ROZDZIAŁ IV
Uczucia
Czy pamiętacie Boya Georga (punkowca z lat osiemdziesiątych, z makijażem
przypominającym maskę gejszy), który powiedział w jednym z wywiadów: "Należę
do tych, którzy
chcą zbawić świat, ale jestem zbyt zajęty malowaniem sobie brwi"?
A może jednego z bohaterów Nabokova, który czerwienił się na samą myśl, że
mógłby (na co miał ochotę) przerwać pełną dramatyzmu opowieść uciekiniera
z Rosji sowieckiej (rzecz działa się w latach dwudziestych) anegdotą o studencie
i pokojówce? A równocześnie - odczuwającego zażenowanie, gdy ów męczennik,
wychodząc, spytał, ile w Londynie (bo tam toczyła się opowieść) kosztują
kalosze?
Lubię przebywać z takimi właśnie ludźmi: szczerymi wobec siebie, unikającymi
patosu, ale mającymi wyczucie formy (jej wymogów i granic). I czasem ulegającymi
pokusie łamania owych form. Ich narcyzm i nawyk samoobserwacji powoduje,
że można się nie obawiać, iż zejdą poniżej pewnego poziomu. Chodzi raczej
o estetykę
niż etykę. Nie uczestniczą w grach społecznych (chyba że z samymi sobą).
A wokół nich napiera tłum innego gatunku, bardzo u nas rozpleniony. Brutalny,
zachłanny, pozbawiony dystansu do siebie, żywotny i pazerny. Umiejący wykorzystywać
naiwność innych i neutralizować ich podejrzliwość grepsami mającymi pokazać,
że są wiarygodni.
Zawsze drażniły mnie dwie rzeczy: brutalność wobec słabszych i bezpośredniość
przeżywania świata, pozbawiona elementów samoobserwacji, gry, symbolicznych
odniesień czy wyczucia formy i jej ograniczeń. Choć bowiem sama rzadko uczestniczę
w emocjach towarzyszących wytwarzanej społecznie "intersubiektywności", pasjami
lubię ją rekonstruować na poziomie pojęciowym, poszukując wewnętrznej racjonalności,
związków przyczynowych i myślowych pułapek.
Mam pisać o "uczuciach". Zaczęłam więc od zastanowienia się, dlaczego w tej
książce nie ma nic na przykład o umieraniu z miłości? Odpowiedź jest stosunkowo
prosta: powodem jest moje "wieczne teraz". Tamtej dziewczyny już nie ma,
nie pamiętam, co wtedy czuła. Dziś już nie wiem nawet, czym były tamte uczucia,
które można by tak określić. Może chodziło tylko o urażoną ambicję? O strach
przed samotnością (dziś potrzebną mi jak powietrze)? Czy wreszcie owo, przypominane
jak przez mgłę, cierpienie nie było tylko "dopełnianiem sytuacji", przeżywaniem
czegoś na sposób oczekiwany przez innych? Sama wprawdzie owych oczekiwań
nie
rozumiałam, ale w graniu roli pomagało mi oczytanie i wyczucie stylu.
Staram się, z wysiłkiem, przypomnieć sobie ową, nieistniejącą już, dziewczynę,
która w połowie lat sześćdziesiątych była mną i - któregoś wieczoru - biegła
za oddalającym się mężczyzną (wtedy moim mężem) po ciemnych podwórkach Pragi
w okolicach placu Leńskiego. Dziewczyna niosła na wyciągniętych rękach -
przed sobą- dziecko w różowym (czeskim, ciężko zdobytym) kaftaniku: zabawne
- ów
kaftanik świetnie pamiętam, a nie przypominam sobie, co wtedy czułam! Patrzę
na to, jak na scenę z filmu: dziewczyna była jakby ukrzyżowana na niesionym
przez siebie dziecku. Owo dziecko bowiem, przymocowane do drewnianych listewek
układających kończyny w kształt różowej żabki (tak wtedy walczono z ryzykiem
zwichnięcia stawu biodrowego), przypominało duży, przyciśnięty do piersi
krzyż. Pamiętam, że biegłam. A potem - że wróciłam do domu. Jeszcze jakiś
czas "to"
(co?) znosiłam. Potem, po przepłakaniu całej nocy, podjęłam decyzję - rozstanie.
Miałam dwadzieścia dwa lata. Ale najpierw postanowiłam spróbować, czy potrafię
być z kimś innym (mąż był moim pierwszym chłopakiem). Wybrałam Niemca z RFN:
historia miała trochę dodać tej sytuacji napięcia i zadziałać jak afrodyzjak.
To od tego czasu, już zawsze, uczucia musiały być najpierw pomyślane. Wzmocnione
przez dodatkową narrację, anegdotę (chętnie paradoks), w jaki się wpisywały.
Rozwód: moje "przestałam go szanować". Jego: "miała zawsze rację". Sąd rozwodu
udzielił, a ja dopiero dzisiaj
rozumiem, jak ciężko było ze mną wytrzymać. Poważna dziewczyna, studentka
z warkoczami, zawsze dobra uczennica, starająca się stworzyć dom w pokoiczku
- 6 metrów kwadratowych - bez łazienki i kuchni, wynajmowanym w hotelu robotniczym
(nielegalnie, z codziennym przemykaniem się przez portiernię i zastyganiem
w strachu wieczorami, gdy cienkie przepierzenia z dykty wyginały się od bębnienia
przewalających się po korytarzu pijaków). Mąż miał bezustanne poczucie winy:
nie był tak obowiązkowy jak ja, w owej klitce zbudował sobie nartę wodną
i
większość czasu spędzał w klubie nad Wisłą, nie znosił moich "zdrowych",
tanich potraw (uwielbiałam wędzonego dorsza z żurawinami albo makaron z białym
serem).
Jak stop-klatki w filmie pamiętam też inne sytuacje z przeszłości kojarzące
się jakoś z uczuciami. Fascynacja Iredyńskim, bo on, kiedy koncentrował się
na drugim człowieku, robił to całym sobą. Kobiety czuły się na moment najważniejsze
na świecie. I wszyscy (zarówno kobiety, jak i mężczyźni, bo kręciło się przy
nim wielu zakochanych w nim panów) wyobrażali sobie w kontaktach z Irkiem,
że ten, choćby na chwilę, wytęża cały swój umysł, żeby zrozumieć ich sekret.
Choćby po to, aby nimi manipulować albo wciągnąć w pułapkę gry słownej. Ja
sama pojawiam się incydentalnie w paru jego słuchowiskach. Pamiętam jedno
- Okno, faktycznie oddające (choć w mocno przerysowanej formie) pewien rys
szaleństwa
we mnie, polegający na umiejętności (a raczej - przypadłości) samogalwanizacji,
gdy wszystko - raz pomyślane - może stworzyć lawinę emocji wyłamującą się
spod kontroli. Irek intuicyjnie zrozumiał, że właśnie dlatego, że jestem
taka obojętna
(a raczej - chronię się w obojętność sprowadzoną już do elementarnego poziomu
pracy mózgu), czasem wpadam w spiralę absurdalnych uczuć, które znikają równie
nagle, jak się pojawiły.
Pamiętam też inny, choć niedokonany w sumie, romans (takie zresztą pamiętam
najlepiej, bo "dokonane" stawały się na tyle kompletne, że można je było
spokojnie wymazać ze wspomnień). Był to psycholog, pracujący wtedy na UW
(ja byłam wyrzucona);
potem wyjechał do Stanów i - jak słyszałam - zaczął pracować w rezerwacie
dla Indian (to były lata siedemdziesiąte). Nawet próbowałam go kiedyś odszukać,
ale to było przed erą Internetu i nie udało mi się, a potem - aż do momentu
pisania tych słów - nigdy o nim już nie myślałam. Ale w tej chwili wróciła
scena: wieczór w moim mieszkaniu (Irek był wtedy w Niemczech), ja kołyszę
się
na fotelu bujanym, on mi opowiada o chorobie sierocej i dlaczego bujanie
pomaga, o nieudanym małżeństwie i o półwyspie, który kupił nad Wisłą (żeby
zamieszkać
tam w łódce?!). Czuję się bezpiecznie - i wtedy wchodzi Irek: wrócił bez
uprzedzenia, i zaczyna się piekło. I inny platoniczny romans, połowa lat
osiemdziesiątych
(wcześniej kilka realnych). Mieszkałam wtedy pod Kazimierzem, w małym domku
w Męćmierzu. Od kilku lat byłam platonicznie zakochana (i wierna!) w człowieku,
z którym z różnych względów nie mogłam się spotykać, którego w sumie widziałam
tylko kilka razy i - jak się okaże za chwilę - wręcz już prawie nie pamiętałam,
jak wygląda. Istniał już tylko w mojej głowie, jako "niemożliwa" sytuacja,
atrakcyjna właśnie przez tą niemożliwość: potrzebowałam wtedy samotności.
Więc kiedyś szłam deptakiem nad Wisłą - w różowawym, miękkim świetle późnego
kazimierskiego
popołudnia, tuż przed zachodem słońca, gdy promienie rozpraszają się w niewidzialnej
mgiełce wody parującej z rozgrzanego, wapiennego podłoża - był późny sierpień,
rozpalone berberysy na Górze Trzech Krzyży, uginające się sady, leniwe piękne
popołudnie - łyskające łachy na Wiśle, niewielu już ludzi. Patrzyłam trochę
w górę, na sylwetkę baszty, zamku i fary na zboczu na wprost mnie, gdy nagle
ktoś z grupki mijających mnie osób powiedział mi "dzień dobry". Odpowiedziałam
automatycznie: nie poznałam go. Dopiero kiedy już ich minęłam, skojarzyłam,
kto to był - odwróciłam się - on także. Wtedy pobiegłam na skróty - przez
zbocze, ścieżkę przez cmentarz, wąwóz koło wielowiekowego dębu (już go dziś
nie ma
- pozostała tylko kapliczka), zagajnikiem do domu - żeby przejrzeć się w
lusterku, czy ładnie wtedy wyglądałam. Nigdy nie usiłowałam spotkać tego
człowieka: to
uczucie miało swoje miejsce tylko w porządku myśli. Ale może dlatego tak
dobrze je pamiętam, bo to, przy mojej konstrukcji psychicznej, najwłaściwsze
miejsce
do przeżywania emocji?