FRAGMENT KSIĄŻKI
Rafał A. Ziemkiewicz
Polactwo
Wydawnictwo: Fabryka Słów
ISBN: 83-89011-41-7
Zdarzało się w historii, że król otaczał się tchórzliwymi dworakami, mówiącymi
władcy tylko to, co ich zdaniem chciał usłyszeć. W stolicy już tli się rewolucja,
na granicy wróg zajmuje kolejne wartownie, właśni poddani przeklinają nieudolnego
władcę i witają kwiatami jego wrogów, ale król o tym wszystkim nie wie, bo gnący
się w ukłonach dworacy nie mają śmiałości narazić się na podejrzenie, że król
nie jest ich zdaniem najmądrzejszym i najsłuszniej postępującym władcą w dziejach.
Zamiast myśleć o reformach i zbierać armię, władca trawi więc dni nad projektami
nowego, wspanialszego pałacu, rojąc o defiladzie, jaką urządzi dla uświetnienia
jego otwarcia. Coś podobnego dzieje się z Polską. Jak na razie demokracja okazała
się u nas chocholim tańcem, w którym politycy, zamiast cokolwiek zaoferować, poczuli
się zmuszeni pląsać w lansadach wokół prymitywa, schlebiać mu, łasić się do niego
i na wyścigi przedkładać to właśnie, co powinno mu się najbardziej spodobać: że
jest wspaniały, że wszystko mu się należy, i że będzie mu lepiej bez żadnego wysiłku,
nie będzie trzeba nic zmienić, ponosić żadnych wyrzeczeń ani schylać grzbietu.
Wydawać by się mogło, że tak dopieszczane i obsypywane komplementami społeczeństwo
powinno pławić się w błogim samozadowoleniu. Ale, o paradoksie, im większa jest
tchórzliwość i kunktatorstwo tak zwanej elity, tym polactwo popada w głębszą
frustrację. Bo też tym bardziej beznadziejne staje się poczucie jakiejś dojmującej,
przygniatającej niemożności wszystkiego. Przyszedł jeden, panie, naobiecywał,
i gówno, przyszedł drugi, naobiecywał jeszcze więcej, i jeszcze większe gówno,
no to wybierają trzeciego, co znowu obiecuje to samo, tylko jeszcze ładniej...
I nie ma do polactwa dostępu myśl, że takich obietnic, jakich się domaga, nie
złoży mu nikt uczciwy ani mądry, że czyniąc warunkiem dojścia do władzy zobowiązanie,
iż dwa plus dwa zacznie się równać pięć, wyborcy sami skazują się na rządy cynicznych
oszustów na zmianę z idiotami. Zresztą, na mocy opisanego przed chwilą mechanizmu,
nikt się wyborcom tej myśli nie odważy podsunąć.
Pojawia się więc męczące podejrzenie, że skoro nic tu się nie udaje, nic nie wychodzi,
nawet rzeczy dla innych krajów najprostsze i najoczywistsze, to widać jesteśmy
jakimiś koszmarnymi nieudacznikami, zgoła wybrykiem natury. Badania socjologiczne
pokazują, że stereotypowe wyobrażenie Polaka nigdzie nie jest tak złe, jak w samej
Polsce. Nawet Niemcy, którzy widzą w nas głównie złodziei samochodów i bohaterów
chamskich polenwitzów, nawet Austriacy, kojarzący Polaka przede wszystkim z handlarzami
z Mexico Platz, przypisują nam w badaniach jakieś cechy pozytywne. Polacy - żadnych.
Nie widzimy w sobie nic, ale to nic dobrego. Gremialnie podpisujemy się pod opinią,
że jesteśmy durniami, brudasami, złodziejami i pijakami. Ale nie wyciągamy z tego,
bynajmniej, wniosków, że w takim razie powinniśmy coś ze sobą zrobić, jakoś się
zmienić. Rozpad poczucia wspólnoty, z której zostały już tylko karykaturalne angażowanie
narodowych symboli w każdą byle szarpaninę, gromadne adorowanie Papieża - Polaka
i jednego czy drugiego sportowca, zaszedł tak daleko, że nikt nie czuje się odpowiedzialny
za swój kraj czy rodaków. Polacy są okropni, Polska to jeden wielki obciach, ale
ja sam do siebie nic nie mam, a skądże znowu.