FRAGMENT KSIĄŻKI

Geert Kimpen

Kabalista

Wydawnictwo: Cyklady , Marzec 2010
ISBN: 978-83-60279-26-7

40. Ajin Resz Jod: Bóg mocy ducha

Przygnębiony Joszua zapalił o zmierzchu ósmą świecę chanukową. W sklepie jeszcze nigdy nie było tak cicho jak przez ostatni tydzień. Srebrny dzwonek nie zabrzęczał ani razu. Mimo to każdego dnia pełen ufności tkwił twardo za ladą. Potrzebna mu jedna szansa. Jeden klient mógłby wszystko zmienić. Ktokolwiek to będzie, Joszua nie wypuści go z rąk. Jak dziki kot zatopi zęby w karku ofiary, będzie nią tarmosił i podrzucał, aż zacznie błagać, by pozwolił jej kupić najdroższy pierścień. Przerobił w myślach wszelkie możliwe scenariusze. Na każdą wątpliwość miał przygotowane niepodważalne argumenty, żeby nakłonić zdobycz do właściwej decyzji. Był nawet gotów przystać na zapłatę w ratach, gdyby klient nie miał dość pieniędzy. Ale bez względu na to, kto przekroczy próg, wyjdzie z niego jako posiadacz Bogini bezwarunkowej miłości albo Bogini uzdrowienia.
Nakazał sobie czujność. Ani na chwilę nie podda się wątpliwościom. Bo oto cały wszechświat mobilizuje się, by spełnić jego życzenie. Siła jego wiary i pewności sprawi, że pragnienie stanie się rzeczywistością. Nigdy wcześniej nie wytężał tak mocno całej swojej woli, by osiągnąć cel. Nieustannie szeptał biblijny werset: "Nie siła, nie moc, ale Duch mój dokończy dzieła - mówi Pan Zastępów".
Dwa cuda się dokonały. Sprzedał jeden pierścień i ojciec pod postacią nocnego motyla udzielił mu błogosławieństwa. Trzeci cud już się obraca w łonie, gotowy do przyjścia na świat - inaczej być nie może.
Uprzątnął ladę, pozostawiając miejsce tylko na dwa niebotycznie drogie pierścienie. Nawet srebra stojące na półkach poodsuwał w głąb, żeby nic nie odwracało uwagi klientów. Teraz miał na składzie tylko dwa produkty. Jedyny wybór, jaki pozostawia swoim wymarzonym klientom. Albo miłość, albo uzdrowienie. Innych rarytasów nie sprzedaje.
Czas mijał wolno. Sklep rozświetlało osiem migoczących płomyków świec. Ulica opustoszała. Wszystkie inne kramy dawno pozamykano. Joszua z trudem krył ogromne rozczarowanie. Szukał w myślach usprawiedliwienia dla cudu, który wciąż nie następował. Właściwie dlaczego miałby się zdarzyć akurat dzisiaj? Kosmos nie daje sobą kierować w czasie i przestrzeni. Jego ufność została wystawiona na ciężką próbę. Musi udowodnić, że jest wart tego, by przyjąć moc cudu.
Przed osiągnięciem wielkiego celu zawsze czeka ostateczna próba. Przecież wiadomo. Na widok mety pojawia się obawa. Na ostatnich metrach ogarniają człowieka wątpliwości. Brak wiary, że jest godzien błogosławieństwa. To moment, w którym atleci często się potykają albo zwalniają - mając zwycięstwo w zasięgu ręki. Tylko ci, którzy nie dopuszczają cienia wątpliwości, nawet jeśli szanse zdają się mizerne, bywają wysłuchani. Końcowy odcinek jest najcięższy dla każdego, kto niemożliwe chce uczynić możliwym. Dlatego tak mało jest prawdziwych zwycięzców. Najdrobniejsze wahanie może zniszczyć wszystko, na co człowiek w życiu pracował. Bezwzględne są prawa wszechświata. Życie nie jest przyjemną rozrywką, lecz walką tytanów. Dawid zmierzył się wszak z Goliatem. Człowiek pragnący odwrócić swój los musi skupić w sobie siłę zmieniającą orbity ciał niebieskich.
Wyczerpany Joszua zasnął z głową na kontuarze. Nawet przez sekundę nie zamierzał się poddawać. Wiara nie opuściła go ani na moment i czuwała nad nim także we śnie. Świece wypaliły się jedna po drugiej, słychać było tylko szum wiatru.
I wtedy, w środku nocy, rozległ się słodki brzęk dzwonka u drzwi. Joszua zerwał się jak na komendę, próbując w ciemności dojrzeć, jaką ofiarę ma przed sobą.
- Szczęśliwej Chanuki - gruchnęło echem po sklepie, po czym rozległ się gromki śmiech mogący pochodzić tylko od jednej osoby.
- Zimra? - spytał niepewnie Joszua.
- Oczywiście, twój dobry przyjaciel Zimra - odparł rabbi, okrążając kontuar i mocno obejmując Joszuę.
- Skąd wiedziałeś, że sklep jest jeszcze otwarty?
- Właśnie wracam z podróży. A ty, o ile się nie mylę, masz u siebie mój klucz, przyjacielu! Pomyślałem sobie: "Sprawdź najpierw, włóczęgo, czy znajdziesz schronienie u Joszui". Nie mam dziś ochoty na nocleg w swoim zimnym domu. No i proszę, doprawdy, zostawiłeś mi nawet otwarte drzwi - zaśmiał się Zimra. - Pomożesz mi wnieść toboły?
Przed drzwiami stał powóz załadowany kuframi i skrzyniami. Kiedy Zimra jowialnie nagradzał woźnicę napiwkiem, Joszua taszczył bagaże do sklepu.
- A teraz napiłbym się wina - ogłosił rabbi, gdy Joszua zamknął drzwi i zaprowadził go do gościnnego pokoju zastawionego srebrami.
- Szybko wróciłeś - zauważył z radością Joszua. - Sądziłem, że nie będzie cię jeszcze ładnych parę miesięcy.
- Dla Mesjasza trzy miesiące na spełnienie misji starczy aż nadto - odparł rabbi, znów wybuchając śmiechem.
- Znalazłeś Arkę?
Zimra usiadł na brzegu krzesła i rzekł tajemniczo:
- Dokonałem wielkiego odkrycia o historycznym znaczeniu. Znalazłem w Abisynii potomków króla Salomona i królowej Saby.
- Coś takiego?! - wykrzyknął Joszua. - Opowiadaj!
- Nazywają ich Falaszami, najeźdźcami, ale oni sami zwą siebie Bete Israel, domem Izraela. Jest ich, bagatela, pięćset tysięcy.
- Pięćset tysięcy? Kiedy tu w Safedzie mieszka zaledwie sześć tysięcy Żydów!
- Tak, lecz mimo to w swoim kraju stanowią mniejszość. I są dziesiątkowani przez wojsko cesarza Sertse Dyngyla. Od siedmiu lat prowadzi krucjatę, żeby ich nawrócić na wiarę chrześcijańską. Oni tymczasem są Żydami i odprawiają w pewnym sensie te same rytuały co my. Falaszowie wycofali się w niedostępne góry. Ale kiedy tam przybyłem, ich król wpadł właśnie w ręce najeźdźców. Byłem świadkiem, jak abisyński cesarz obiecał darować mu życie pod warunkiem, że będzie błagał Marię o łaskę. Król odparł: "Wolę zamienić świat pełen kłamstw na świat sprawiedliwości. Daj mi światło zamiast ciemności. Zabij mnie i uczyń to szybko". Kat ściął go jednym ruchem, pogruchotał mu też kolana. Mimo śmierci swojego władcy Falaszowie wciąż dzielnie walczą, ale są w ciężkiej sytuacji. Niebywale dzielny naród. Widziałem kobiety, które rzucały się ze skał, wzywając imienia Boga. Wolą popełnić samobójstwo niż wpaść w łapy najeźdźcy i dać się zgwałcić.
Joszuę rozpierała duma, że jako pierwszy usłyszał tę fascynującą historię.
- Skąd wiesz, że Falaszowie pochodzą od Salomona i królowej Saby?
- Od kiedy świętujemy Purim?
- Od jakichś dwóch tysięcy lat - ocenił Joszua. - Od czasu, gdy Estera powstrzymała Hamana przed wymordowaniem Żydów perskich.
- Właśnie. A Falaszowie nie znają święta Purim, bo od co najmniej dwóch tysięcy lat nie mają styczności z innymi Żydami. Odkryłem, że ich historia jest nawet jeszcze starsza. Falaszowie są potomkami Mojżesza.
- Mojżesza?
- Tak, Mojżesz wychował się na dworze faraona.
- Ma się rozumieć - przytaknął Joszua.
- Ale czy wiesz, że w młodości był wojownikiem? I na czele egipskiego wojska podbijał Abisynię.
- Skąd to wiadomo?
- Z ksiąg Józefa Flawiusza, naszego historyka. Abisyńczycy czuli się bezpiecznie, bo na pustyni, którą musiały pokonać oddziały Mojżesza, roiło się od jadowitych węży. Ale Mojżesz wysłał wprzódy stada ibisów, aby przepędziły węże. Po czym bez przeszkód zajął abisyńskie miasta. Tharabis, córka króla, była pod wielkim wrażeniem jego mądrości i potęgi. Zaoferowała mu stolicę, Sabę, jeśli pojmie ją za żonę. I tak się stało! Tharabis zaszła w ciążę, a jej syn został pierwszym królem w długim rzędzie władców Abisynii pochodzących od Mojżesza.
- Co za historia - westchnął Joszua. - To znaczy, że królowa Saby, w której zakochał się król Salomon, była praprawnuczką Mojżesza?
- Właśnie. Dlatego Menelik mógł bezpiecznie przewieźć Arkę Przymierza z Jerozolimy do Abisynii. Arka bowiem pozostała w żydowskich rękach, a Bóg najwidoczniej na to zezwolił.
- Nadal jest w żydowskich rękach?
- I tak, i nie - odparł Zimra zagadkowo. - Menelik zawiózł ją na abisyńską wyspę Tana Kirkos na jeziorze Tana. Stała tam w namiocie ponad tysiąc lat! Raz w roku spryskiwano ją krwią, dokładnie tak samo jak w Świątyni Salomona. Ale tysiąc dwieście lat temu abisyński cesarz Ezana nawrócił się na chrześcijaństwo. W całym kraju budował kościoły i w jednym z nich kazał umieścić Arkę. W pozostałych zaś przechowywano jej kopię.
- To znaczy, że próżno by szukać, w którym kościele się znajduje?
- Oczywiście. Gdzie można lepiej schować drzewo, jak nie w lesie?
Zimra zrobił pauzę.
- Ale - ciągnął z szerokim uśmiechem - Falaszowie twierdzą, że żydowscy kapłani z Tana Kirkos wysłali władcy replikę, a prawdziwą Arkę Przymierza ukryli w bezpiecznym miejscu.
- I chrześcijanie myśleli, że mają tę prawdziwą - wtrącił z ulgą Joszua.
- Tak, ich "prawdziwa" Arka stała podobno u Najświętszej Marii Panny z Syjonu. W Sakum. Ale trzydzieści pięć lat temu ten kościół został splądrowany przez muzułmanów.
- Dokąd żydowscy kapłani przenieśli prawdziwą Arkę Przymierza? - niecierpliwił się Joszua.
Zimra lustrował go szybkimi, ruchliwymi oczami. Liczył na tę nienasyconą ciekawość. Teraz wystarczyło sprytnie wciągnąć Joszuę do całego planu.
- Jak idą interesy? - zmienił nagle temat.
Joszua westchnął. Fantastyczna opowieść odsunęła na chwilę w cień jego własne marzenia. Opowiedział, jak bardzo liczył na to, że podczas Chanuki ubije znakomity interes. Ale teraz widać już gołym okiem, że idzie mu kiepsko. Przebiegłe oczy Zimry zalśniły.
- Pokaż mi te pierścienie, których tak pragniesz się pozbyć.
Joszua przyniósł ze sklepu swoje skarby. Zimra ostrożnie brał je kolejno do ręki i oglądał z niekłamanym podziwem.
- To są dwa sekretne imiona Boga, których nauczył nas Izaak. Słuchałem go uważnie, tak jak ci obiecałem. Według Izaaka niewypowiedziane imię Boga składa się z siedemdziesięciu dwóch imion występujących w odpowiedniej kolejności. Od czasu do czasu jedno z nich pada na jego lekcjach. Nawiasem mówiąc, kilka dni temu Izaak powziął niedorzeczny plan. Namawiał nas, żebyśmy pojechali świętować Chanukę w Jerozolimie. Mieliśmy tam rzekomo odbudować Świątynię.
Zimra słuchał z zapartym tchem.
- Mówił coś o Arce?
- Nie. Zapytałem nawet, czy jego zdaniem znajduje się w Jerozolimie, ale nie odpowiedział. A ty myślisz, że Arka tam jest?
Po twarzy Zimry przemknął uśmiech.
- Wiele podróżowałem, Joszuo, i widziałem niejeden bezcenny klejnot w różnych zakątkach świata. Twoje pierścienie jednak przyćmiewają wszystko.
"Chce mnie przekupić - pomyślał Joszua. - Potrzebuje mnie". Przez cały tydzień marzył o sprzedaniu tych klejnotów. I teraz, w ostatniej chwili przed świętem, w najciemniejszą godzinę nocy nadarza się upragniona okazja. Ale wygląda na to, że trzeba za nią zapłacić. Każde ukryte pragnienie ma swoją cenę.
- Czego ode mnie oczekujesz? - spytał chłodno.
- Chcę, żebyś się pogodził z Chaimem.
- Co?
- Postaraj się, żeby uwierzył, że wasza rywalizacja jest zakończona. Musi ci całkowicie zaufać. A potem, w dniu, który ci wskażę, będziesz musiał go zdradzić...
- Każdy pierścień kosztuje tysiąc srebrnych monet - odparł Joszua rzeczowo.
Zimra przytaknął.
- I można je kupić tylko razem - dodał Joszua, siląc się na spokój, choć krew pulsowała mu w żyłach.
- Sprzedane - odparł Zimra. A teraz przynieś jeszcze jedną butelkę przedniego wina. Ta jest pusta.