją twórczość kamieniarską niż pisarską; "moim dziełem granitowym
nikt sobie dupy nie podetrze" - mawiał.
Bardziej oficjalna wersja głosi, że Marka Piwowskiego zafascynował "Popiół i
diament" Andrzeja Wajdy. Dlatego poszedł do łódzkiej szkoły filmowej, czego
konsekwencją było powstanie "Rejsu". "Popiół i diament" to jeden z filmów, które
mają siłę zmieniać rzeczywistość - powtarzał potem w wywiadach. - Szkoła polska
pokazała - podkreślał - że filmowcy wywalczyli sobie o wiele więcej wolności
i niezależności niż inni twórcy".
- Mam taką zasadę, żeby dwa razy nie mówić tego samego, chyba że kupuję bilet
do Baden-Baden; mój życiorys za każdym razem musi być inny - zdradza Marek Piwowski.
Jest wierny tej maksymie, więc dokładnie nie wiadomo, ile prawdy zawierają jego
opowieści - oczywiście łącznie z przytoczonym wcześniej mottem.
- Pierwsze zdjęcia do "Rejsu" nakręciliśmy chyba w Poznaniu na Jeżycach, ale
lepiej ode mnie wszystko będzie pamiętać Małgorzata Musierowicz - dodaje przewrotnie
Piwowski.
Nie ma zatem innego wyjścia, jak tylko przyjąć za klucz interpretacyjny jego
wypowiedzi tak zwaną antynomię kłamcy. Tak ową sprzeczność między dwoma twierdzeniami,
które wydają się prawdziwe i równie dobrze uzasadnione, przedstawił jeden z
"rejsowiczów", logik prof. Roman Suszko, w swoim eseju zatytułowanym "Wstęp
do zagadnień logiki": Oto więc Kreteńczyk mówi: "kłamię". Po pierwsze, jeśli
tym samym nie skłamał, to powiedział prawdę, czyli prawdą jest, że kłamie. Jeżeli
więc nie kłamie, to kłamie". Po drugie, jeśli skłamał, to powiedział nieprawdę,
czyli nie kłamie. Jeżeli więc kłamie, to nie kłamie. Zatem w obu przypadkach
Kreteńczyk kłamie i nie kłamie. Podobnie jest z Markiem Piwowskim, jego opowieściami
o "Rejsie" i nie tylko. Ostatnio na przykład twierdzi, że zajmuje się wyłącznie
szpiegostwem sportowym - najpierw w Departamencie Przechwytywania Nowych Technologii,
a potem w Ośrodku Badania i Rozwoju Środków Dopingujących. Największym jego
sukcesem było ujawnienie kulisów porażki Gołoty z Tysonem. Lecąc samolotem do
Stanów Zjednoczonych, podsłuchał rozmowę doktora Oskara Martina z hamburskiego
Instytutu Badania Nokautu z profesorem Barrym Kingiem z Katedry Rozwoju Kończyn
Akademii Sportu w Detroit. Z konwersacji wynikało, że w trakcie olbrzymiego
zamieszania po pierwszej walce Andrzeja Gołoty z Riddickiem Bowe'em, polski
pięściarz został uderzony w głowę aparatem do implantowania chipów. Wskutek
tego stał się elektronicznym golemem, sterowanym przez grube ryby pływające
w mętnej wodzie bokserskiego półświatka. Piwowski odkrył także tajemnicę sukcesów
Adama Małysza. Kości polskiego skoczka są mianowicie - podobnie jak u ptaków
- puste w środku. Małysz robi wszystko, aby ukryć swój sekret. Dlatego od czterech
lat nie dał się prześwietlić promieniami Roentgena. Reżyser chwali się również,
że opatentował specjalną tkaninę sportową - goreteks. A było to tak:
- Swego czasu zostałem wysłany w Andy dla rozpoznania warunków życia pewnego
plemienia. Wkradłem się w łaski Indian, którzy wpuścili mnie do swoich osad.
Tam zobaczyłem, jak rozciągali ortalion, żeby starczyło dla wszystkich członków
plemienia. Uważałem, że to jest doskonałe odkrycie i ten roz-
ciągnięty ortalion przewiozłem do Europy, gdzie został opatentowany jako goreteks.
Marek Piwowski z dumą i większą niż zazwyczaj dozą powagi mówi również o spełnieniu
marzeń z dzieciństwa: uzyskaniu licencji pilota, prezentując przy tej okazji
orzeczenie lekarskie nr 2048, wydane przez Główny Ośrodek Badań Lotniczo-Lekarskich
Aeroklubu Polskiego, w którym został uznany jako zdolny według IV-V grupy warunków
sprawności fizycznej i psychicznej do wykonywania czynności pilota szybowcowego
i pilota samolotowego turystycznego.
A czego Marek Piwowski najbardziej nie lubi? Takie pytanie zadała mu kiedyś
w popularnym programie "Męski striptiz" Małgorzata Domagalik. "Filmów opartych
na faktach - odpowiedział reżyser - bo są dowodem zupełnego braku wyobraźni".
Oficjalna wersja życiorysu reżysera - niekoniecznie prawdziwego, ale za to niezwykle
ciekawego - zawiera zatem opisy jego przygód w szkole morskiej, aresztu dyscyplinarnego
wśród śnieżnobiałych żagli "Daru Pomorza", kursu pilotażu, przygotowań do wysadzenia
w powietrze pomnika żołnierzy radzieckich na Saskiej Kępie w Warszawie i próby
ucieczki na Zachód w 1955 roku (jedna z wersji podaje, że za pomocą balonu,
który spadł na strażnicę WOP). Zakończyła się ona wyrokiem: dwa lata więzienia.
Najpierw był pobyt w Szczecinie, potem w stuczterdziestoosobowej celi w Sosnowcu,
a w końcu w zakładzie karnym w Rudzie Śląskiej i praca w kopalni węgla Walenty-Wawel.
Piwowski zaliczył jeszcze więzienia w Iławie oraz Rawiczu (tam zdobył dyplom
stolarza za perfekcyjne wykonanie stołu z szufladą). Wtedy to poznał Waldka
"Recydywę", Mietka "Chrystusa", "Lizaka", "Niedobitka", "Ultrasa", "Szajbę",
"Szancera" i "Belusa" (tak nazywał się bohater filmu "Przepraszam, czy tu biją?").
- Siedziałem z kolegą, którego złamali: przyznał się, że przekazywał informacje
zachodnim szpiegom w Hali Mirowskiej - opowiada Piwowski.
To dlatego w "Rejsie" Sidorowski mówi: "Byliśmy ostatnio z żoną, proszę pana,
w Hali Mirowskiej.". Nazwę zawdzięcza ona Wilhelmowi Mierowi, szkockiemu generałowi,
który w XVIII wieku dowodził koszarami Gwardii Konnej Królewskiej. W XIX wieku
obiekt wojskowy został rozebrany i na jego miejscu postawiono dwa budynki z
czerwonej cegły. Po wojnie jeden z nich stał się miejscem handlu, w drugim toczono
walki bokserskie. W Hali Mirowskiej działają liczne sklepy, a wokół powstało
tzw. Targowisko pod Cokołem. Miejsce to sprawia wrażenie żywcem przeniesionego
w dzisiejsze czasy z lat 60.
Marek Piwowski odsiedział półtora roku - wyszedł z więzienia po ogłoszeniu amnestii
przez Gomułkę.
- "Rejs" to w istocie pamflet na Władysława Gomułkę - twierdzi Krzysztof Zanussi,
kierownik artystyczny Zespołu Filmowego TOR, producenta komedii Piwowskiego.
Czy rzeczywiście pod postacią nieokrzesanego Kaowca narzucającego swoją wolę
innym krył się towarzysz Wiesław (czyli Gnom z opery "Cisi i gęgacze" Janusza
Szpotańskiego), a jego poczynania odzwierciedlały wprowadzone przez Gomułkę
"rządy ciemniaków", o których dopiero w 1968 roku odważył się publicznie mówić
Stefan Kisielewski?
- Nijakość tamtego czasu - szarość, beznadzieję i brak perspektyw - należało
przełożyć na wymiar artystyczny - wspomina Marek Nowicki, autor zdjęć do "Rejsu",
wybitny operator i reżyser, twórca między innymi "Widziadła" oraz telewizyjnego
serialu "Kariera Nikodema Dyzmy". Jest oczywiste, że scena gry w salonowca,
której ofiarą staje się intelektualista, entuzjazm Kapitana, kiedy dowiaduje
się, że Kaowiec ma średnie wykształcenie i nie jest studentem, wreszcie pytanie
o narodowość to rezultat pokoleniowych doświadczeń marca 1968 roku.
- Nie ulega wątpliwości, że wówczas pytanie o narodowość zaczęło być bardzo
ważne - przyznaje Marek Piwowski.
Pytaniem na pytanie odpowiadał natomiast Antoni Słonimski: "Ja rozumiem, że
Polak może mieć tylko jedną ojczyznę, ale dlaczego to ma być Egipt?".
W tamtym czasie Jerzy Karaszkiewicz - współautor scenariusza "Rejsu" i znany
aktor STS-u, który również zagrał w filmie - wymyślił dwa nowe sarkastyczne
określenia: Żyd polny (dotyczyło Wojciecha Siemiona) oraz Żydzi polarni (Ewa
i Czesław Centkiewiczowie).
A było to tak:
W 1968 roku Karaszkiewicz spotkał na ulicy pułkownika, który kiedyś uczył go
w studium wojskowym. Oficer pyta:
- A wy, artyści, za swoich żydków się nie weźmiecie?
- Oni to nic, najgorszy Żyd to ten Siemion - odparł Karaszkiewicz.
- Co wy pleciecie, przecież to chłopak ze wsi - zdziwił się pułkownik.
- Myli się pan, panie pułkowniku, to taka odmiana: Żyd polny.
W końcu Jerzy Karaszkiewicz za publiczne opowiadanie takich dowcipów został
wpisany przez Ryszarda Filipskiego - który umieszczał Żydów w swoim notesiku
- pod literą "K" jako Żyd dekretowany.
Marzec 1968 roku był dla Polaków egzaminem z przyzwoitości. Z jednej strony,
niczym w laboratoryjnej probówce ukazywał mechanizmy społeczne, z drugiej, w
modelowy sposób prezentował, jak jednostka ulega zbiorowemu szaleństwu.
Gdy wy sądzicie, że człowiek jest na ogół taki, jak się objawia na zewnątrz
w swoich postępkach lub słowach, ja sądzę, że jest on nieustannie zniekształcany
w całym objawieniu swoim; gdy wy sądzicie, że żyje on własnymi uczuciami, własne
ma myśli i poglądy, w moim przekonaniu nie ma on nic całkowicie własnego, nic
czysto swojego (.), ponieważ urzeczywistnia się w starciu z rzeczywistością
zewnętrzną; gdy wy sądzicie więc, że jednak gdzieś w głębi świat człowieka jest
prawdziwy i autentyczny, dla mnie jest on z istoty swojej fikcją, kłamstwem,
deformacją; i gdy wy, dopuszczając wpływ innych ludzi na człowieka, ujmujecie
ten wpływ w sposób raczej abstrakcyjny jako wpływ społeczeństwa, narodu, środowiska,
dla mnie człowiek "rozstrzyga się" i "stwarza" przede wszystkim w konkretnym,
przypadkowym zetknięciu się z ludźmi - wykładał Witold Gombrowicz w przedmowie
z 1951 roku do "Trans-Atlantyku" swoje poglądy na naturę człowieka i społeczeństwa.
Jego opinie doskonale tłumaczą to, co działo się w Polsce przed II wojną światową,
w 1968 roku i z czym mamy do czynienia dziś.
Witold Gombrowicz 21 sierpnia 1939 roku na statku "Chrobry" przybił do Buenos
Aires. Dokładnie trzydzieści lat później Marek Piwowski zaczął kręcić, płynąc
Wisłą na "Dzierżyńskim", swój własny "PRL-owski Trans-Atlantyk", czyli "Rejs".
Co więcej, moment rozpoczęcia zdjęć pokrywa się w czasie ze śmiercią w Saint-Paul
de Vence Witolda Gombrowicza (26 sierpnia 1969 r.). Ten zbieg okoliczności może
mieć wymiar symboliczny. Nie ulega wątpliwości, że choć zmieniły się realia,
opisane przez Gombrowicza mechanizmy kłamstwa, fikcji i deformacji rządzą społeczeństwem
nadal. Formy życia zbiorowego nie zmieniły się: rytuał, konwenans i gra pozorów
stanowią nadal istotę każdej zbiorowości. Po prostu uczestnicy rejsu eleganckim
transatlantykiem "Chrobry" przesiedli się na rzeczny statek wycieczkowy "Neptun"
z bufetem II kategorii. Czy są jeszcze jakieś dowody takiej kontynuacji? Oczywiście
- choćby zamiłowanie Witolda Gombrowicza oraz Marka Piwowskiego do kawiarnianego
życia. Autor "Ferdydurke" lubił przesiadywać w Ziemiańskiej. Spotykał tam Franca
Fiszera, opisanego przez Boya-Żeleńskiego jako "osobliwe dzieło sztuki, które
on sam skomponował z własnej osoby". Możemy mieć pewność, że gdyby tylko ten
największy z oryginałów przedwojennej Warszawy dożył dni, w których kręcono
"Rejs", trafiłby na pokład statku. Tenże Fiszer twierdził na przykład, że najlepsze
są proste dania. "Weźcie taki kawior, czy może być coś prostszego?" - mawiał.
Jest też autorem bodaj najbardziej znanej anegdoty literackiej międzywojnia.
Powiedział kiedyś mianowicie o Bolesławie Leśmianie - niewielkiego wzrostu poecie,
którego wierszy nie cenił - takie oto zdanie: "Zajechała pusta dorożka i wysiadł
z niej Leśmian". Kiedy natomiast podczas dyskusji z Wacławem Grubińskim usłyszał,
że forma jest wszystkim, a treść niczym, zawołał: "Doskonale! Na twoim nagrobku
wyryjemy napis: "Tu leży forma zupełnie pozbawiona treści"". Mogłaby to być
puenta kwestii rejsowego Filozofa (Andrzej Dobosz), który komentując piosenkę
pozbawioną słów, mówił: "Jeśli jest to forma bez treści, to nie ma waloru obiektywności,
no więc jest to formalizm".
Marek Piwowski z braku Ziemiańskiej spędzał czas w SPATiF-ie razem ze Zdzisławem
Maklakiewiczem i (początkowo) Janem Himilsbachem, który przez Tadeusza Konwickiego
został nazwany Francem Fiszerem współczesnej Warszawy. Raz Himilsbach posadził
przy stoliku psa. Kiedy zapytano go, czyj to pies, padła szybka odpowiedź: "On
się tylko przysiadł". Po jednej z kolejnych awantur kierownik tejże restauracji
zakazał ekscentrycznemu pisarzowi wstępu do lokalu. îwczesny szef SPATiF-u nazywał
się Sidorowski, stąd też na użytek filmu Himilsbach przybrał jego nazwisko i
przedstawiał się na statku, mówiąc: "Bardzo mi przykro, Sidorowski".
- Ja też miałem często kłopoty z wchodzeniem do środka, parę razy z kimś tam
się kotłowałem - przyznaje się Marek Piwowski.
Czym był ówczesny SPATiF, położony w szczególnym punkcie Warszawy: nieopodal
urzędu cenzury, pomnika Szopena, Komitetu Centralnego i kościoła Świętego Aleksandra
na placu Trzech Krzyży? Tak mówił o nim Janusz Głowacki, współautor scenariusza
do "Rejsu", wybitny pisarz i dramaturg: W latach 60. i 70. było to miejsce jedyne
w swoim rodzaju. Przemieszanie intelektualistów, cinkciarzy, aktorów, tajniaków,
członków KC, dysydentów i prostytutek. Dyskutowano tu Schopenhauera, cenę dolarów,
szansę odzyskania niepodległości i okradzenia bogatego Szweda przy barze. Po
kilku półlitrówkach rozmowy, zaczynające się w tonacji Cyda, łagodnie ewoluowały
w stronę Marmieładowa. Tajniacy żalili się na niską jakość aparatury podsłuchowej,
do szatni wynoszono pijanych mistrzów olimpijskich, a prostytutki patrzyły na
to z wyższością osób obdarzonych prawdziwym talentem. Tamtejszy szatniarz -
pan Franio - handlował dolarami. Z czasem tak rozkręcił interes, że wynajął
sobie kogoś do podawania palt. Z takich kontaktów i podobnego klimatu zrodził
się reportaż, który Marek Piwowski napisał wspólnie z Wojtkiem Frykowskim, zamordowanym
później przez Mansona w kalifornijskiej willi Romana Polańskiego. Artykuł "Panowie
Złodzieje i Arcyszuler Japa" opisywał przygody Szweda, który przyjeżdża do Sopotu
i szaleje z miejscowym marginesem. Cudzoziemiec oskarżył autorów reportażu o
zniesławienie, a sąd skazał Piwowskiego i Frykowskiego na kary po roku więzienia
w zawieszeniu.
- Poznałem Himilsbacha, gdy podczas studiów dziennikarskich zostałem szefem
działu publicystyki i reportażu "Nowej Kultury". W kolegiach redakcyjnych uczestniczyli
Kruczkowski, Przyboś, Grochowiak, Śliwonik, Czeszko, Żółkiewski i Putrament.
Pojawiał się również Himilsbach, który prawie zawsze swoim ochrypłym głosem
prosił: "Pożycz paczkę!". Janek idealnie spełniał ówczesne zapotrzebowanie na
proletariackich twórców - wspomina Piwowski.
W redakcji "Nowej Kultury" reżyser "Rejsu" ujawnił już swoje specyficzne poczucie
humoru oraz ironię towarzyszącą wszystkiemu, co robił. Oto wywiad, jaki Marek
Piwowski przeprowadził w 1961 roku z Armando Hartem Davalosem, ministrem rewolucyjnego
rządu Kuby.
- Kto dziś studiuje na wyższych uczelniach Kuby?
A.D. - Studiować mogą wszyscy. Przeważa stojąca za rewolucją młodzież pochodząca
z warstwy średniej. Organizujemy stypendia dla dzieci pochodzenia robotniczego
i chłopskiego. Jest ich na razie jeszcze niewiele, ale procent ten bardzo szybko
wzrasta. Poza tym dzieci robotników i chłopów nie mają na ogół odpowiedniego
przygotowania do studiów wyższych. Chcemy im pomóc.
- To się wiąże z reformą szkolnictwa podstawowego i średniego.
- Oczywiście. Ta sprawa pomyślana jest na bardzo szeroką skalę. Planujemy likwidację
analfabetyzmu.
- W jakim terminie?
- Do końca bieżącego roku.
- Na Kubie jest w tej chwili ponad 30 proc. analfabetów?
- Tak. Bardzo trudno będzie zlikwidować analfabetyzm w tym roku. Ale podaję
to na odpowiedzialność Fidela Castro. Obiecał to całemu narodowi. A przecież
obiecywał nam rzeczy trudniejsze, które wydawały się nieraz niemożliwe. Jednak
udało się je zrealizować.
Na łamach "Nowej Kultury" Marek Piwowski zajmował się także recenzowaniem filmowych
- "kultowych" wówczas - chińskich animacji, wybitnych obrazów postępowej kinematografii,
osiągającej wielkie sukcesy pod świetlanymi rządami towarzysza Mao. Już same
tytuły opisywanych dzieł budziły bardzo żywe zainteresowanie czytelników. Były
to więc filmy: "Wrzawa w niebie", "Pielgrzymka na Zachód" (popularna we wschodniej
krainie historia o Sun Wu-kungu, Królu Małp), "Dlaczego kruk jest czarny", "Magiczna
szczotka", "Świnka je melon", "Mały rybak", "Chi Kung i świerszcze", "Duch Ginsenga",
"Mądre kaczuszki", "Wielka kapusta", "Sto kwiatów", "Kto śpiewa najlepiej" oraz
- film animowany o treści politycznej - "Zdemaskowanie prawdziwego oblicza".
Reżyser "Uprowadzenia Agaty" w artykule "Podziemie kulturalne" opisywał, jak
pod jedną z krakowskich łaźni zauważono grupki robotników konikujących biletami
na natryski i wanny. Okazało się, że w ten sposób upłynniali oni bilety, które
fabryka kupowała im z funduszu na kulturę. (.) W innej znowu fabryce przygotowano
festyn na 500 osób według następującej zasady: 200 litrów wódki, 500 litrów
piwa, no i jakiś zespół, żeby coś tam na scenie odstawił, byle drogi, bo koniec
roku, a fundusz na kulturę nie wyczerpany.
W 1963 roku Marek Piwowski, absolwent dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego,
dostał się na wydział reżyserski PWSFTViT w Łodzi. W kwietniu 1966 roku odwiedził
szkołę filmową Kirk Douglas, wysłany do Europy Wschodniej z misją dobrej woli
przez prezydenta Stanów Zjednoczonych. îwcześni studenci - Piwowski oraz Feridun
Erol, późniejszy asystent reżysera przy "Rejsie" - nakręcili film z tego pobytu.
Początkowo miał to być zwyczajny reportaż, potem zrodził się pomysł, aby amerykański
aktor wziął udział w inscenizacji westernu. W jedną noc na boisku do koszykówki
powstało miasteczko z Dzikiego Zachodu. Po przyjeździe Douglas jednak uprzedził
Piwowskiego, że nie zagra w żadnym filmie, bo zabrania mu tego kontrakt z wytwórnią.
Potem powiedział, że widzi tu więcej kamer niż w Hollywood (profesor Jerzy Bossak
kazał studentom pobrać z magazynu cały sprzęt, w tym nawet zepsute kamery).
Kiedy słynny amerykański aktor trafił w końcu do miasteczka z Dzikiego Zachodu
i spostrzegł list gończy z napisem: "Poszukiwany Kirk Douglas - nagroda 1 000
000 $", rozluźnił się i wziął udział w zabawie ze studentami poprzebieranymi
za kowbojów. Szkolna etiuda Marka Piwowskiego otrzymała Grand Prix na festiwalu
w Amsterdamie, nie weszła jednak do normalnego kinowego obiegu, a prof. Bossak
- inspirator powstania filmu - miał kłopoty w Komitecie Centralnym PZPR. Opowiadał,
że skrytykowany tam został za entuzjazm,
z jakim studenci podjęli amerykańskiego aktora. Przyjęcie to, zdaniem towa-rzyszy,
było nieporównywalne z tym, co się działo, gdy szkołę odwiedzali goście ze Związku
Radzieckiego. Bossak odpowiedział wówczas: "Dobrze, jak przyjedzie Chruszczow,
powiesimy list gończy: "Poszukiwany Chruszczow, nagroda
10 tysięcy rubli".
Już we wczesnych etiudach Marka Piwowskiego ujawniło się jego specyficzne poczucie
humoru, ironia, bystrość obserwacji i fascynacja człowiekiem w sytuacji ekstremalnej
i w ograniczonej przestrzeni. Akcja filmów "Uwertura", "Muchotłuk", "Psychodrama"
i "Korkociąg" toczy się odpowiednio: na komisji poborowej, w knajpie, zakładzie
poprawczym i szpitalu psychiatrycznym. W "Uwerturze" z 1965 roku słyszymy dialogi
godne "Rejsu".
- Żeby zachować zasady demokracji, chcę was zapytać, gdzie chcecie służyć? -
recytuje przewodniczący komisji poborowej.
- Mam lęk przestrzeni - odpowiada ze strachem w głosie młody chłopak.
- My jednak uważamy, że powinniście służyć w wojskach powietrzno-desantowych
- brzmi ostateczna decyzja, zgodna z zasadami demokracji.
W innej scenie zza parawanu dobiega głos pielęgniarki: "To trwała ondulacja
czy to natura tak pana obdarzyła?", i jej standardowe pytanie, zadawane poborowym:
"Żadnej części ciała nie brakuje?".
- W "Uwerturze" przeciwstawiam obraz (to, co się dzieje naprawdę) warstwie dźwiękowej
- nowomowie, którą posługuje się komisja poborowa, wyrokując o losie "podsądnego".
To konsekwentny podział. Podobny chwyt zastosowałem w filmie "Hair" o konkursie
fryzjerskim państw komunistycznych, pokazując wiszący na ścianie napis: "40
lat współpracy państw socjalistycznych na polu fryzjerstwa" - opowiada Marek
Piwowski.
W "Psychodramie" (scenariusz napisał reżyser wraz z Januszem Głowackim), a także
w "Muchotłuku" występują naturszczycy znani z "Rejsu" - Irena Iżykowska (Sidorowska)
oraz Wacław Antczak, który wygłasza słynną kwestię: "Pragnąłbym, żebyśmy zainicjowali
dla pasażerów znajdujących się na naszym statku wieczorek".
- Pewnego dnia do szkoły filmowej przyszedł Wacław Antczak. Choć zachowywał
się bardzo dziwnie, przyjąłem go z należytą powagą i szacunkiem. Nawet wówczas,
gdy pokazał mi swój scenariusz o Antku Rozpylaczu i powiedział, że chce na jego
podstawie nakręcić film. Pomogłem mu i zaczął występować w szkolnych etiudach.
Bardzo lubił grać na skrzypcach, więc często - ubrany w odświętny czarny frak
- akompaniował nam na studenckich zabawach - wspomina Feridun Erol.
Antczak ze swoim instrumentem - sygnowanym olejnym napisem "stradivaldi" - nie
rozstawał się nigdy. Zabrał skrzypce nawet na pokład statku.
"Muchotłuk", w którym z wielką pasją zagrał Antczak, to artystyczna uwertura
do "Rejsu". Ten frapujący tytuł, oznaczający "taniec małp w społecznej próżni
- pudle, które nie wydaje rezonansu", wymyślił Janusz Szpotański - opozycyjny
satyryk. Pewne zdarzenie z jego życia stało się wkrótce inspiracją dla Janusza
Głowackiego, który wykorzystał je, pisząc scenariusz do tragikomedii Andrzeja
Wajdy "Polowanie na muchy". Włodek, główny bohater filmu - podobnie jak Janusz
Szpotański - zostaje wyrzucony ze studiów za śmiałe postawienie tezy, iż Szekspir
był "Gribojedowem literatury angielskiej".
Mimo że "Muchotłuk" jest bardzo ważny dla Piwowskiego, przyczyna jego powstania
była bardzo prozaiczna. Otóż gdy student ostatniego roku zwlekał z przedstawieniem
filmu absolutoryjnego, profesor Bossak wyznaczał ostateczny, zwykle dwutygodniowy
termin na jego pokazanie. Tak powstał "Muchotłuk" (jego angielska nazwa jest
równie intrygująca: "The Fly Killer"), będący dziś wizytówką łódzkiej szkoły
filmowej (w 1967 roku na Festiwalu Etiud PWSFTViT otrzymał wyróżnienie publiczności
i nagrodę za reżyserię, w 1968 roku na moskiewskim Festiwalu Etiud Studenckich
WGIK uznany został za najlepszy film zagraniczny). Jego akcja toczy się w knajpie,
która - tak jak statek z "Rejsu" - jest metaforą Polski.
Pierwsza scena etiudy nasuwa skojarzenia zarówno z prozą Tadeusza Konwickiego,
jak i "Popiołem i diamentem" Jerzego Andrzejewskiego. Orkiestra gra "Czerwone
maki na Monte Cassino", ale zamiast zapalonych przez Maćka Chełmickiego lampek
ze spirytusem, mamy tu alkohol lejący się bez romantycznej - właściwej szkole
polskiej - oprawy. Wacław Antczak maszeruje po sali w rytm muzyki w identyczny
sposób, jak później Andrzej Dobosz w "Rejsie". Potem, niczym bohater "Sennika
współczesnego", zainspirowany widokiem osobnika łudząco podobnego do Adolfa
Hitlera, opowiada o wojnie, okupacji i hitlerowcach (w roli wodza III Rzeszy
wystąpił pan Kowalski, autor sztuki "Śmierć Adolfa Hitlera", który grywał postać
tytułową w łódzkim amatorskim Teatrze Emeryta). Patos sytuacji znika na chwilę,
gdy Irena Iżykowska wygłasza filozoficzną kwestię: "Przerwa w piciu grozi życiu".
Inny z uczestników "tańca małp" opowiada historię ze swojego zakładu pracy,
w którym zarabia zaledwie 728 zł, podczas gdy na wyżywienie konia wydaje się
tam miesięcznie aż 1400 zł. Dlatego zwraca się on z prośbą o przyznanie mu etatu
konia. Na co słyszy od kierownika: "Co wy macie takie ambicje, Kowalski?". Przed
wyjściem z sali motocyklista wypija setkę, wkłada kask i po chwili słyszymy,
jak ląduje na drzewie. Kiedy o północy wszyscy są już pijani, na zakończenie
programu radio podaje nijaką prognozę pogody dla Polski, potem z głośnika rozlega
się Mazurek Dąbrowskiego. W tym czasie pojawiają się milicjanci - jak w scenach,
które nie znalazły się w ostatecznej wersji "Rejsu" - i zatrzymują jednego z
biesiadników. Zabawa dogasa.
Autorem zdjęć do filmu był kolega Piwowskiego, student III roku wydziału operatorskiego
Andrzej Barszczyński - późniejszy współscenarzysta i operator kamery w "Rejsie".
Przy kręceniu "Psychodramy" (pełna nazwa brzmi: "Psychodrama, czyli bajka o
Księciu i Kopciuszku, wystawiona w zakładzie dla nieletnich dziewcząt w D.")
zastąpił go Zygmunt Samosiuk. W tym filmie, nazwanym przez Piwowskiego w jednym
z wywiadów "Socjodramą", zaprezentował on inscenizację bajki o Kopciuszku.
- W ramach psychoterapii dziewczynki w domu poprawczym musiały odgrywać role
osób, którym wyrządziły krzywdę. Ta, która urodziła i zadusiła swoje dziecko,
wcielała się w rolę dziecka. Odwróciłem tę sytuację: u mnie miały grać ludzi,
którzy je krzywdzili. Rolę ojca Kopciuszka zagrała więc dziewczyna gwałcona
przez swojego tatę. Chciałem je pokazać jako ofiary sytuacji, z powodu której
trafiły do poprawczaka - mówi.
Zbliżony "chwyt wcieleniowy" reżyser zastosował w "Rejsie". Prawdziwi ludzie
mieli tu stworzyć mikrospołeczeństwo, którego w istocie byli ofiarami. Widzimy
więc, jak łatwo stać się Kaowcem z poddanego, jak szybko zmieniają się role
społeczne, a triumf zazwyczaj odnosi głupota. Piwowski - jakby nawiązując do
twierdzenia Kopernika, że w gospodarce gorszy pieniądz wypiera lepszy - pokazuje,
że w życiu społecznym obowiązuje zasada: Głupszy, bardziej chamski i bezwzględny
człowiek wypiera lepszego i subtelniejszego.
Typowe dla Piwowskiego poczucie humoru pojawia się również w filmie "Pożar,
pożar, coś wreszcie dzieje się" (zdjęcia Andrzej Barszczyński).
- Telewizja niemiecka przysłała zamówienie na film: chodziło o to, aby w nim
przedstawić, co robi młodzież w twoim kraju o godzinie piątej po południu w
sobotę. Wymyśliliśmy, że najlepiej pokazać to w Gierłoży i Kętrzynie - miejscu,
gdzie była kiedyś kwatera Hitlera - wspomina Piwowski.
Stąd też w filmie pojawia się takie zdanie: "Ta muzyka, którą teraz słyszycie,
pochodzi z bunkra Hitlera, który został przerobiony na salę taneczną", wypowiadane
przez przewodnika oprowadzającego wycieczkę po Wilczym Szańcu. Wskazuje on także
rosnącą nieopodal wysoką sosnę, na której czubku lekko kolebie się niemiecki
hełm. "Został on zawieszony na czubku małego drzewka rosnącego na żołnierskim
grobie dwadzieścia trzy lata temu" - mówi. Ideą filmu było przedstawienie tego,
co zmieniło się od czasów wojny. Hełm z leśnej mogiły, wiszący teraz na strzelistym
drzewie, to symbol oddalenia od II wojny światowej.
- Podczas realizacji zdjęć wszedłem do jakiejś rybackiej knajpy. Wewnątrz pełno
ludzi; kiełbasa, piwo, dym. Nagle słyszę, jak rybak w waciaku mówi: "Antonioni
się kończy" - wspomina Marek Piwowski. - A kmieć lądowy dodaje: Western też
się kończy. Najwyższa pora zrobić film o warzywnictwie.
W tamtym czasie powstaje już nowela i pierwsza wersja scenariusza "Rejsu". Przed
powstaniem ostatecznej wersji Piwowski realizuje w 1968 roku film monograficzny
o Włocławku. Dokumentem niezwykle interesował się pochodzący z tego miasta towarzysz
Stefan Olszowski, który często odwiedzał reżysera, gdy ten pracował przy stole
montażowym.
Przytoczona wcześniej antynomia kłamcy pozwala zrozumieć złożoność i nieuchwytność
pojęcia prawdy. To bardzo ważne w sytuacji, kiedy "Rejs" obrósł legendą, która
całkowicie oderwała się od rzeczywistości. Konfabulacje zaczęły zastępować wiarygodne
relacje świadków, a obiegowe opinie nie liczyły się z żadnymi dokumentami. Rozbieżności
dotyczą zarówno drobnych szczegółów, jak i spraw bardzo ważnych. To pewne -
nie ma jednej prawdy o "Rejsie", a każdy z jego uczestników inaczej postrzegał
tamtą rzeczywistość. Każdy ma więc swoją własną najprawdziwszą historię filmu.
Jest tak, jak w znanej anegdocie o francuskim ministrze spraw zagranicznych
Talleyrandzie, który zwykł mówić: "Przypominam sobie bardzo dokładnie, kiedy
to było - w nocy z 5 maja na 25 lipca". Wiele relacji podobnych jest do wspomnień
starego rosyjskiego chłopa o Napoleonie: "Widziałem go z bliska w 1812 roku
pod Moskwą. Taki wysoki z bardzo długą brodą.".
Jedni więc twierdzą, że wynajęty na potrzeby filmu statek - i przemianowany
na filmowego "Neptuna" - w rzeczywistości nazywał się "Świerczewski" lub "Generał
Świerczewski", inni stanowczo obstają przy "Dzierżyńskim". Zresztą zgodności
nie ma także w scenariuszu filmu. Najpierw statek, na którym płyną wycieczkowicze,
nazywa się "Świerczewski", aby kilka stron dalej Kaowiec przekonywał pasażerów,
że jest to "Wisła". Panuje opinia, że film miał wielkie kłopoty z cenzurą, choć
w rzeczywistości cenzor po kolaudacji nie zakwestionował nawet jednego ujęcia.
Największe chyba jednak kontrowersje dotyczą kulis powstania słynnej sceny o
kinie polskim, czyli monologu inżyniera Mamonia, któremu przysłuchuje się Sidorowski.
- Ja w ogóle nie lubię chodzić do kina. A szczególnie nie chodzę na filmy polskie
w ogóle. Nudzi mnie to po prostu. Zagraniczny to owszem. Pójdę sobie. Bo fajne
są filmy zagraniczne. Wie pan? Jakoś tak można, wie pan. Jakoś tak. No ja wiem,
no. Przeżyć to. Przeżyć. Wie pan. Przeżyć. A w filmie polskim, proszę pana,
to jest tak: nuda. Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana.
Dialogi niedobre. Bardzo niedobre dialogi są. Proszę pana. W ogóle brak akcji
jest. Nic się nie dzieje. Proszę pana. Aż dziw bierze, że nie wzorują się na
zagranicznych. Proszę pana. Wie pan. Przecież tam. Niech pan weźmie na przykład
aktora, proszę pana. Zagranicznego. To ten aktor zagraniczny, proszę pana. To
jego twarz coś, wie pan. Nie wiem, jak tutaj. Trudno mi w tej chwili powiedzieć,
wie pan. Coś takiego wyraża. Wie pan. Jakoś tak. No. No wie pan, o co mi chodzi.
A polski aktor, proszę pana. To jest pustka. Pustka, proszę pana. Nic! Absolutnie
nic.
W pewnej chwili Maklakiewicz podszedł do Piwowskiego i powiedział: "Mam pomysł,
ustaw kamerę, to ci z Jankiem pokażemy". Scena została zagrana tylko raz, w
całości improwizowana przez Maklakiewicza - stąd ta wspaniała kontemplacja Himilsbacha,
który słyszał po raz pierwszy przyjaciela mówiącego o kondycji polskiego kina.
Tak wygląda wielekroć przytaczana relacja Jerzego Karaszkiewicza, który podobnie
jak wielu wybitnych krytyków filmowych potężnego kaca malującego się na twarzy
Sidorowskiego uznał za przejaw doskonałej gry aktorskiej i to nieomal wprost
wywodzącej się ze słynnej szkoły Stanisławskiego.
Opisaną scenę wymyślił dzień wcześniej w SPATiF-ie Maklakiewicz z pomocą Piwowskiego
i Głowackiego, bez udziału Himilsbacha, którego nie wpuszczał już wtedy kierownik
Sidorowski. Tekst spisali na serwetkach. Według Marka Piwowskiego przy kawiarnianym
stoliku Maklakiewicz zagrał ją o wiele lepiej niż potem na planie filmowym.
Podobne zdanie wypowiada także rejsowy Kapitan, czyli aktor Ryszard Pietruski,
w filmie zatytułowanym "Zdzisław Maklakiewicz".
W reportażu z planu "Rejsu" zamieszczonym w "Polityce" w październiku 1969 roku
Bywalec, czyli Daniel Passent, przedstawił cytowany monolog o kinie polskim:
Nasze filmy są mierne. Nic się nie dzieje. Dłużyzny. Aż dziw, że się na podobnych
zagranicznych nie wzorują. A za granicą to twarz aktora coś wyraża, np. sprzeczne
uczucia. I do tego dochodzi kolor. A u nas co?
Janusz Głowacki w eseju "Bez happy endu" pisał:
Tuż przed nakręceniem sceny rozmowy o filmie (.) artyści, ostro zamroczeni,
zamknęli się w kotłowni i odmawiali wyjścia. Mieli na dole hydrant i dość długo
się bronili, zanim się poddali i zgodzili wziąć udział w kręceniu filmu. Scenę
powtarzano wiele razy. Zdzisio był profesjonalistą, mógł grać w każdym stanie
i miał starannie przygotowany tekst. Natomiast Janek szalał i mimo próśb i błagań
ciągle przerywał opowieść Zdzisia i kompletnie go zagłuszał. Straciliśmy już
wszelką nadzieję, kiedy Janek nagle osłabł, zapadł się w sobie, zamilkł i na
jego twarzy pojawił się ten wyraz rozpaczliwej koncentracji i uwagi, który słusznie
tak zachwycił swym aktorskim kunsztem publiczność i krytyków.
- Scena monologu o polskim filmie wydawała się łatwa. To było jedno ujęcie.
Sądziliśmy więc, że nakręcimy je bardzo szybko. Normalnie powinniśmy wszystko
zrealizować w godzinę, straciliśmy jednak cały dzień. Najpierw upił się Maklakiewicz.
Gdy zabraliśmy się za intensywne jego trzeźwienie, urżnął się Himilsbach. Albo
jeden, albo drugi był pijany. To, co jest na filmie, to jedyna wersja, na której
nie widać, że aktorzy są zamroczeni. Istniał tekst monologu o polskim kinie,
ale Maklakiewicz miał kłopoty z powtórzeniem go. Był jednak profesjonalistą
i improwizował na planie - umiał haftować. To, co powiedział, znacznie odbiegało
od naszych wyobrażeń. Pierwotnie było to o wiele dowcipniejsze - wspomina Marek
Nowicki. - Scena ta miała szczególny urok, to nie tylko było mówienie o polskim
kinie, ale również jego istota. Scena jest nudna, długa i nic się w niej nie
dzieje - dodaje.
Istnieją dwa warianty anegdoty o Himilsbachu i Spencerze Tracym. Podobno kiedyś
pewien sławny aktor powiedział w kawiarni literatów do Himilsbacha: "Wiesz,
że ty jesteś podobny do Kirka Douglasa?". Jasio pokręcił przecząco głową i powiedział
z rozmarzeniem: "Spencer Tracy". Wszyscy się roześmieli - poza Jankiem (wersja
Janusza Głowackiego). Marek Piwowski opowiada z kolei, że kiedy "Rejs" wyświetlono
na festiwalu filmowym w Pesaro - w dodatku bez listy dialogowej - i na ekranie
pojawił się Jan Himilsbach, publiczność zaczęła głośno krzyczeć: "Spencer Tracy".
Inna znana anegdota o tym, jak Himilsbach wygłasza swoją kwestię: "W którą stronę
łyżeczką, chuju, kręcisz" - w zależności od źródła - różni się jednym szczegółem.
Zdanie to jest wypowiadane do członka Komitetu Centralnego PZPR - według Janusza
Głowackiego oraz Stanisława Manturzewskiego - co dodaje mu szczególnej pikanterii.
Jak natomiast podaje nieoficjalna internetowa strona "Rejsu" (www.rejs.digimer.pl)
rozmówcą Jana Himilsbacha jest krytyk literacki.
Istnieje też kilka wersji zdarzenia, w wyniku którego Himilsbach na początku
zdjęć trafił do milicyjnego aresztu w Toruniu (miejsce akcji wskazane przez
Jerzego Karaszkiewicza). Pierwsza: aktor, ubrany w strój pirata i dodatkowo
"ucharakteryzowany" za pomocą pół litra wódki, zrobił awanturę w restauracji.
Druga: przebrany za kowboja straszył gości w lokalu z dancingiem. Trzecia: Himilsbach
w stroju góralskim sprzedawał kierpce na toruńskim rynku.
- Pamiętam dokładnie awanturę w kawiarni Mazowsze w Białobrzegach. Miałem na
sobie strój Murzynka i byłem tam razem z Himilsbachem przebranym za pirata,
który cały czas wymachiwał tasakiem. Trafiliśmy do aresztu. Uwolnił nas Marek
Piwowski, stawiając komendantowi milicji litr wódki - opowiada Janusz Kłosiński,
czyli rejsowy Śpiewak Józio.
- Jestem pewien, że samego Himilsbacha zatrzymano w Zegrzu. Musiał pojawić się
na planie, więc razem z kierownikiem produkcji wyciągnęliśmy go z aresztu -
stanowczo twierdzi Feridun Erol.
Gigantyczne rozbieżności dotyczą liczby osób, które po ukazaniu się ogłoszeń
o tym, że poszukiwani są aktorzy do filmu, przychodziły do Hali Gwardii. Jedni
mówią o 2 tys., inni o 20 tys. W porównaniu z tym różnice dotyczące długości
zużytej taśmy filmowej - od 27 tys. do 33 tys. m - wydają się nieistotne. W
scenariuszu filmu pojawia się postać pasażera, który nie zdążył na statek i
ściga go cudem NRD-owskiej techniki trabantem albo - w zależności od wersji
- genialnym dzieckiem polskich inżynierów, czyli mikrusem (tak jest naprawdę
w scenariuszu). Oba pojazdy niewiele się zresztą od siebie różniły, jednak cechą
charakterystyczną trabanta był rozrusznik schowany w kole pojazdu. Ciekawostką
techniczną mikrusa z kolei, którego wyprodukowano zaledwie 1700 sztuk, był bagażnik
o pojemności 200 litrów dostępny jedynie od wnętrza pojazdu. Podobno pościg
samochodowy połączony z częstym używaniem klaksonu miał w filmie sprowokować
dyskusję między Mamoniem i Sidorowskim na temat używanych sygnałów dźwiękowych
(klakson mikrusa wydawał z siebie kilka taktów "Mostu na rzece Kwai"). Do rozmowy
włączał się Eugeniusz Gajewski, który opowiadał, że był w Paryżu i "tam to dopiero
słyszał klaksony". Sekwencja kończyła się stwierdzeniem Sidorowskiego: "Lublin,
panie, to ma klakson - MUUUU!". Po nocnych szaleństwach rano Himilsbach przygotował
się do zagrania w tej scenie. Na wewnętrznej stronie dłoni napisał długopisem:
"Lublin, panie, to ma klakson - MUUUU!" i . położył się na leżaku. Z relacji
Eugeniusza Gajewskiego wynika, że cała scena miała zacząć się jego wprowadzeniem
- opowieścią o tym, że był w Paryżu i tam dopiero słyszał klaksony.
- Antczaka stale nurtowała sprawa zamachu na Hitlera. To był fajny facet, wszędzie
szukał okazji do radości. Kiedyś w nocy wyciągnął mnie na pokład i powiedział:
"Panie Marku, zyskujemy na czasie, płyniemy również nocą!". A my wtedy pływaliśmy
w kółko - wspomina Piwowski. Tymczasem stwierdzenie użyte przez Wacława Antczaka
pochodziło ze scenariusza filmu:
Raczek opuszcza maszynownię. Na pokładzie mija rozstawione czaty harcerzy porozumiewających
się sygnałami świetlnymi oraz chorągiewkami.
- I jak? - pyta lornetkującego wodę harcerza.
- W porządku - odpowiada harcerz. - Zyskujemy na czasie. Płyniemy również nocą.
Każdy ma więc swoją własną historię "Rejsu". Trzeba podchodzić do wszystkich
z należytym szacunkiem i powagą, tym bardziej że zaginęły dokumenty związane
z produkcją filmu. Trudno o weryfikację większości opowieści. Tym bardziej że
większość twórców kultowej komedii postępuje zgodnie z zasadą Jana Himilsbacha,
który w każdym ze swoich wywiadów starał się mówić coś innego, "bo ile razy
można pierdolić to samo".
Jedno jest natomiast pewne: wciąż żywy jest mit związany z tym filmem i okolicznościami
jego powstania. Mit, który stał się już częścią polskiej kultury. Dlatego należy
uznać, że wszystkie sprzeczne na pierwszy rzut oka relacje, opowieści i wspomnienia
na temat "Rejsu" nie wykluczają się, lecz dopełniają, tworząc razem legendę.