1.
- Jestem w ciąży.
Cisza. Widelec zawisł nad talerzem Macieja. Tym razem wyjątkowo oboje zamówili
na przystawkę to samo: prosciutto crudo ze świeżymi figami i rukolą, w sosie
miodowo-pomarańczowym, a do tego Château Sainte Roseline Rosé. Lekkie, z
nutą lawendy, przesycone słońcem jak wiosna w Prowansji. Zawsze jedli co
innego, w innym tempie myśleli i mówili, różnie rozkładali akcenty w ocenie
sytuacji i ludzi. Po raz pierwszy Miranda pomyślała, że nareszcie zaczęli
oddychać w tym samym rytmie.
Niepotrzebnie się pospieszyła. Powinna była przygotować grunt. Mężczyźni tacy
są. Na wojnę idą bez zastanowienia, ale dziecko to zupełnie inna sprawa. Wspólna
i długofalowa. Niebezpieczna.
- To brak profesjonalizmu.
Tyle sekund napiętej ciszy, a potem tylko trzy słowa. Maciej wiedział, jak
uderzyć. Nie musiał mówić: Ależ Mirando, czy jesteś tego pewna? Może tylko
okres ci się spóźnił, ostatnio dużo pracowałaś, mieliśmy sporo delegacji, wszystkie
te samoloty, zmiany czasu i klimatu, stresy, a może to w ogóle nie moje dziecko?
Maciej potrafił za jednym zamachem zabić przeciwnika, wygrać bitwę i zdobyć
łup. Tym razem również nie chybił. Oczyścił pole swojej wolności jednym celnym
strzałem, trzema słowami, które zajęły mu dwie sekundy.
Mirandzie zrobiło się czarno przed oczami. Zrozumiała, że w tej chwili przegrała
wszystko. Błyskawiczną karierę, posadę w najlepszej kancelarii prawniczej w
Warszawie, służbowy apartament, Macieja. Wszystko oprócz dziecka, którego była
pewna. Że jest.
Wciągnęła bezgłośnie powietrze w płuca. Nie wolno ci zemdleć, pomyślała. Nie
teraz.
Za wcześnie wytoczyła to ciężkie działo. Kolacja upłynęła w przygnębiającym
milczeniu, jakby to był koszmarny film albo sen, z którego człowiek nie może
się wybudzić. Stypa. Cała reszta należała już do innego snu: nowy komplet,
kupiony specjalnie na tę okazję w Londynie - mała czarna z dekoltem w karo
i żakiet z grubego szantungowego jedwabiu w kolorze kości słoniowej, haftowany
w czarne tulipany wzorowane na rysunkach Williama Morrisa, do tego duże korale
z czarnych jak smoła agatów - oraz ekskluzywne wnętrza restauracji "Belvedere"
w Nowej Pomarańczarni, przyciszona muzyka w tle, smak eskalopek cielęcych z
truflami, puszysty mus czekoladowy, na który miała taką ochotę, i kieliszek
bursztynowego sauterne'a, a nawet granatowe, pachnące pierwszym majowym deszczem
Łazienki za oknami.
Ostatnie trzy tygodnie były wyjątkowo intensywne, nawet jak na Mirandy i Macieja
standardy, ale zakończyły się pełnym sukcesem, przynosząc im przydomek "Książąt"
i potężne premie w dowód uznania. Klient z Hamburga, niejaki Heinrich Neubauer,
producent drutu stalowego wysokiej jakości, był zachwycony kontraktem, dzięki
któremu kupił za bezcen ogromną halę produkcyjną pod Łodzią, a w ramach bonusu
wynegocjował jeszcze niezłą kamienicę w centrum miasta. Mecenas Bielawski,
nie po raz pierwszy zresztą, był tak dumny ze swoich najlepszych "pistoletów",
jak gdyby to on sam ustrzelił ten kontrakt, a nie Maciej przy wydatnej pomocy
Mirandy. Autorzy sukcesu nie mogli narzekać. Jak zawsze, za szybką i sprawną
robotę czekała ich sowita premia. Tym razem szef nie żałował - Maciej zajechał
po Mirandę nowiutkim bmw, a przed kolacją pomógł jej jeszcze przewieźć parę
ostatnich walizek na Łucką, do nowego apartamentu - dwupoziomowego penthouse'u
z tarasem i rozległym widokiem. Jednym słowem, mieli co świętować.
W milczeniu odwiózł ją do domu.
Bez słowa wysiadła i trzasnęła drzwiami. Była już na chodniku, gdy szyba po
stronie kierowcy bezszelestnie zjechała w dół i w oknie pojawił się trójwymiarowy
powidok jej byłego kochanka i szefa zespołu.
- Bad timing, Mirando. A wiesz, że to gorsze niż zbrodnia. To błąd.
I tyle. Szyba podjechała z powrotem do góry i grafitowe bmw, ze skórzanymi
obiciami, drewnianą deską rozdzielczą i nowym wrogiem za kierownicą, równie
bezszelestnie zniknęło z jej życia.
2.
Straciła rachubę czasu, ale czuła, że niebezpiecznie zaczyna balansować na granicy spóźnienia na pierwsze spotkanie. Spróbowała wstać. Przez długą chwilę stała pochylona, opierając się ciężko o umywalkę. Obmyła twarz zimną wodą i spojrzała w lustro. Przeraziła się. Była szarozielona, fioletowe cienie pod oczami wyglądały jak dwie kałuże na piaszczystej ścieżce o zmierzchu. Namoczyła ręcznik w gorącej wodzie i przyłożyła do twarzy. Poczuła się odrobinę lepiej, ale nadal wyglądała okropnie. Chwiejąc się, doszła do łóżka. Owinięta w jedwabną kapę, położyła się skulona przy brzegu od strony drzwi. Tyłem do okna.
Obudził ją telefon.
- Co się dzieje? - Pierwszy raz słyszała, żeby Maciej tak wrzeszczał. - Dlaczego
nie jesteś na Lombard Street? W restauracji!
- O Jezu, Maciej, to ty? Ja... Wybacz, ale... - usiadła gwałtownie na łóżku.
- Nie gadaj, tylko bierz się do roboty - uciął krótko. - Jestem z nimi w kontakcie.
Ściemniłem, że samolot miał kłopoty z lądowaniem z powodu mgły. Bo na pewno
była, oni zawsze tam mają mgłę. Powiedziałem, że zjawisz się za pół godziny.
Zbieraj się! - Nie czekając na wyjaśnienia, rzucił słuchawkę. Oszczędzał teraz
każdą sekundę. Nie swoją, jej - Mirandy. Gdyby sobie samemu dał dwie sekundy
więcej, na pewno dorzuciłby na koniec swoją ulubioną maksymę: "Tu się nie gada,
tu się robi". Chociaż nie musiał, Miranda znała ją doskonale. Była jak trąbka
do boju.
Spróbowała wstać, ale nogi się pod nią ugięły. Zadzwoniła do recepcji i poprosiła
o mocną kawę i mocną herbatę. Skutek był tylko taki, że znowu miała czym wymiotować.
Musiała zmienić bluzkę, bo niechcący poplamiła ją szminką. Kostium zalała wodą.
Pobrudzone ubrania zrzucała wprost na podłogę, żeby było prędzej.
Po trzecim podejściu zrezygnowała. Sięgnęła po komórkę.
Zawaliła cały pierwszy dzień i połowę następnego. Nie poszła na żadne spotkanie,
na samą myśl o jedzeniu w restauracji jej żołądek reagował gwałtownym skurczem.
Drugiego dnia po południu w pokoju hotelowym Mirandy zjawił się Maciej. Nawet
na nią nie spojrzał, nie powiedział: dzień dobry.
- Gdzie dokumenty? - Nie zauważył, że stanął na jej najlepszym kostiumie, który
wciąż leżał tam, gdzie go zrzuciła, na dywanie przed łóżkiem.
Podała mu teczkę. Chciała coś powiedzieć, wytłumaczyć się.
- Nie teraz - warknął.
Był w garniturze. Czekała go ostra walka: oprócz spraw zawodowych miał do odrobienia
stracone punkty. Stracone przez Mirandę.
Nie wiedziała, czy mu się udało. Maciej nie pożegnał się z nią przed wyjazdem.
Zamiast tego zostawił wiadomość w recepcji. I tym razem były to tylko trzy
słowa: "Możesz nie wracać".
Włączyła laptopa, z przyzwyczajenia, a może dlatego, że wiedziała, co tam znajdzie.
Rzeczywiście, w inboksie była jedna wiadomość, z sekretariatu: "W załączeniu
przesyłamy pismo mecenasa Bielawskiego".
I dopisek: "Trzymaj się, Mirando, D.".
Nawet nie otworzyła załącznika. Wiedziała, że jest to zwolnienie z pracy w
trybie nagłym, bez porozumienia stron.
Była zgubiona. Wyłączyła komputer i komórkę.
Była wolna.
3.
Przechodząc koło nowego audytorium Fitzwilliam College, Miranda rzuciła okiem
na swoje odbicie w szybie. Z tym wiadrem i szczotką na długim kiju wyglądam
jak prawdziwa sprzątaczka - pomyślała. - Brakuje mi tylko chustki z węzłem
na czubku głowy, jakie kiedyś tam u nas kobiety nosiły z pomorska, a może z
pruska.
W nowej pracy przydała jej się nie tyle wiedza wyniesiona ze studiów w toruńskiej
Alma Mater czy z praktyki w warszawskiej kancelarii, ile z domu rodzinnego
w Gniewie. Ściślej: mądrość wbita jej do głowy przez babcię Halszkę.
- Aj, Mireńka moja mileńka, zapamiętajże raz, a dobrze: najpierw ścieramy kurze,
a dopiero potem wietrzymy pokój. Inaczej tych drobinek nie opanujesz, tylko
będą fruwały jako ten obłok nad stepem. Może i masz rację, że w słońcu wyglądają
jak iskierki, ale to kurz, dziecko, zwyczajny kurz.
Praca sprzątaczki wszędzie jest taka sama, czy będzie to sprzątanie dworca,
mieszkania czy uniwersytetu. Wszędzie najpierw ktoś brudzi, a potem ktoś inny
musi po nim posprzątać. I wszędzie przedmioty wędrują z miejsca na miejsce,
jakby miały nogi, a ściany, podłogi, drzwi i okna najpierw są czyste, a potem
brudne. Kobieta do sprzątania nie ocenia ich wartości, ona widzi, że stoły
są zachlapane, książki zakurzone, podłogi zabłocone, a łazienki i okna brudne
i zmatowiałe.
Zdobycie tej prostej z pozoru pracy wymagało od Mirandy sporo zachodu. Można
powiedzieć, że miała szczęście. Bo właściwie nie wiedziała, dlaczego wsiadła
do autobusu, który trzy tygodnie temu odjechał z londyńskiej Victoria Coach
Station w kierunku Cambridge.
Nieprawda, wiedziała doskonale.
Wiedziała, że na pewno chce urodzić. A skoro tak, to musi przetrwać. Anglia
nie była najgorszym wyjściem z sytuacji. Przynajmniej daleko od jej dotychczasowego
świata i życia. Jakże niedawnego. Nie szkodziło jej, że tutaj było obco. Na
pewno nie bardziej niż w Warszawie, gdzie przez trzy lata była jak tamto lśniące
odbicie w szybie, które ujrzała pierwszego dnia po przemianie, jakiej dokonała
dzięki Dorze. Tutaj? Wylądowała, jak to się mówiło w pozytywistycznych powieściach,
na bruku. Została nieoczekiwanie imigrantką, na dodatek z nieślubnym dzieckiem
w brzuchu. Ale przynajmniej nie musiała się codziennie rano przebierać za kogoś
innego. Za kogoś, kim - dopiero teraz to sobie uświadomiła - tak naprawdę nigdy
nie była, mimo najszczerszych chęci.
Nawet nie zamierzała podjąć próby znalezienia posady w jakiejś kancelarii,
mimo że miała w Londynie znajomych i możliwości. Nie chciała też wracać do
kraju i robić aplikacji adwokackiej. Nie dlatego, że byłoby to trudne, zwłaszcza
w Warszawie. Nie bała się wyzwań. Ale chciała zrzucić tę obcą skórę, zacząć
od początku. Gdyby mogła, najchętniej cofnęłaby czas i znów stała się tamtą
Mirą z dnia dyplomu. Szczęśliwą, prostą i bez obciążeń, chociaż już pozbawioną
paru złudzeń. Taką, która znowu pasowałaby do skrzypiec ojca w listopadowe
wieczory, do monologów babci Halszki o drobinkach kurzu i skutych lodem polach
w jej rodzinnym Czuryłowie. Do wysokiej skarpy nad Wisłą, gdzie w dzieciństwie
biegała zbierać kwiaty rumianku i krwawnika, wrotyczu i cykorii. I do spokojnego
spojrzenia taty, które dawało jej poczucie wielkiego, wszechogarniającego bezpieczeństwa.
Jak wtedy, gdy mówił:
- Nie bój się, życie jest jak słone morze - uniesie cię.
Chciała z powrotem poczuć tamtą prostotę swojego świata.
Z drugiej strony, nie startowała z pozycji taniej siły roboczej. Nie była niewykształconą
dziewczyną z zacofanej prowincji czy biednego regionu przemysłowego z dużym
bezrobociem, która do Anglii przyjechała "za chlebem". "Na anglosaksy", jak
mogłyby powiedzieć te trzy dziewczyny z Ealingu, gdyby naturalnie wiedziały,
skąd się wzięło powiedzenie "jechać na saksy" albo kim byli Anglosaksoni, którzy
z niewiadomych powodów po polsku nazywani są Anglosasami. Tego nie wiedziały,
miały jednak dość sprytu i samozaparcia, by całkiem dobrze się zorganizować
w tym gigantycznym mrowisku i nie dać się zmieść byle podmuchowi.
Metrem dotarła na Liverpool Coach Station, kupiła w kasie bilet za dziesięć
funtów, po czym wsiadła do autobusu odjeżdżającego do Cambridge. Po tygodniu
musiała przyznać, że wprawdzie w hierarchii społecznej tego starego uniwersyteckiego
miasta nie zaszła zbyt wysoko, gdyż podobnie jak dziewczyny z Ealingu zajęła
się sprzątaniem, po to by inni mogli wykonywać swoje odpowiedzialne prace i
zadania, ale tak jak chciała, nie stała się cząsteczką większej masy. Była
samodzielna. Pojedyncza.