40. Ajin Resz Jod: Bóg mocy ducha
Przygnębiony Joszua zapalił o zmierzchu ósmą świecę chanukową. W sklepie
jeszcze nigdy nie było tak cicho jak przez ostatni tydzień. Srebrny dzwonek
nie zabrzęczał ani razu. Mimo to każdego dnia pełen ufności tkwił twardo za
ladą. Potrzebna mu jedna szansa. Jeden klient mógłby wszystko zmienić. Ktokolwiek
to będzie, Joszua nie wypuści go z rąk. Jak dziki kot zatopi zęby w karku ofiary,
będzie nią tarmosił i podrzucał, aż zacznie błagać, by pozwolił jej kupić najdroższy
pierścień. Przerobił w myślach wszelkie możliwe scenariusze. Na każdą wątpliwość
miał przygotowane niepodważalne argumenty, żeby nakłonić zdobycz do właściwej
decyzji. Był nawet gotów przystać na zapłatę w ratach, gdyby klient nie miał
dość pieniędzy. Ale bez względu na to, kto przekroczy próg, wyjdzie z niego
jako posiadacz Bogini bezwarunkowej miłości albo Bogini uzdrowienia.
Nakazał sobie czujność. Ani na chwilę nie podda się wątpliwościom. Bo oto cały
wszechświat mobilizuje się, by spełnić jego życzenie. Siła jego wiary i pewności
sprawi, że pragnienie stanie się rzeczywistością. Nigdy wcześniej nie wytężał
tak mocno całej swojej woli, by osiągnąć cel. Nieustannie szeptał biblijny
werset: "Nie siła, nie moc, ale Duch mój dokończy dzieła - mówi Pan Zastępów".
Dwa cuda się dokonały. Sprzedał jeden pierścień i ojciec pod postacią nocnego
motyla udzielił mu błogosławieństwa. Trzeci cud już się obraca w łonie, gotowy
do przyjścia na świat - inaczej być nie może.
Uprzątnął ladę, pozostawiając miejsce tylko na dwa niebotycznie drogie pierścienie.
Nawet srebra stojące na półkach poodsuwał w głąb, żeby nic nie odwracało uwagi
klientów. Teraz miał na składzie tylko dwa produkty. Jedyny wybór, jaki pozostawia
swoim wymarzonym klientom. Albo miłość, albo uzdrowienie. Innych rarytasów
nie sprzedaje.
Czas mijał wolno. Sklep rozświetlało osiem migoczących płomyków świec. Ulica
opustoszała. Wszystkie inne kramy dawno pozamykano. Joszua z trudem krył ogromne
rozczarowanie. Szukał w myślach usprawiedliwienia dla cudu, który wciąż nie
następował. Właściwie dlaczego miałby się zdarzyć akurat dzisiaj? Kosmos nie
daje sobą kierować w czasie i przestrzeni. Jego ufność została wystawiona na
ciężką próbę. Musi udowodnić, że jest wart tego, by przyjąć moc cudu.
Przed osiągnięciem wielkiego celu zawsze czeka ostateczna próba. Przecież wiadomo.
Na widok mety pojawia się obawa. Na ostatnich metrach ogarniają człowieka wątpliwości.
Brak wiary, że jest godzien błogosławieństwa. To moment, w którym atleci często
się potykają albo zwalniają - mając zwycięstwo w zasięgu ręki. Tylko ci, którzy
nie dopuszczają cienia wątpliwości, nawet jeśli szanse zdają się mizerne, bywają
wysłuchani. Końcowy odcinek jest najcięższy dla każdego, kto niemożliwe chce
uczynić możliwym. Dlatego tak mało jest prawdziwych zwycięzców. Najdrobniejsze
wahanie może zniszczyć wszystko, na co człowiek w życiu pracował. Bezwzględne
są prawa wszechświata. Życie nie jest przyjemną rozrywką, lecz walką tytanów.
Dawid zmierzył się wszak z Goliatem. Człowiek pragnący odwrócić swój los musi
skupić w sobie siłę zmieniającą orbity ciał niebieskich.
Wyczerpany Joszua zasnął z głową na kontuarze. Nawet przez sekundę nie zamierzał
się poddawać. Wiara nie opuściła go ani na moment i czuwała nad nim także we
śnie. Świece wypaliły się jedna po drugiej, słychać było tylko szum wiatru.
I wtedy, w środku nocy, rozległ się słodki brzęk dzwonka u drzwi. Joszua zerwał
się jak na komendę, próbując w ciemności dojrzeć, jaką ofiarę ma przed sobą.
- Szczęśliwej Chanuki - gruchnęło echem po sklepie, po czym rozległ się gromki
śmiech mogący pochodzić tylko od jednej osoby.
- Zimra? - spytał niepewnie Joszua.
- Oczywiście, twój dobry przyjaciel Zimra - odparł rabbi, okrążając kontuar
i mocno obejmując Joszuę.
- Skąd wiedziałeś, że sklep jest jeszcze otwarty?
- Właśnie wracam z podróży. A ty, o ile się nie mylę, masz u siebie mój klucz,
przyjacielu! Pomyślałem sobie: "Sprawdź najpierw, włóczęgo, czy znajdziesz
schronienie u Joszui". Nie mam dziś ochoty na nocleg w swoim zimnym domu. No
i proszę, doprawdy, zostawiłeś mi nawet otwarte drzwi - zaśmiał się Zimra.
- Pomożesz mi wnieść toboły?
Przed drzwiami stał powóz załadowany kuframi i skrzyniami. Kiedy Zimra jowialnie
nagradzał woźnicę napiwkiem, Joszua taszczył bagaże do sklepu.
- A teraz napiłbym się wina - ogłosił rabbi, gdy Joszua zamknął drzwi i zaprowadził
go do gościnnego pokoju zastawionego srebrami.
- Szybko wróciłeś - zauważył z radością Joszua. - Sądziłem, że nie będzie cię
jeszcze ładnych parę miesięcy.
- Dla Mesjasza trzy miesiące na spełnienie misji starczy aż nadto - odparł
rabbi, znów wybuchając śmiechem.
- Znalazłeś Arkę?
Zimra usiadł na brzegu krzesła i rzekł tajemniczo:
- Dokonałem wielkiego odkrycia o historycznym znaczeniu. Znalazłem w Abisynii
potomków króla Salomona i królowej Saby.
- Coś takiego?! - wykrzyknął Joszua. - Opowiadaj!
- Nazywają ich Falaszami, najeźdźcami, ale oni sami zwą siebie Bete Israel,
domem Izraela. Jest ich, bagatela, pięćset tysięcy.
- Pięćset tysięcy? Kiedy tu w Safedzie mieszka zaledwie sześć tysięcy Żydów!
- Tak, lecz mimo to w swoim kraju stanowią mniejszość. I są dziesiątkowani
przez wojsko cesarza Sertse Dyngyla. Od siedmiu lat prowadzi krucjatę, żeby
ich nawrócić na wiarę chrześcijańską. Oni tymczasem są Żydami i odprawiają
w pewnym sensie te same rytuały co my. Falaszowie wycofali się w niedostępne
góry. Ale kiedy tam przybyłem, ich król wpadł właśnie w ręce najeźdźców. Byłem
świadkiem, jak abisyński cesarz obiecał darować mu życie pod warunkiem, że
będzie błagał Marię o łaskę. Król odparł: "Wolę zamienić świat pełen kłamstw
na świat sprawiedliwości. Daj mi światło zamiast ciemności. Zabij mnie i uczyń
to szybko". Kat ściął go jednym ruchem, pogruchotał mu też kolana. Mimo śmierci
swojego władcy Falaszowie wciąż dzielnie walczą, ale są w ciężkiej sytuacji.
Niebywale dzielny naród. Widziałem kobiety, które rzucały się ze skał, wzywając
imienia Boga. Wolą popełnić samobójstwo niż wpaść w łapy najeźdźcy i dać się
zgwałcić.
Joszuę rozpierała duma, że jako pierwszy usłyszał tę fascynującą historię.
- Skąd wiesz, że Falaszowie pochodzą od Salomona i królowej Saby?
- Od kiedy świętujemy Purim?
- Od jakichś dwóch tysięcy lat - ocenił Joszua. - Od czasu, gdy Estera powstrzymała
Hamana przed wymordowaniem Żydów perskich.
- Właśnie. A Falaszowie nie znają święta Purim, bo od co najmniej dwóch tysięcy
lat nie mają styczności z innymi Żydami. Odkryłem, że ich historia jest nawet
jeszcze starsza. Falaszowie są potomkami Mojżesza.
- Mojżesza?
- Tak, Mojżesz wychował się na dworze faraona.
- Ma się rozumieć - przytaknął Joszua.
- Ale czy wiesz, że w młodości był wojownikiem? I na czele egipskiego wojska
podbijał Abisynię.
- Skąd to wiadomo?
- Z ksiąg Józefa Flawiusza, naszego historyka. Abisyńczycy czuli się bezpiecznie,
bo na pustyni, którą musiały pokonać oddziały Mojżesza, roiło się od jadowitych
węży. Ale Mojżesz wysłał wprzódy stada ibisów, aby przepędziły węże. Po czym
bez przeszkód zajął abisyńskie miasta. Tharabis, córka króla, była pod wielkim
wrażeniem jego mądrości i potęgi. Zaoferowała mu stolicę, Sabę, jeśli pojmie
ją za żonę. I tak się stało! Tharabis zaszła w ciążę, a jej syn został pierwszym
królem w długim rzędzie władców Abisynii pochodzących od Mojżesza.
- Co za historia - westchnął Joszua. - To znaczy, że królowa Saby, w której
zakochał się król Salomon, była praprawnuczką Mojżesza?
- Właśnie. Dlatego Menelik mógł bezpiecznie przewieźć Arkę Przymierza z Jerozolimy
do Abisynii. Arka bowiem pozostała w żydowskich rękach, a Bóg najwidoczniej
na to zezwolił.
- Nadal jest w żydowskich rękach?
- I tak, i nie - odparł Zimra zagadkowo. - Menelik zawiózł ją na abisyńską
wyspę Tana Kirkos na jeziorze Tana. Stała tam w namiocie ponad tysiąc lat!
Raz w roku spryskiwano ją krwią, dokładnie tak samo jak w Świątyni Salomona.
Ale tysiąc dwieście lat temu abisyński cesarz Ezana nawrócił się na chrześcijaństwo.
W całym kraju budował kościoły i w jednym z nich kazał umieścić Arkę. W pozostałych
zaś przechowywano jej kopię.
- To znaczy, że próżno by szukać, w którym kościele się znajduje?
- Oczywiście. Gdzie można lepiej schować drzewo, jak nie w lesie?
Zimra zrobił pauzę.
- Ale - ciągnął z szerokim uśmiechem - Falaszowie twierdzą, że żydowscy kapłani
z Tana Kirkos wysłali władcy replikę, a prawdziwą Arkę Przymierza ukryli w
bezpiecznym miejscu.
- I chrześcijanie myśleli, że mają tę prawdziwą - wtrącił z ulgą Joszua.
- Tak, ich "prawdziwa" Arka stała podobno u Najświętszej Marii Panny z Syjonu.
W Sakum. Ale trzydzieści pięć lat temu ten kościół został splądrowany przez
muzułmanów.
- Dokąd żydowscy kapłani przenieśli prawdziwą Arkę Przymierza? - niecierpliwił
się Joszua.
Zimra lustrował go szybkimi, ruchliwymi oczami. Liczył na tę nienasyconą ciekawość.
Teraz wystarczyło sprytnie wciągnąć Joszuę do całego planu.
- Jak idą interesy? - zmienił nagle temat.
Joszua westchnął. Fantastyczna opowieść odsunęła na chwilę w cień jego własne
marzenia. Opowiedział, jak bardzo liczył na to, że podczas Chanuki ubije znakomity
interes. Ale teraz widać już gołym okiem, że idzie mu kiepsko. Przebiegłe oczy
Zimry zalśniły.
- Pokaż mi te pierścienie, których tak pragniesz się pozbyć.
Joszua przyniósł ze sklepu swoje skarby. Zimra ostrożnie brał je kolejno do
ręki i oglądał z niekłamanym podziwem.
- To są dwa sekretne imiona Boga, których nauczył nas Izaak. Słuchałem go uważnie,
tak jak ci obiecałem. Według Izaaka niewypowiedziane imię Boga składa się z
siedemdziesięciu dwóch imion występujących w odpowiedniej kolejności. Od czasu
do czasu jedno z nich pada na jego lekcjach. Nawiasem mówiąc, kilka dni temu
Izaak powziął niedorzeczny plan. Namawiał nas, żebyśmy pojechali świętować
Chanukę w Jerozolimie. Mieliśmy tam rzekomo odbudować Świątynię.
Zimra słuchał z zapartym tchem.
- Mówił coś o Arce?
- Nie. Zapytałem nawet, czy jego zdaniem znajduje się w Jerozolimie, ale nie
odpowiedział. A ty myślisz, że Arka tam jest?
Po twarzy Zimry przemknął uśmiech.
- Wiele podróżowałem, Joszuo, i widziałem niejeden bezcenny klejnot w różnych
zakątkach świata. Twoje pierścienie jednak przyćmiewają wszystko.
"Chce mnie przekupić - pomyślał Joszua. - Potrzebuje mnie". Przez cały tydzień
marzył o sprzedaniu tych klejnotów. I teraz, w ostatniej chwili przed świętem,
w najciemniejszą godzinę nocy nadarza się upragniona okazja. Ale wygląda na
to, że trzeba za nią zapłacić. Każde ukryte pragnienie ma swoją cenę.
- Czego ode mnie oczekujesz? - spytał chłodno.
- Chcę, żebyś się pogodził z Chaimem.
- Co?
- Postaraj się, żeby uwierzył, że wasza rywalizacja jest zakończona. Musi ci
całkowicie zaufać. A potem, w dniu, który ci wskażę, będziesz musiał go zdradzić...
- Każdy pierścień kosztuje tysiąc srebrnych monet - odparł Joszua rzeczowo.
Zimra przytaknął.
- I można je kupić tylko razem - dodał Joszua, siląc się na spokój, choć krew
pulsowała mu w żyłach.
- Sprzedane - odparł Zimra. A teraz przynieś jeszcze jedną butelkę przedniego
wina. Ta jest pusta.