FRAGMENT KSIĄŻKI
Wit Szostak
Ględźby Ropucha
Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza Runa
ISBN: 83-89595-17-6
Młodzieniec zanurkował w głąb izby.
- Skorośmy się tak rozopowiadali przy tym palenisku, to może łykniemy jeszcze
jałowcówki i - góral zatarł śniade dłonie - i poopowiadamy jeszcze.
Rozlał trunek, rozsiadł się okrakiem na zydlu i rozgadał na dobre.
- Zdarzyło się ongi w Górach Smoczych, o czym szepty strumieni do dziś po kamieniach
gwarzą, że mieszkał w chacie, takiej jak moja, pewien góral. Był to chłop sążnistego
wzrostu i mocny niczym bawół. Żył sobie z dala od ludzkich sadyb, a do najbliższego
przysiółka dzień musiał wędrować, co też czynił rzadko. Mrukliwy był i do rozmowy
małochętny, więc bracia w góralstwie również nieczęsto jego chałupę odwiedzali.
Aż wreszcie prawie o nim zapomniano. Zapomniano do tego stopnia, że kiedy odwiedzał
najbliższą wieś, by siekierę kupić, albo skóry owcze i wełnę sprzedać, dziwiono
się, że jeszcze żyje, niechętnie odświeżając zarosłe po nim wspomnienia. Sądzili
wszyscy, że góral ów tylko we własnym towarzystwie przestawać lubi i, jak każdy
odludek, innymi pogardza. Ale mylono się co do tego, choć on pozorów bynajmniej
nie rozwiewał.
Inna była za to przywara tego człeka. Cierpiał on, od pokoleń zresztą, na beznadziejną
i dziedziczną nudę, która wolę jego pętała i od wszystkiego odwodziła. I tak,
kiedy chłop myślał, by coś wystrugać, nuda mówiła sennie, po cóż będziesz strugać,
na nic ci to, a umęczysz się, może kozikiem zatniesz. I chłop nie strugał. I tak
każde działanie jego taką bezwolą było obezwładnione, że nie robił niemal nic,
tyle tylko, by przeżyć i owiec doglądnąć. Nudziło go bowiem wszystko, cały świat.
Nudziły go rzeczy aż do bólu, do wewnętrznego zmęczenia, więc nie zadawał się
z rzeczami. Nudzili go ludzie, nie gadał tedy z nimi. Wszystko go męczyło i nudziło,
z każdego kąta i z każdej szczeliny wyzierała nuda, potworna, lepka i wolę pętająca.
Nawet, co już zupełnie dziwne, nie pił ów chłop, bo picie też go nudziło. Słowem,
wokół niego nie było nic, co mogłoby go zainteresować i do działania jakiegoś
zmusić. Siedział więc w wolnych chwilach, coraz wolniejszych i wolniejszych, siedział
na przyzbie i znudzony w dal patrzył. I nawet, jeśliby się coś nowego i ciekawego
z onej dali wynurzyło, zanimby zdążyło do chłopa dobiec, jużby go na śmierć znużyć
zdążyło.
Ponoć na rodzie jego klątwa straszliwa ciążyła, która na całe pokolenia nudę nieprzejednaną
nań nałożyła. Dwa jeno miały być sposoby, które mogły sprawić, iżby nuda ród owego
górala zaniechała. Pierwszy mówił, ustami starej wiedźmy, co przed stuleciem w
jednej z jaskiń pomieszkiwała, że należy znaleźć sędziwego mędrca, który nudę
przepędzić potrafi. Mędrzec ów miał być czarodziejem i mieszkać gdzieś w Międzygórzu.
Wiadomo było, że mąż ów moc taką miał, że potrafił wysłuchać szczerej opowieści
i w prawdę ją zamienić. Kiedy ktoś opowiadał mu o swych marzeniach, wnet prawdziwą
jego przyszłością się one stawały. Ot, taki tam talent. Wiedźma jednak nie potrafiła
ojcu onego chłopa nic bliżej powiedzieć, poza tym, że czarodziej ten ma na szyi
bliznę po sztylecie, po niej to można go rozpoznać. Ale sposób ten był nie najlepszy,
gdyż kiedy tylko góral pomyślał, że ma między obcych w świat wędrować i jakiegoś
mędrca szukać, taka go niemoc i bezwładność dopadała, że machał ręką i znów na
przyzbie siadał.
Był wszelako i drugi sposób. Do jednej rzeczy mógł chłop zainteresowanie poczuć,
nudę zwyciężając. Do baby mianowicie. Widocznie wolą było tego, co klątwę przed
wiekami rzucił, by ród przeklęty nie wygasł rychło, jeno trwał i nudę we krwi
przekazywał, z ojca na syna. Stąd też zainteresowanie kobietami. To też jednak
nie był sposób dobry, jako że po spłodzeniu potomka przeklęci górale znów w nudzie
się pogrążali i już nic ich z niej wyrwać nie mogło. Tak było i tym razem. Razu
jednego poznał ów chłop kobietę we wsi, dziewczynę młodą. I taką miłością ku sobie
zapałali, że rychło ślub się odbył, a niezadługo potem rozkrzyczała się dzieckiem
uśpiona do tej pory izba górala. Syn rósł, a chłop markotniał. Wreszcie, kiedy
z niemowlęctwa dziecię wyrosło i samo po podwórku owce goniło, machnęła ręką jego
matka i znudzonego wszystkim chłopa zostawiła. Wróciła do swoich i tam innego
męża sobie przyswoiła, lud zaś nie szemrał zbytnio, bo każdy wiedział, że nikt
długo ze znudzonym chłopem wytrzymać nie może.
Ale minęło kilka, może kilkanaście lat, i zdarzyła się rzecz dziwna. Znudzony
chłop powtórnie w swym życiu ocknął się z nudy i zapałał uczuciem do innej góralki,
jakiejś wdowy. Z tą też wdową zmajstrowali kolejnego znudzonego chłopaczka, po
czym kobieta, znudzona nudą męża, zbiegła. Miało minąć jeszcze kilkanaście lat,
kiedy to chłop, wcale już nie młody, znów sobie kobiecinę jakąś przyhołubił i
trzeciego syna się z nią dopracował. Po czym sytuacja się powtórzyła i znów został
sam. Zanim jednak trzeciego syna miał, pierwszy zdążył dorosnąć, a drugi biegał
po podwórku. Najstarszemu więc ojciec przekazał tajemnicę swego rodu, po czym
wyprawił w świat, by ten mędrca z blizną odnalazł. I ruszył chłopak na poniewierkę,
a i w nim odzywały się głosy nudy, bo prawie dorosły był i tylko ciemne moce czekały,
by chyżą wolę spętać.
Korsun skończył, zwilżył gardło i spojrzał zapraszająco na Callana. Ten odchrząknął
lekko, poprosił o jałowcówkę i kontynuował rozpoczętą przez górala opowieść. Zanim
zaczął, Żagwin zasłuchał się pełną podziwu nadzieją, z szacunkiem nagradzając
jeszcze niewypowiedziane przez swego mistrza słowa.
- Ruszył chłopak w świat, dziwując się z każdym krokiem jego bogactwem nieprzebranym,
gdyż przywykły do życia na hali nie podejrzewał nawet takiej mnogości rzeczy,
roślin i ludzi, która teraz, wychodząc naprzeciw młodemu wędrowcowi, w całej swej
rozłożystości zafalowała. Zszedł z gór w Międzygórze, zanurzając się w roztętniony
świat miast, wsi i gościńców, rozgadany ludźmi i rozśpiewany muzyką. Na górskiej
hali nie zaznał wszak ani muzyki, ani rozmów, tylko beczenie owiec, surowość natury
i znudzoną twarz ojca. Był młody i jeszcze nuda nie chwyciła go w swoje szpony.
Jeszcze interesowały go rzeczy, ludzie i wydarzenia. I byłby pewnie wsiąkł w nizinne
życie, gdyby nie wrodzona, pierworodna sumienność i poczucie, że musi misję przez
ojca daną wypełnić. Pochlebiało mu, że on sam, swą siłą i młodością, może klątwę
zdjąć z całego rodu.
Był to też młodzieniec rozumny, więc myślał trzeźwo i dalekosiężnie. A myślał
tak. Póki nuda go nie opętała, więcej ma siły i chęci, by mędrca z blizną odnaleźć.
A kiedy odnajdzie, uzdrowi siebie, ojca i brata, co jeszcze dziecięciem na hali
pozostał. A jeśliby teraz życia zakosztował i mędrca zaniechał, nuda dopadnie
go i wtedy ani dla niego, ani dla rodu ratunku znikąd nie będzie. Wspomniał więc
na swego ojca, co tępo na przyzbie horyzont wzrokiem przenikał, nicował i znicestwiał,
wspomniał na swego ojca i niepomny na pokusy i uciechy świata, ku poszukiwaniom
swoim wyruszył. Zrazu o mędrca zaczął rozpytywać, ale nikt z przydrożnych ludzi
nie potrafił mu odpowiedzi należytej udzielić. Wnet przekonał się, że Międzygórze
ogromne, tysiącami zaludnione. Nie sposób w takiej ciżbie szukać człowieka z blizną.
Młodzieniec więc postanowił się w świecie nieco otrzaskać.
Minęły trzy, a może cztery lata. Przez ten czas zdziczały na rubieżach cywilizacji
chłopak oswoił się nieco i ze sobą, i ze światem. Nauczył się czytać i ruszył
do Akademii w Lacercie, by tam, gdzie pełno uczonych mężów, o swego uzdrowiciela
zapytać. Ale i tam nie znali nikogo takiego. Wertował więc starożytne księgi,
pieśni i eposy. Czasem ulegał pozorowi śladu, i za dobrą monetę go biorąc, ruszał
do źródła, ale wnet wyschniętym go znajdował i na nowo w księgozbiorze się zagrzebywał.
Na każdej karcie szukał wiadomości o mędrcu, co opowieści w prawdę przemienia.
Wkrótce przeczytał wszystko, co było do przeczytania, i ruszył w świat. Wędrował
od czarodzieja do czarodzieja, od kapłana do kapłana. Odgrzebywał zasypanych ludzką
niepamięcią pustelników, którzy samotnością swoją pozory mądrości mimowolnie stwarzali.
Posunął się w latach i czuł skradającą się za plecami nudę.
Właściwie to popadł w nudę całkowitą. I tylko z przyzwyczajenia, tego samego,
dzięki któremu ojciec jego owce pasał, tylko siłą przyzwyczajenia poszukiwania
swoje nadal prowadził. Ustalił już, że mędrzec musiał być czarodziejem, paru zresztą
magów znało go z dalekiej przeszłości, jako że magowie dłuższym niż inni śmiertelnicy
żywotem męczyć się muszą. Jednak z ustaleń tych nic nie przyszło, gdyż ostatni
raz widziano czarodzieja z blizną dziesiątki lat temu. Pewnie zmarł gdzieś na
uboczu, zaszyty we własnych, czarodziejskich myślach i opowieściach, które tłumnie
chałupkę jego zaludniać musiały. Chłopak, już mężczyzna, szukał dalej.
Wreszcie jeden z czarodziejów wyjawił mu, że na klątwę nudy nie ma odklęcia i
nikt, nawet legendarny mędrzec z blizną, nie mógł takowego znać. Myliła się więc
stara wiedźma, a jej pomyłka zmarnowała poszukiwaczowi życie. Choć pozostawiając
życie swoje na hali, na większą marność by je zapewne wydał, więc nie martwił
się tym wielce, tylko wędrował dalej. Kiedy kilku innych znanych mu magów potwierdziło
słowa tego pierwszego, machnął najstarszy znudzonego górala syn ręką i poszukiwania
swe na kołku zawiesił. Z nawyku jednak wędrował po Międzygórzu i czasem, nałogiem
kierowany, znudzonym głosem o mędrca z blizną zagadywał. Tak dotarł do pełnego
mnichów i pielgrzymów monastyru. Pytani pątnicy pokątnie umykali z odpowiedziami.
Znudzony wszystkim poszukiwacz machnął ostatecznie ręką i przywdziawszy mniszy
habit, w celi monastycznej postanowił życie spędzić. Co też uczynił.