FRAGMENT KSIĄŻKI
Paulo Coelho
Jedenaście minut
Wydawnictwo: Drzewo Babel
ISBN: 83-918441-2-9
Zrozumieć miłość - oto mój cel. Gdy kochałam, czułam, że naprawdę żyję. Wiem
też, że wszystko, co mam teraz, jakkolwiek może się wydawać ciekawe, nie wzbudza
we mnie entuzjazmu.
Miłość jednak bywa okrutna. Widziałam, jak cierpią moje przyjaciółki, i nie chcę
tego doświadczyć na własnej skórze. Te same, które dawniej naśmiewały się ze mnie
i z mojej niewinności, teraz pytają, jak ja to robię, że tak dobrze radzę sobie
z mężczyznami. Uśmiecham się i zbywam je milczeniem, ponieważ wiem, że lekarstwo
jest gorsze od samego bólu: po prostu nie zakochuję się. Z każdym dniem widzę
coraz wyraźniej, jak bardzo mężczyźni są słabi, niestali, niepewni siebie, dziwni...
Zdarzało mi się odrzucać awanse ojców niektórych moich przyjaciółek. Wcześniej
mnie to gorszyło. Teraz myślę, że to nieodłączna część męskiej natury.
Choć moim celem jest zrozumieć miłość i choć nieraz cierpiałam za sprawą tych,
którym oddałam serce, muszę przyznać, że ci, którzy dotknęli mojej duszy, nie
rozbudzili mojego ciała, ci natomiast, którzy dotknęli mojego ciała, nie poruszyli
mojej duszy.
Po ukończeniu szkoły średniej dziewiętnastoletnia Maria znalazła posadę sprzedawczyni
w sklepie z tkaninami. Właściciel zakochał się w niej - wtedy już potrafiła
posłużyć się mężczyzną, nie pozwalając się wykorzystać. Nigdy nie pozwoliła
mu się dotknąć, choć zawsze była dla niego czarująca. Zdawała sobie sprawę z
siły swojej urody.
Siła urody... Czym może być świat dla brzydkich kobiet? Miała przyjaciółki,
na które nikt na tańcach nie zwracał uwagi, z którymi nikt nie rozmawiał. Dziewczyny
te przywiązywały dużą wagę do najwątlejszego uczucia, jakim je obdarzono, rozpaczały
w milczeniu, gdy je odtrącano, i starały się nie budować swej przyszłości na
złudnej nadziei, że się komuś spodobają. Były bardziej niezależne, więcej czasu
poświęcały sobie, choć w mniemaniu Marii świat musiał się im wydawać nie do
zniesienia.
Maria była świadoma swojej urody. Choć zazwyczaj puszczała mimo uszu przestrogi
matki, tej jednej nie zlekceważyła: "Córeczko, uroda przemija". Dlatego trzymała
pracodawcę na dystans, co przyniosło jej znaczną podwyżkę (nie wiedziała, jak
długo uda się zwodzić go samą nadzieją, że pewnego dnia pójdzie z nim do łóżka,
ale jak na razie dobrze zarabiała), nie licząc premii za godziny nadliczbowe
(tak naprawdę wolał mieć ją przy sobie, obawiając się, że gdyby zaczęła wychodzić
wieczorami, mogłaby stracić dla kogoś głowę). Pracowała dwadzieścia cztery miesiące
bez przerwy, dzięki temu mogła wspomóc rodziców, no i - co za sukces! - zaoszczędziła
dość pieniędzy, by zafundować sobie tydzień wakacji w mieście swych marzeń,
w mieście artystów, perle Brazylii: Rio de Janeiro!
Szef chciał jej towarzyszyć w podróży i pokryć wszystkie wydatki. Maria skłamała.
Powiedziała mu, że matka zgodziła się puścić ją do jednego z najbardziej niebezpiecznych
miast na świecie pod jednym warunkiem: miała zatrzymać się u kuzyna, który uprawiał
dżiu-dżitsu.
- Poza tym nie może pan tak po prostu zostawić sklepu bez opieki - skwitowała.
- Nie mów do mnie "pan" - poprosił, a Maria dostrzegła, że w jego oczach tliło
się coś, co już znała: iskierka uczucia. Była zaskoczona, bo sądziła, że chodzi
mu tylko o seks. A jednak jego wzrok mówił co innego: "Mogę ci ofiarować dom,
rodzinę i bezpieczeństwo". Z myślą o przyszłości, postanowiła podsycać tę iskierkę.
Oświadczyła, że będzie tęsknić za pracą, którą tak lubi, i za ludźmi, których
uwielbia (nie wymieniła nikogo z imienia, by nie rozwiać mgiełki tajemnicy,
czy to jego właśnie ma na myśli). Obiecała, że będzie bacznie pilnować portfela
i jego zawartości. Prawda była zupełnie inna: chciała, by nikt, absolutnie nikt
nie zepsuł jej pierwszego tygodnia całkowitej wolności. Chciała popływać w morzu,
obejrzeć witryny sklepów i pokazać nieznajomym, że jest wolna - na wypadek gdyby
pojawił się książę z bajki, chętny porwać ją ze sobą w nieznane.
- Cóż to jest tydzień? - powiedziała, uśmiechając się kokieteryjnie. - Minie
szybko i ani się obejrzymy, a będę z powrotem.
Zmartwiony pracodawca jeszcze trochę nalegał, ale w końcu dał za wygraną. Postanowił
się oświadczyć zaraz po jej powrocie. Nie chciał popsuć wszystkiego, pozwalając
sobie na zbytnią śmiałość.
Maria spędziła dwie doby w autobusie. Wynajęła pokój w hotelu piątej kategorii
w dzielnicy Copacabana. (Ach! Copacabana! Bajeczna plaża, błękitne niebo...).
Zanim się rozpakowała, chwyciła bikini - ostatni nabytek - wciągnęła je na siebie
i choć dzień był pochmurny, poszła prosto na plażę. Ocean napawał ją obawą,
ale zdobyła się na odwagę i weszła do wody.
Nikt na plaży nie miał pojęcia, że był to jej pierwszy kontakt z oceanem, z
boginią Iemanjá, prądami morskimi, spienionymi falami i z wybrzeżem Afryki rojącym
się od lwów po drugiej stronie Atlantyku. Gdy wyszła z wody, zaczepiła ją kobieta
sprzedająca kanapki, potem przystojny ciemnoskóry mężczyzna, który zapytał,
czy ma wolny wieczór, oraz cudzoziemiec, który wprawdzie nie znał ani słowa
po portugalsku, ale żywo gestykulując, zapraszał ją na kokosowe mleczko.
Kupiła kanapkę, bo nie umiała odmówić. Jednak obu mężczyzn zbyła milczeniem.
Poczuła, że ogarnia ją smutek. Czemu teraz, gdy mogła wreszcie robić, co dusza
zapragnie, zachowywała się tak żałośnie? Nie znajdując wytłumaczenia, usiadła
na piasku, czekając, aż słońce wyjdzie zza chmur.
Wrócił obcokrajowiec z orzechem kokosowym dla niej. Była zadowolona, że nie
musi z nim rozmawiać. Wypiła kokosowe mleczko, uśmiechnęła się, on również odpowiedział
jej uśmiechem. To była wygodna forma kontaktu, do niczego nie zobowiązywała
- jeden, drugi uśmiech - aż do chwili, gdy mężczyzna wyciągnął z kieszeni miniaturowy
słownik w czerwonej okładce i powiedział ze śmiesznym akcentem: bonita - ładna.
Uśmiechnęła się znowu. Szczerze mówiąc, wolałaby spotkać nieco młodszego i mówiącego
w jej języku księcia z bajki.
Kartkując słownik, mężczyzna wydukał:
- Kolacja dziś? - I zaraz dorzucił: - Szwajcaria!
Po czym wypowiedział słowa, które niemal w każdym języku brzmią niczym chóry
anielskie: "Praca! Dolary!".
Maria nie znała restauracji "Szwajcaria". Czy to możliwe, aby wszystko było
tak łatwe i marzenia spełniały się tak szybko? Lepiej mieć się na baczności:
bardzo dziękuję za zaproszenie, jestem zajęta i wcale nie zamierzam kupować
dolarów.
Mężczyzna, który nie zrozumiał ani jednego jej słowa, zaczął tracić nadzieję.
Zniknął na chwilę i wrócił z tłumaczem. Za jego pośrednictwem wyjaśnił, że pochodzi
ze Szwajcarii (a więc to nie była restauracja, tylko jego kraj), chciałby zjeść
z nią kolację i zaproponować popłatną pracę. Tłumacz - portier z hotelu, w którym
zatrzymał się ten mężczyzna - a zarazem jego pomocnik w interesach, dorzucił
po cichu:
- Na twoim miejscu zgodziłbym się bez wahania. Ten facet to gruba ryba w show-biznesie.
Przyjechał do Brazylii w poszukiwaniu nowych talentów. Mogę ci opowiedzieć o
kilku osobach, które przyjęły już jego propozycję. Wiedz jedno: dziś są bardzo
bogate. Założyły rodziny, a ich dzieciom nie grozi bezrobocie i włos im z głowy
nie spadnie... W Szwajcarii robi się pyszne czekolady i świetne zegarki - dodał,
by pochwalić się światowym obyciem.
Artystyczne doświadczenie Marii było co najmniej skromne: grała niewiastę sprzedającą
wodę - niemą rolę w Męce Pańskiej, którą wystawiano zawsze podczas Wielkiego
Tygodnia. Chociaż w autokarze nie zmrużyła oka, nie czuła zmęczenia. Była przejęta
widokiem morza, znużona objadaniem się kanapkami i zakłopotana, bo w Rio nie
znała absolutnie nikogo i chciała szybko spotkać jakąś bratnią duszę. Doświadczyła
już sytuacji, w których mężczyzna dawał mnóstwo obietnic i nie spełniał żadnej
z nich, uznała więc, że ta historia z show-biznesem to pretekst, by ją poderwać.
Udawała, że wcale jej nie obchodzi ta propozycja, ale w głębi duszy była przeświadczona,
że szansę tę zsyła jej Najświętsza Panienka, że winna wykorzystać każdą sekundę
tego tygodnia wakacji i cieszyła się, że będzie miała co opowiadać koleżankom.
Przyjęła zaproszenie pod warunkiem, że towarzyszyć im będzie tłumacz, gdyż miała
dosyć ciągłego uśmiechania się i udawania, że rozumie wywody obcokrajowca.
Jedyny problem, skądinąd bardzo istotny, polegał na tym, że nie miała odpowiedniego
stroju na tę okazję. Kobieta nigdy nie wyjawia tak intymnych spraw (łatwiej
jest się jej przyznać do zdrady męża, niż ujawnić stan swej garderoby), skoro
jednak nie znała tych mężczyzn i zapewne już nigdy więcej ich nie zobaczy, nie
miała nic do stracenia.
- Właśnie przyjechałam z Nordeste i nie mam odpowiedniego stroju, by pójść do
restauracji - powiedziała.
Za pośrednictwem tłumacza Szwajcar poprosił ją, by nie zawracała sobie tym głowy,
tylko podała mu adres hotelu. Tego samego popołudnia przysłał przez posłańca
sukienkę, o jakiej nawet nie śniła, wraz z parą butów wartych zapewne jej roczną
pensję.
Poczuła, że oto rozpoczyna się wielka przygoda, o której tak gorąco marzyła
przez całe dzieciństwo i wiek dojrzewania na głuchej brazylijskiej prowincji
- krainie suszy i facetów bez przyszłości, w mieście, gdzie ludzie żyli w niedostatku,
choć uczciwie, gdzie wiodła nudną i pozbawioną sensu egzystencję. Teraz stanie
się panią świata! Jakiś człowiek zaoferował jej właśnie pracę za dolary, podarował
parę luksusowych pantofli i bajeczną suknię! Brakowało tylko makijażu, ale recepcjonistka
z hotelu przyszła jej z pomocą, ostrzegając przy tym, że nie każdy obcokrajowiec
jest godny zaufania, tak jak nie każdy Carioca - mieszkaniec Rio de Janeiro
- jest draniem.
Maria puściła te przestrogi mimo uszu. Włożyła suknię, istne cudo, i spędziła
kilka godzin przed lustrem, żałując, że nie ma aparatu fotograficznego. Nagle
wpadła w popłoch - zdała sobie sprawę, że jest już niemal spóźniona, więc wybiegła,
niczym Kopciuszek, do hotelu, w którym zatrzymał się Szwajcar.
Ku jej zaskoczeniu tłumacz oznajmił, że nie będzie im towarzyszył:
- Nie przejmuj się wcale językiem. Najważniejsze, żeby się dobrze z tobą czuł.
- Łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić, skoro on nie rozumie, co ja do niego
mówię?
- No właśnie. Nie musicie ze sobą rozmawiać, to kwestia przepływu energii.
Maria nie miała pojęcia, co to znaczy. W jej rodzinnym mieście, gdy ludzie spotykali
się, chcieli wymieniać myśli, zadawać pytania i słuchać odpowiedzi. Ale Maílson
- tak nazywał się tłumacz-portier - zapewnił ją, że w Rio de Janeiro i na całym
świecie jest zupełnie inaczej.
- Nie staraj się rozumieć. Zrób wszystko, by poczuł się dobrze. To bezdzietny
wdowiec, właściciel nocnego lokalu. Szuka Brazylijek chętnych do pracy za granicą.
Powiedziałem mu, że brak ci klasy, lecz on się upiera. Twierdzi, że zakochał
się w tobie dziś na plaży od pierwszego wejrzenia. Bardzo spodobało mu się twoje
bikini.
Zrobił przerwę.
- Prawdę mówiąc, jeżeli chcesz znaleźć tu faceta, musisz zmienić fason bikini.
Poza tym Szwajcarem nikt nie zwróci na nie uwagi, dawno już wyszło z mody.
Maria udała, że nie słyszy. Maílson ciągnął dalej:
- Moim zdaniem nie chodzi mu tylko o przygodny romans. Uważa, że masz talent
i w krótkim czasie możesz stać się główną atrakcją jego lokalu. Oczywiście nie
wie jeszcze, jak śpiewasz i tańczysz, lecz tego można się nauczyć, natomiast
uroda jest nam dana. Ach, ci Europejczycy! Zjawiają się tu i myślą, że wszystkie
Brazylijki są zmysłowe i potrafią tańczyć sambę. Jeżeli on ma poważne zamiary,
radzę, byś domagała się umowy - z podpisem uwierzytelnionym przez konsulat szwajcarski
- zanim opuścisz kraj. Jutro będę na plaży, przed hotelem. Przyjdź do mnie,
gdybyś miała jakieś wątpliwości.
Szwajcar z uśmiechem wziął ją za rękę i zaprowadził do czekającej przed hotelem
taksówki.
- Gdyby jednak jego zamiary były inne, to pamiętaj, że stawka za jedną noc wynosi
trzysta dolarów. Pod żadnym pozorem nie bierz mniej - rzucił Maílson na odchodne.
Zanim zdołała cokolwiek z siebie wydusić, jechała już z obcokrajowcem do restauracji.
Ich rozmowa ograniczała się do minimum:
- Pracować? Dolar? Brazylijska gwiazda?
Maria rozmyślała jeszcze nad tym, co powiedział Maílson: trzysta dolarów za
jedną noc! Ależ to istny majątek! Nie musiała żywić płomiennego uczucia, mogła
uwieść tego mężczyznę, tak jak uwiodła swojego pracodawcę, wyjść za mąż, mieć
dzieci i zapewnić rodzicom dostatni byt na starość. Cóż miała do stracenia?
On nie jest już pierwszej młodości, może niebawem umrze, a ona odziedziczy po
nim wielki majątek. Podobno Szwajcarzy śpią na złocie, ale wygląda na to, że
w ich kraju brakuje kobiet.
Podczas kolacji rozmowa niezbyt się kleiła. Wymienili parę zdawkowych uśmiechów.
Maria powoli zaczynała rozumieć, co znaczyła "kwestia przepływu energii", a
mężczyzna pokazał jej katalog, w którym były wycinki z gazet w jakimś obcym
języku, zdjęcia kobiet w bikini (bez wątpienia bardziej twarzowych i śmiałych
niż to, które nosiła dziś na plaży), kolorowe broszury reklamowe, w których
jedynym zrozumiałym dla niej słowem było "Brazil", napisane z błędem ortograficznym
(czyż nie uczono jej w szkole, że pisze się przez s?). Dużo piła, na wypadek
gdyby Szwajcar złożył jej nieprzyzwoitą propozycję (nikt nie pogardzi trzystoma
dolarami, a odrobina alkoholu znacznie ułatwia sprawy, zwłaszcza kiedy nie ma
w pobliżu nikogo znajomego). Lecz ten mężczyzna zachowywał się jak dżentelmen,
przysuwał jej krzesło, gdy siadała, i odsuwał, gdy wstawała. Pod koniec wieczoru,
udając zmęczenie, zaproponowała spotkanie na plaży następnego dnia (pokazując
godzinę na zegarku, naśladując dłonią ruch fal, bardzo powoli i wyraźnie wymówiła
słowo "jutro"). Wydał się zadowolony, również spojrzał na swój zegarek (pewnie
szwajcarski) i dał jej do zrozumienia, że godzina mu odpowiada.
Tej nocy źle spała. Śniło jej się, że to wszystko było tylko snem. Obudziła się.
Ale to była prawda. Na krześle w jej skromnym hotelowym pokoju rzeczywiście wisiała
suknia, obok stała piękna para pantofli, a za kilka godzin czekało ją spotkanie
na plaży.