FRAGMENT KSIĄŻKI
Jennifer Weiner
Siostry
Wydawnictwo: Sonia Draga
ISBN: 83-919131-0-4
1
- Kotku - jęknął cicho (Ted? Tad? - czy coś w tym rodzaju), tłamsząc
ustami boczną część jej szyi i przesuwając tym samym jej twarzą
po ścianie toalety.
To śmieszne, pomyślała Maggie, czując, jak podnosi jej sukienkę.
Ponieważ jednak w ciągu ostatnich dwóch godzin wypiła około pięciu
wódek z tonikiem, nie była w stanie nazwać czegokolwiek śmiesznym.
Nie była nawet pewna, czy potrafi prawidłowo wymówić to słowo.
- Jesteś taka seksy! - wykrzyknął Ted lub Tad, odkrywając stringi,
które zakupiła na tę okoliczność.
- Chciałabym stringi. Czerwone - powiedziała.
- Szkarłatne - poprawiła ją ekspedientka w Victoria's Secret. - Niech
będzie - zgodziła się Maggie. - Rozmiar S - dodała - XS, jeśli jest.
Obdarzyła dziewczynę pogardliwym spojrzeniem dając jej do
zrozumienia, że chociaż nie odróżnia czerwonego od szkarłatu, to
ona, Maggie Feller, wcale się tym nie przejmuje. Może i nie skończyła
college'u, i może nie ma świetnej pracy - OK, od czwartku w ogóle
nie ma pracy, a cała jej kariera telewizyjna ogranicza się do trzech
sekund, przez które skrawek jej biodra widoczny był na przedostatnim
wideoklipie Willa Smitha. I może faktycznie z trudnością pokonywała
swoją wyboistą drogę, podczas gdy niektórzy, jak mianowicie
jej siostra Rose, śpiewająco przeszli przez college Ivy League*,
wprost do szkół prawniczych, później firm prawniczych, a następnie
luksusowych apartamentów na Rittenhouse Square, zupełnie jakby
ktoś usadowił ich na jakiejś wielkiej życiowej zjeżdżalni i lekko popchnął.
A jednak to ona, Maggie, miała coś bardzo wartościowego,
coś rzadkiego i naprawdę cennego, coś co posiada jedynie niewielu,
a wielu pożąda - fantastyczne ciało. 47 kilogramów rozciągnięte na
wysokość 165 centymetrów, od głowy po czubki palców przybrązowione
w solarium, zadbane, odpowiednio depilowane, wygładzone
parafiną, nawilżone, pachnące, doskonałe.
Miała tatuaż w kształcie stokrotki tuż nad pośladkiem, słowa
"STWORZONA DO GRZECHU" wytatuowane wokół lewej kostki,
a na prawym bicepsie czerwone, przebite strzałą, pulchne serce
z napisem "MAMA" (myślała o dodaniu daty jej śmierci, ale z jakiegoś
powodu ten tatuaż bolał bardziej niż dwa pozostałe razem wzięte).
Maggie była również właścicielką piersi rozmiar D. Wspomniane
piersi były prezentem od pewnego żonatego przyjaciela i zrobione
zostały z roztworu soli oraz plastiku, ale to było bez znaczenia.
"To moja inwestycja na przyszłość" - powiedziała Maggie. Ojciec
wyglądał na urażonego i lekko oszołomionego, Sydelle - Macocha
Monstrum oddychała rozszerzając nozdrza, a jej duża siostra Rose,
zapytała: "Jaką konkretnie przyszłość planujesz?", przybierając ten
swój pełen wyższości ton, czym sprawiała wrażenie, jakby miała przynajmniej
siedemdziesiąt lat. Maggie nie słuchała, miała to gdzieś.
Obecnie dwudziestoośmioletnia Maggie znajdowała się na spotkaniu
z okazji dziesięciolecia ukończenia szkoły średniej i była zdecydowanie
najlepiej wyglądającą kobietą na sali. Wszystkie oczy
zwrócone były na nią, gdy weszła wolnym krokiem do Cherry Hill
Hilton w opinającej dokładnie jej ciało czarnej sukience koktajlowej
na ramiączkach i w szpilkach Christiana Louboutina, które tydzień
temu wyciągnęła z szafy swojej siostry. Mimo że Rose roztyła
się - duża siostra na jeszcze jeden sposób - ich stopy wciąż były dokładnie
takie same. Maggie czuła na sobie gorące spojrzenia, gdy lekkim
krokiem szła w stronę baru, uśmiechając się i kołysząc biodrami
jakby w rytm muzyki, czemu towarzyszyło lekkie podzwanianie bransoletek
w okolicy nadgarstków; pozwalając tym samym swoim byłym
kolegom szkolnym dobrze się przyjrzeć temu, co stracili - dziewczynie,
którą ignorowali, przedrzeźniali i uważali za opóźnioną, tej, która
błąkała się korytarzami szkolnymi w zbyt obszernych, wojskowych
kurtkach swojego ojca i kuliła przy szafkach w szatni. Tak, Maggie
promieniała. Niech widzą, niech się ślinią. Marissa Nussbaum i Kim
Pratt, a szczególnie ta suka Samantha Bailey ze swoją tandetną, tle-
nioną fryzurą i siedmioma dodatkowymi kilogramami na biodrach,
których w szkole średniej jeszcze tam nie było. Wszystkie te cheerleaderki,
które nią pogardzały albo patrzyły zawsze gdzieś obok udając,
że jej nie widzą. Jakby jej tam w ogóle nie było. Niech teraz nacieszą
swoje oczy... albo, jeszcze lepiej, niech ich rozmemłani i łysiejący
mężowie poucztują sobie do woli.
- O, Boże! - jęknął Ted-Nie-Ted, odpinając spodnie.
W toalecie obok ktoś spuścił wodę.
Maggie zachwiała się na swoich obcasach, gdy Ted-Nie-Tad celował,
chybiał i celował ponownie, dźgając jej uda i tyłek. To jakby atakował
cię jakiś ślepy wąż, pomyślała i parsknęła cicho, który to odgłos
Ted ewidentnie pomylił z jękiem rozkoszy.
- O tak, kotku! Dobrze ci, hm? - domagał się potwierdzenia i zaczął
szturchać jeszcze mocniej. Maggie stłumiła ziewnięcie i popatrzyła
w dół, zauważając z przyjemnością, że jej uda - jędrne dzięki
godzinom spędzonym na bieżni w siłowni, gładkie jak plastik po
ostatnim zabiegu parafinowym - w ogóle nie drżały, niezależnie jak
mocne były pchnięcia Teda. Jeśli chodzi o pedicure - był idealny.
Początkowo nie była pewna co do tego konkretnego odcienia czerwieni
- nie dość ciemny, martwiła się trochę - ale to był jednak dobry
wybór, pomyślała, patrząc na swoje palce, które odpowiedziały jej
zdecydowanym błyskiem lakieru.
- Jezu CHRYSTE! - krzyknął Ted. W jego tonie słychać było
mieszaninę ekstazy i frustracji, coś jak u człowieka, który miał wizję,
ale nie jest całkiem pewien, co ona oznacza. Maggie spotkała go przy
barze, około pół godziny po przyjściu, i był on dokładnie tym, kogo
szukała - wysoki blondyn, dobrze zbudowany, nie gruby i nie łysiejący
jak większość byłych bogów futbolu i królów balu maturalnego.
Uprzejmie grzeczny. Dawał napiwek barmanowi po każdej kolejce,
choć wcale nie musiał, bo rachunek regulowało się na końcu; i powiedział
jej to, co chciała usłyszeć.
- Czym się zajmujesz? - zapytał, a ona uśmiechnęła się do niego.
- Śpiewam - odpowiedziała. Co było prawdą. Przez ostatnie sześć
miesięcy śpiewała chórki w zespole o nazwie Włochata Mycha,
który robił thrash-metalowe przeróbki klasyki disco lat 70-tych.
Dotychczas dali jeden koncert, jako że popyt na thrash-metalowe
interpretacje szlagieru "MacArthur Park" nie jest specjalnie imponujący,
a Maggie wiedziała, że jest w zespole, bo wokalista miał nadzieję
się z nią przespać. Ale to było już coś - mały punkt zaczepienia dla
jej marzenia o sławie, o byciu gwiazdą.