Rozdział 21
godz. 8.55 czasu Greenwich
Uniwersytet Anglii Wschodniej, Norwich
Ash bezszelestnie przestąpił sztywniejące zwłoki Alison Derby. Krew, która
buchnęła z jej rozpłatanej tętnicy szyjnej ubiegłej nocy, zmieniła się do teraz
w zaschniętą kałużę ciemnobrązowej lepkiej substancji na wyłożonej linoleum
posadzce. Zmarła w ciągu dwóch minut, po tym jak wbił wąskie ostrze noża w
jej szyję - przytomność straciła zaledwie po minucie. Uznał, że nie może dopuścić,
aby go dezorientowała swoim skamlaniem i szlochem.
Szkoda, była miła, uprzejma i pomocna.
Musiał jednak zadbać o ciszę w mieszkaniu, żeby mógł usłyszeć, kiedy Leona
Sutherland wejdzie po schodach i zbliży się do drzwi. Czekał całą noc, siedząc
na taborecie w kuchni po ciemku; czekał cierpliwie. Po północy było już niemal
jasne, że dziewczyna została u swojego chłopaka. Nie mógł jednak zasnąć, na
wypadek gdyby mimo wszystko wróciła.
Przez resztę nocy miał czas, aby poukładać myśli.
Mogliśmy załatwić tę dziewczynkę, kiedy weszła do pokoju. Mogłem już wtedy
z nią skończyć.
Ale nie, to byłoby nierozsądne i ryzykowne. Trudno byłoby się pozbyć ciała
w ekskluzywnym hotelu na Manhattanie. A jednak scena, którą zobaczyła, była
niebezpieczna; widziała trzech z Dwunastu, co gorsza, ujrzała tych trzech razem
w jednym pokoju.
Ukląkł przy Alison Derby; twarz miała poszarzałą, usta sinofioletowe, oczy
wciąż jeszcze otwarte, zmętniałe i nieskupione na niczym. Ash mógł zabić dziesięcioletnią
dziewczynkę równie łatwo jak osiemnastolatkę. Cel zawsze uświęcał środki. A
poza tym możliwe, że był to swego rodzaju akt miłosierdzia. Kilka następnych
tygodni będzie prawdziwą Apokalipsą. Młoda dziewczyna, jak Alison, nieświadoma
tego, co nadchodziło, nieprzygotowana, bez zapasów wody i żywności... miała zostać
sprowadzona do poziomu prymitywnego jaskiniowca i być zdana na łaskę i niełaskę
najsilniejszych osobników zgodnie z brutalną teorią darwinizmu? Nie przetrwałaby
długo. Prawie na pewno nie należałaby do tych, którzy wyjdą z tej ciężkiej
próby obronną ręką.
Ash przez kilka godzin wyjaśniał Alison wszystko, co wiedział na temat planu
oraz powodu, dla którego tamci go realizowali. Dlaczego należało to zrobić.
A potem opowiedział jej wszystko o sobie. Jaki czuł się samotny, żyjąc przez
cały czas w cieniu i raz po raz zmieniając pseudonimy.
Słuchała go z niezmąconą uwagą. Tak to zwykle bywa ze zmarłymi.
Świt nadszedł wcześnie, niebo było czyste, słońce świeciło mocno, a do uszu
Asha dochodziły odgłosy kampusu budzącego się z wolna do życia. Przez otwarte
okno kuchni napływały rozmaite odgłosy: dźwięk budzika, szum włączonego elektrycznego
czajnika, śmiech, krzątaninę dziewcząt piętro wyżej i hałaśliwą muzykę z czyjegoś
radia.
I wtedy usłyszał kroki na schodach. To mogła być ona, ale równie dobrze ktoś
inny. Tak czy owak, był gotowy, aby wciągnąć ją do środka i błyskawicznie się
z nią rozprawić, kiedy tylko otworzy drzwi.
Leona wbiegła po schodach na drugie piętro studenckiej bursy pełna niepokoju
i z zamętem w głowie. Stała w holu, z kluczami w dłoniach. Z wyższego piętra
dochodziły dźwięki muzyki puszczonej na pełny regulator tak, że aż szyba w
oknie na klatce schodowej zaczęła lekko wibrować.
Wszyscy ze stoickim spokojem zajmowali się swoimi sprawami.
... to się stanie nagle, z zaskoczenia, nikt nawet się nie zorientuje, co się
dzieje, gdy ni stąd, ni zowąd przy każdej stacji benzynowej i sklepie z żywnością
pojawią się uzbrojeni żołnierze...
Słowa taty zmroziły jej krew w żyłach.
Nie chciałabyś być ostatnią osobą, która zareaguje na te wydarzenia...
- Cholera, naprawdę powinnam wrócić do domu - wymamrotała pod nosem.
Potrzebowała jednak kilku niezbędnych rzeczy: ubrań, kluczy od domu, iPoda.
No i musiała sprawdzić, o której odchodzi najbliższy pociąg, aby dojechać na
dworzec przy Liverpool Street. Z pęku kluczy wyłuskała ten jeden od drzwi wejściowych,
a w głębi duszy miała nadzieję, że Alison włączyła czajnik i zdąży jeszcze
wypić herbatę, zanim zajmie się pakowaniem rzeczy na powrót do domu.
Oczywiście Alison będzie chciała wiedzieć, co ją skłoniło do tak nagłej i niespodziewanej
decyzji zamiast zgodnie z obietnicą pozostać w kampusie, aby się pouczyć. Leona
nie była pewna, czy potrafiłaby odpowiedzieć jej wprost: Widzisz, wracam do
domu, bo mój tato powiedział, że nadchodzi koniec świata. On wie, co mówi.
Zna się na tego typu rzeczach. Alison nie była głupia. W przeciwieństwie do
czterech innych dziewcząt, z którymi mieszkały i które rozmawiały najczęściej
o najnowszej edycji Big Brothera, była całkiem bystra.
Już miała włożyć klucz do zamka, gdy nagle usłyszała sygnał swojej komórki.
Rozdział 26
godz. 12.30 czasu Greenwich
Whitehall, Londyn
Spojrzał na swoje odbicie w lustrze nad umywalką, kiedy opłukał dłonie. W
świetle niewielkiej punktowej lampki we wnęce powyżej każda wypukłość, wklęsłość
i bruzda na jego twarzy była widoczna z bezlitosną wręcz wyrazistością. Kiedy
tak tu stał, wyglądał dziesięć lat starzej, na pięćdziesiąt pięć lat, a nie
czterdzieści pięć.
Przyszło mu na myśl, że praca, jaką wykonywał, pasowała raczej do kogoś młodszego.
To arogancja i pewność siebie młodych pomaga przejść pomyślnie przez tego typu
próby. Wątpliwości, niepewność, szukanie drugiego dna i sprawdzanie ciemnych
kątów... te osłabiające wydajność nawyki przychodziły wraz z dojrzałością... cholera,
kogo on chciał oszukać... ze starością.
W paszporcie mógł mieć napisane "wiek: 45 lat", ale zmarszczki na jego twarzy
wskazywały, że jest znacznie starszy. Zmęczenie i zużycie niezbędne, aby mógł
pozostać najlepszym graczem w tej grze, odcisnęły na nim piętno. A teraz jeszcze
to.
Usłyszał, jak ktoś głośno zapukał kłykciami do drzwi męskiej toalety.
- Panie premierze, czekają już na pana w sali konferencyjnej.
Charles pokiwał głową.
- Daj mi parę minut.
Jego rzecznik prasowy był wciąż na zewnątrz, Charles widział bliźniacze cienie
jego nóg przecinające pasek światła sączącego się pod drzwiami.
- Panie premierze, nie mamy dużo czasu. Pana wystąpienie zostało przesunięte
na trzynastą trzydzieści, a ekipa telewizyjna chce widzieć pana w sali konferencyjnej
wcześniej, aby zdążyli zrobić panu makijaż i ustawić oświetlenie.
Na miłość boską...
- Powiedziałem, że zaraz przyjdę! - wykrzyknął z irytacją.
Bliźniacze cienie poruszyły się i po chwili zniknęły.
Spryskał sobie twarz wodą i westchnął przeciągle. Została mu już tylko godzina
na decyzję. Co konkretnie ogłosi w swoim wystąpieniu?
Do jakiego stopnia mogę być szczery?
Oto jest pytanie.
W ciągu minionej nocy większość zaleceń Kasandry została dyskretnie wcielona
w życie. Zablokowano międzymiastowe arterie komunikacyjne. Wykorzystując jako
pretekst groźbę zamachu terrorystycznego, zamknięto porty lotnicze, morskie
i dworce kolejowe. Ale ta historyjka nie wystarczy na długo.
Od samego rana rozpoczęto żmudny proces blokowania głównych tras przejazdowych.
Każdą blokadę tłumaczono poważnym wypadkiem drogowym albo incydentem, w którym
wypadająca z szosy ciężarówka rozsypała wieziony ładunek na wszystkie pasy
autostrady. Ale i te zmyślone historyjki mogły być wiarygodne zaledwie przez
kilka godzin, no, jeśli dopisze im szczęście, do jutra rana.
Większość głównych składów paliw została już do tej pory zabezpieczona przez
wojsko. Paliwa znajdujące się w szerszym systemie dystrybucji, na tankowcach
i większych stacjach benzynowych, także zostaną w którymś momencie przejęte
i zarekwirowane, ale takie działania nazbyt rzucałyby się w oczy i należało
je odłożyć na później. Zajmą się tym w ostatniej chwili.
Chodziło o to, aby nie wzbudzać paniki wśród całej społeczności. Malcolm radził,
aby pozwolono ludziom robić to, czym się zajmowali na co dzień, tak długo,
jak to było możliwe. Jego zadaniem jako premiera było dopilnować, żeby ludzie
aż do końca byli nieświadomi, szczęśliwi i spokojni. Malcolm stwierdził cierpko,
że w obecnej sytuacji Charles miał pełnić podobną rolę jak słynny kwartet smyczkowy
na pokładzie tonącego Titanica.
Po prostu omamić ich uspokajającym uśmiechem i słowami zachęty, niech
czują się szczęśliwi.
A przez ten czas, póki ludzie nie zorientują się, co jest grane, musieli wycofać
z Iraku tylu żołnierzy, ilu było możliwe, i zabezpieczyć wszelkie kluczowe
aktywa. Ich zadaniem było przejęcie możliwie jak największej ilości ropy oraz
żywności znajdujących się w składach i magazynach w całym kraju.
To oznaczało, że musiał teraz zrobić to, co umiał najlepiej - czyli możliwie
jak najdłużej wciskać ludziom ciemnotę.
A czas się kończył.
Wstrzymanie komunikacji w całym kraju można było wytłumaczyć "bliżej niesprecyzowanym
zagrożeniem na wielką skalę", o którym dowiedziały się tajne służby. To tłumaczyłoby
również wzmożone ruchy wojsk i obecność militarną na ulicach miast, która,
co oczywiste, nie mogła pozostać niezauważona. Pojawią się pytania o pogarszającą
się sytuację na Bliskim Wschodzie oraz o to, czy wstrzymanie produkcji i eksportu
ropy z tego rejonu miało coś wspólnego z tymi "szczególnymi środkami bezpieczeństwa".
Wtedy będzie musiał wcisnąć ludziom Wielki Kit i lepiej, żeby zrobił to naprawdę
przekonywająco.
- Nie - wymamrotał na głos Charles, wpatrując się w swoje odbicie, marszcząc
brwi i mrużąc lekko powieki swoich fotogenicznych oczu, aby na jego twarzy
pojawił się autentyczny wyraz szczerego zatroskania na użytek jedynego w tej
chwili słuchacza, czyli swojego odbicia w lustrze. Poparł to jeszcze uspokajającym
skinieniem głowy i mówił dalej:
- Nie ma innego związku poza ogólnym podwyższeniem poziomu bezpieczeństwa w
naszym kraju. Dysponujemy solidnymi rezerwami strategicznymi ropy naftowej,
które pozwolą nam przetrwać te chwilowe zawirowania. Potencjalne zakłócenia
w dostawach ropy, zwłaszcza z regionu tak niestabilnego, jak Bliski Wschód,
już od dawna były przez nas brane pod uwagę, ale pragnę zapewnić, że odpowiednio
przygotowaliśmy się na tę ewentualność i nie ma powodów do paniki.
Jego rzecznik wrócił i stanął pod drzwiami, niezręcznie przebierając nogami.
Charles wyobraził go sobie z uniesioną ręką, niemal dotykającego drewnianych
drzwi, zastanawiającego się rozpaczliwie, czy powinien zapukać ponownie - choć
rozsądek podpowiadał, że nie powinien tego zrobić, wiedział, że to nieuchronne.
- Już dobrze - zawołał Charles, poluzowując nieznacznie krawat i rozpinając
guzik koszuli pod szyją. Chciał poprzez ten dość niechlujny wizerunek dać wszystkim
do zrozumienia, iż został bezceremonialnie odciągnięty od biurka, żeby wyjaśnić
obywatelom, co robi, w celu ustabilizowania niepewnej sytuacji. Dla lepszego
efektu podwinął jeszcze rękawy koszuli. Wizerunek to więcej niż połowa sukcesu.
Właściwy ton głosu, odpowiedni wyraz twarzy i do tego jeszcze adekwatny wygląd.
Sporo się na ten temat nauczył, obserwując Tony'ego Blaira, który w chwilach
kryzysu wykazywał się iście aktorskimi zdolnościami.
Charles spojrzał na swoje oblicze w lustrze i pokiwał głową. Wyglądał jak ktoś,
kto ciężko pracował przez całą noc, ale teraz już mocno trzyma wszystko w garści.
- Jestem gotowy.
Rozdział 42
godz. 22.53 czasu lokalnego
Al-Bayji, Irak
Westley silnym szarpnięciem ręki przyciągnął Andy'ego do siebie, nieomal podrywając
go z nóg. Drugą ręką Andy zdołał się schwycić klapy ciężarówki i z pomocą starszego
kaprala trzymającego go za przepoconą koszulę podciągnął się, by znaleźć się
na platformie pojazdu. Wyciągnął się na wznak, patrząc w górę na płynące po
niebie rozjaśnione blaskiem księżyca chmury.
Przy wtórze metalicznego chrupnięcia i zgrzytu sterty metalu ciężarówka odnalazła
w końcu trzeci bieg i potoczyła się naprzód. Westley głośnym krzykiem przynaglał
porucznika Cartera do większego wysiłku. Ciężarówka nie zamierzała dla niego
zwolnić.
Andy usiadł i wyjrzał ponad krawędzią klapy z tyłu pojazdu, by zobaczyć, że
młody oficer coraz bardziej traci siły. Dystans między nim a ciężarówką powiększał
się. A sto metrów dalej dostrzec można było nadciągający wściekły tłum.
- Dalej, poruczniku! Szybciej, do cholery!
Porucznik Carter odrzucił karabin i uprząż bojową, jego nogi pracowały jak
tłoki, na twarzy pojawił się grymas wysiłku. Ramiona poruszały się rytmicznie
i ku zdziwieniu Andy'ego porucznik zaczął przyspieszać, zmniejszając odległość
dzielącą go od ciężarówki. Andy przelazł przez tylną klapę i stanął obok Westleya
na tylnym zderzaku pojazdu, wyciągając do biegnącego jedną rękę. Carter był
tak wyczerpany, że potrzebował pomocy dwóch osób, aby wciągnęli go na pakę,
nie miałby już siły, aby samemu się podciągnąć. Kiedy go pochwycą, stanie się
bezwładny jak martwy ciężar.
- Tak trzymaj! - zawołał Andy. - Jeszcze trochę!
Carter przyspieszył i wyciągnął rękę w stronę ciężarówki, koniuszki jego palców
musnęły dłoń Andy'ego.
Wtem tors porucznika buchnął rozbryzgiem czerwieni; młody oficer zachwiał się
na nogach, zatoczył kilka kroków i upadł na twarz.
- Nie!
Carter nie podniósł się z ziemi, a ciężarówka nieubłaganie się od niego oddalała.
Otrzymał postrzał w plecy. Dopiero po chwili Andy zobaczył, jak porucznik powoli,
chwiejnie dźwiga się na nogi, przyciskając dłonie do rany wylotowej na piersi.
To był koniec - wyraźny, jakby namalowany jego twarzy. Postrzał był poważny.
- Cholera jasna! Niech to szlag! Już po nim!
Carter padł na kolana, ale wciąż utrzymywał się w pionie. Andy nie miał wątpliwości,
że tłum dotrze do porucznika szybciej, niż umrze z upływu krwi.
- A niech to, ale kanał - jęknął Westley.
Andy szybko wrócił na platformę ciężarówki i sięgnął po leżący obok SA-80.
A potem stanął na lekko rozstawionych nogach, usiłując utrzymać równowagę na
chyboczącej się pace ciężarówki toczącej się w stronę mostu.
- Co ty chcesz...? - zdążył jeszcze powiedzieć Westley, zanim Andy opróżnił magazynek.
Grunt wokół Cartera eksplodował. Większość strzałów Andy'ego chybiła, ale litościwie
kilka kul dosięgło celu, powalając Cartera na ziemię, gdzie, jak stwierdził
Andy, odetchnąwszy z ulgą, całkiem znieruchomiał.
Jeden z żołnierzy z przodu ciężarówki zawołał:
- Trzymajcie się! Blokada!
Po chwili ciężarówka uderzyła w wypalony wrak niewielkiego auta, bez najmniejszego
wysiłku spychając go z drogi wśród kaskady iskier, kłębów dymu, sadzy i sypiących
się na ziemię płatów spalonego lakieru. Z głośnym rykiem przemknęła obok kilkunastu
milicjantów, z których większość uskoczyła w popłochu przed nadjeżdżającym
pojazdem i koziołkującym wrakiem samochodu osobowego. Wóz z żołnierzami z głośnym
łoskotem przetoczył się przez most, a Andy patrzył, jak blokada, ciemne, pozbawione
życia miasto i rozjuszony tłum pozostały daleko w tyle. Ostatnią rzeczą, jaką
zdołał wychwycić przez noktowizor na karabinie, był tłum ludzi, ciemniejąca
masa ciał widoczna na tle odległego ogniska, gromadząca się wokół zwłok porucznika
Cartera.
Jego umysł odtwarzał te sceny jak w zwolnionym tempie.
Poczuł klepnięcie w ramię i odwrócił się, by ujrzeć siedzącego tuż za nim Mike'a.
- Dobrze się spisałeś - powiedział Amerykanin.
Andy spojrzał na zegarek. Dochodziło wpół do dwunastej, a na nocnym niebie
niczego nie było widać ani, co gorsza, słychać.
- Chyba jednak nie przylecą.
- Jesteś pewien, że porucznik Carter powiedział, że właśnie stąd mają nas zabrać?
O jedenastej?
- Tak. Jestem pewien.
Mogło być wiele przyczyn, dlaczego chinook się nie pojawił; może próbował dotrzeć
na miejsce spotkania, ale został uszkodzony albo nawet strącony pociskiem ziemia-powietrze?
A może zwyczajnie dowództwo uznało, że ryzyko jest zbyt wysokie, i nie zdecydowało
się na tę akcję? Teraz to nieważne. Mieli przerąbane. I to koncertowo.
- Ci chłopcy zastanawiają się, co, u licha, teraz zrobimy - ciągnął Mike. -
Stracili obu dowódców i srają w gacie ze strachu.
Miał rację. Żołnierze na pace ciężarówki byli w zasadzie jeszcze dzieciakami,
mieli dziewiętnaście, dwadzieścia, góra dwadzieścia jeden lat. Andy miał trzydzieści
dziewięć i mógłby być dla niektórych ojcem. Teraz wlepiali w niego wzrok, pragnąc
się dowiedzieć, co będzie dalej.
Mike rzekł półgłosem:
- Zdajesz sobie sprawę, że patrzą właśnie na ciebie?
- Taa - mruknął Andy z wahaniem.
- I dlatego musimy się zastanowić, co robić dalej.
- Racja. Nie możemy pojechać na południowy zachód na lotnisko K-2. Musielibyśmy
przejechać przez Al-Bayji, aby tam dotrzeć - mruknął, myśląc na głos. Znów
spojrzał w rozgwieżdżone czyste niebo. Mogli zrobić tylko jedno. Skierował
wzrok ku północy.
- Jak sądzisz, ile to może być kilometrów? - spytał Andy.
- Ale dokąd? - odparował Mike.
- Do Turcji.
Mike spojrzał na niego, wybałuszając oczy, jego grube brwi wygięłysię w dwa
bliźniacze łuki.
- Słucham?
- Jeżeli pojedziemy na północ, możemy wyjechać z Iraku i dotrzeć do domu przez
Syrię lub Turcję.
- Zamierzasz wrócić do domu? To kawałek drogi.
Andy odwrócił się, by na niego popatrzeć.
- Tak. Mam dwoje dzieci i żonę. Potrzebują mnie. Chcę wrócić do domu.
- Hmm. Chyba niewiele możemy na to pomóc.
- Niestety. W naszym wypadku wybór jest drastycznie ograniczony - rzekł Andy.
- Ale kto wie, może się nam poszczęści i wpadniemy na jakiś oddział żołnierzy...
twoich albo naszych. Nigdy nie wiadomo.
Mike skinął głową.
- Przypuszczam, że do granicy z Turcją jest jakieś dwieście pięćdziesiąt kilometrów.
Andy wydął wargi.
- W linii prostej. Będzie ponad trzysta, gdybyśmy chcieli unikać większych
miast i trzymać się z dala od głównej drogi prowadzącej na północ.
- A co potem?
Andy wzruszył ramionami.
- Potem, jak sądzę, przejedziemy przez Turcję.
- Taki jest ten twój plan?
- Dokładnie taki.
Mike uśmiechnął się; śnieżnobiałe zęby kontrastowały silnie z jego ciemną brodą.
- Prawdziwy z ciebie zakapior, Andy. Twardy, nieugięty i piekielnie zajadły.
I chyba to w tobie lubię.
- Jeżeli uda się nam wrócić do domu i spotkasz moją żonę, powiedz jej, jaki
ze mnie nieugięty i zajadły zakapior, dobra? Bo ona uważa mnie za ostatniego
palanta.
Mike poklepał Andy'ego po plecach.
- Masz to u mnie jak w banku.
Andy uśmiechnął się lekko w odpowiedzi.
- Masz rodzinę, do której musisz wrócić - dodał Mike.
Uśmiech Andy'ego przygasł.
- Każda mijająca minuta spędzona tutaj oznacza, że przez kolejną minutę moje
dzieciaki są tam całkiem same.
Mike spojrzał w stronę żołnierzy na pace ciężarówki.
- Wobec tego lepiej ogłoś chłopakom swój plan - powiedział. - Mam wrażenie,
że wybrali cię na nowego dowódcę.
- Niech to szlag. Nie jestem pewien, czy dam radę. Nie umiem nawet za dobrze
strzelać. Co i rusz walę Panu Bogu w okno.
Mike pokręcił głową i zaśmiał się.
- No i widzisz, wszystko zepsułeś. A już przez chwilę mówiłeś prawie jak prawdziwy
samiec alfa.