Fotografie mrocznego domu-muzeum
Razem z matką, ojcem, starszym bratem, babką, ciotkami i wujami mieszkaliśmy na różnych piętrach czterokondygnacyjnej kamienicy. Jeszcze rok przed moimi narodzinami wszyscy oni żyli razem (jak wiele osmańskich rodów) w dużej, wzniesionej z kamienia rezydencji. Później wynajęli ją jednak prywatnej szkole podstawowej i na sąsiedniej działce postawili nowoczesny budynek, którego trzecie piętro zajmowała nasza rodzina. Na fasadzie, zgodnie z ówczesną modą, z dumą napisano: "Kamienica Pamuków". Na każdym z pięter, które w pierwszych latach swego życia przemierzałem w ramionach matki, widziałem przynajmniej jedno pianino. Kiedy ostatni kawaler w naszej rodzinie oderwał się w końcu na tyle długo od gazety żeby się ożenić, i do mieszkania na pierwszym piętrze sprowadził żonę, która następne pół wieku spędziła na gapieniu się przez okno, wraz z nią sprowadził pianino. Stało, nigdy nie używane, tak jak pozostałe - pewnie dlatego wywoływały we mnie taki smutek.
Ale nie dotyczyło to tylko nie używanych instrumentów. We wszystkich mieszkaniach stały także serwantki pełne chińskiej porcelany, filiżanek, srebrnych zastaw, cukiernic, tabakier, kryształowych kieliszków, flakonów po wodzie różanej, talerzy i kadzidełek, których nigdy nie brano do ręki (chociaż pewnego dnia uznałem serwantki za świetną skrytkę na samochodziki), oraz powleczone masą perłową zapomniane stoliki, puste kavukluki, secesyjne parawany zdobione na styl japoński, które niczego nie zasłaniały. W bibliotece za szklanymi drzwiczkami gromadziły kurz książki medyczne mojego wuja lekarza, który dwadzieścia lat wcześniej wyemigrował do Ameryki - od tamtej pory żadna dłoń ich nie dotknęła. Mój dziecięcy umysł rejestrował te przedmioty zagracające wszystkie pokoje, jakby wstawiono je tu z myślą nie o żywych, ale o zmarłych. (Od czasu do czasu zdarzało się, że jakiś stolik lub rzeźbiony kufer znikał z jednego salonu, aby pojawić się w drugim na innym piętrze).
Kiedy czasem w zabawie rzucaliśmy się na zdobione masą perłową i wyszywane srebrną nicią fotele, babka przywoływała nas do porządku: "Siadajcie jak należy!". Pokoje dzienne nie służyły do tego, żeby miło w nich spędzać czas. Niczym małe muzea miały przekonywać gości o zainteresowaniu domowników zachodnim stylem życia. Ktoś, kto nie pości w czasie ramadanu, ma mniejsze wyrzuty sumienia, mieszkając wśród kredensów i martwych pianin, niż gdyby musiał siadać po turecku na poduchach i sedirach. A ponieważ nie bardzo było wiadomo, czemu służy europeizacja - poza uwolnieniem się od wymogów religii - przez pięćdziesiąt lat salony w całej Turcji przypominały przypadkowe i posępne, ale czasem także poetyckie ekspozycje symboli Zachodu. Ich wygląd zmienił się dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy w domach pojawiły się telewizory. Gdy ludzie odkryli przyjemność, jaką daje wspólne oglądanie wieczornych wiadomości, małe muzea zaczęły się przekształcać w małe sale kinowe. Ale pamiętam, że nawet w tamtych latach można było jeszcze spotkać telewizor w pokoju przechodnim, a drzwi do salonowych muzeów otwierano tylko w święta i dla specjalnych gości.
Między piętrami kamienicy Pamuków, jak przystało na rodową rezydencję, panował ciągły ruch. Dlatego drzwi mieszkań zazwyczaj pozostawały otwarte. Po wyjściu mojego brata do szkoły ja razem z matką lub sam szedłem do mieszkania piętro wyżej odwiedzić babcię leżącą jeszcze w łóżku. Ciężkie zasłony w jej salonie były zawsze zaciągnięte, a bliskość sąsiedniego budynku sprawiała, że w pokoju zwykle panował mrok, zwłaszcza rano. Siadałem na wielkim ciężkim dywanie i bawiłem się przywiezionymi z Europy samochodzikami, które obsesyjnie ustawiałem w równych rzędach w garażu. Wyobrażałem sobie, że dywany są morzem, fotele i stoły zaś wyspami, na które muszę przeskakiwać bez dotykania wody (identycznie jak Baron z książki Calvina, który spędził całe życie na drzewach, nie dotknąwszy nigdy ziemi). Kiedy ta powietrzna przygoda albo zabawa w powożenie sofami (inspirowana zapewne widokiem bryczek na Heybeliadzie) mnie zmęczyła, zmieniałem ją na inną, która nigdy mnie nie nudziła, nawet gdy byłem już dorosły: wyobrażałem sobie, że miejsce, w jakim się znajduję (czy to sypialnia, czy salon, klasa, baraki, sala szpitalna, urząd), tak naprawdę jest zupełnie gdzie indziej. Ale gdy i na te fantazje zabrakło mi siły, szukałem schronienia w fotografiach, które umieszczono na każdym stole, stoliku i każdej ścianie.
Ponieważ pianina nigdy nie były używane, sądziłem, że służą wyłącznie do eksponowania zdjęć. Wszystkie wolne przestrzenie w salonie mojej babki pokryte były ramkami różnych rozmiarów. Najważniejsze były dwa ogromne portrety, wiszące nad nigdy nie zapalanym kominkiem. Jeden przedstawiał retuszowaną fotografię mojej babki, drugi zmarłego w 1934 roku dziadka. Każdy, kto wchodził do tego salonowego muzeum, widząc miejsce powieszenia portretów i pozy, w jakich babka i dziadek zostali na nich uwiecznieni - zwróceni do siebie jak europejscy królowie i królowe na znaczkach pocztowych - od razu wiedział, że to od nich wszystko się zaczęło...
Oboje pochodzili z położonej niedaleko Manisy miejscowości Gördes, z rodu Pamuków, nazwanych tak ze względu na niezwykle jasne jak na tamten region cerę i włosy. W żyłach babki płynęła krew Czerkiesów, których kobiety przez setki lat z powodu swej wspaniałej urody i figury zapełniały sułtańskie haremy. Jej ojciec uciekł do Anatolii w czasie wojny tureckorosyjskiej, trwającej w latach 1877-1878, następnie razem z rodziną przeniósł się do Izmiru (od czasu do czasu krążyły pogłoski o znajdującym się tam opuszczonym domu), a później do Stambułu, gdzie mój dziadek studiował inżynierię. Dziadek zbił fortunę przy budowie kolei, na którą w latach trzydziestych władze nowo powstałej Republiki Tureckiej wydawały gigantyczne pieniądze. Na brzegu wpadającej do Bosforu rzeczki Göksu założył fabrykę produkującą wszystko - od sznurków po sprzęt niezbędny do suszenia tytoniu. Kiedy zmarł w 1934 roku, w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, pozostawił tak wielki majątek, że nie były go w stanie zmarnować nawet plajtujące co chwila kolejne przedsiębiorstwa zakładane przez mego ojca i wuja.
Z języka tureckiego przełożyła Anna Polat.