Pierwsze podchody
Milena szykowała się na randkę. Poszła do fryzjera, podcięła i farbowała włosy. Mimo dość młodego wieku miała na głowie już kilka siwych pasm. Od fryzjera wychodziła z przekonaniem, że jest niemalże piękna. Swoje odbicie w oknach wystawowych oglądała z niekłamaną radością. Czapki nie założyła, mimo siarczystego mrozu, by nie popsuć pracy fryzjerki i tym samym sobie humoru. Trzymając się za uszy, dotarła do domu. Gdy weszła do mieszkania, zziębnięta i głodna, stwierdziła, że proszkowane jednak nie od dziś, ale od pierwszego stycznia, zjadła kawałek ciasta, usiadła w fotelu i pomalowała paznokcie na kolor krwistoczerwony. Dla odwagi.
- Mila, wynieś śmieci! - usłyszała głos mamy z kuchni.
- Mama, nie mogę, paznokcie pomalowałam! - krzyknęła.
- Wyschnąć muszą!
- Dobra, Mila, to potem!
- Nie mogę! - krzyczała nadal Mila.
Mama weszła do pokoju.
- Jak to, Mila, nie możesz? A co będziesz robić?
- Zęby, mamo, myć - odpowiedziała.
- Zęby? Przez dwie godziny? - Mama zmarszczyła brwi.
- Mama, to dentysta! Wiesz, choroba zawodowa! Jak nie wyszoruję ich dobrze, to mi wszystkie ubytki wytknie!
Mama, załamana, poszła z powrotem do kuchni. Jej córka myła zęby przez pięć minut, ubrała się i makijażem poprawiała sobie urodę.
Będąc w łazience, usłyszała z pokoju głos pani w telewizji, że najcięższym z grzechów głównych jest nienałożenie sypkiego pudru na twarz po zakończeniu makijażu. Zdecydowała szybko odkupić swoje niedopatrzenie i obficie zaczęła pędzlować się pudrem. Puder osiadł nie tylko na jej twarzy, ale również na czarnym swetrze, spodniach i na umywalce.
Westchnęła, włożyła kolejny sweter, spódniczkę w kwiatki,
oczywiście długą do kostek, z których bynajmniej dumna
nie była, i stanęła przed lustrem, obracając się w tę i we
w tę. Uśmiechnęła się, zadowolona z efektu. Mama wyszła
z kuchni, przepasana fartuchem. Za nią wydostał się rozkoszny
zapach jedzenia. Spojrzała krytycznie na Milenkę,
poprawiła jej włosy i stwierdziła:
- Dziecko, buźkę to ty masz śliczną, ale dupę za dużą - i wycofała się do kuchni.
Właścicielka ślicznej buźki i innych nieco większych szczegółów wyjrzała przez okno. Pod blok właśnie podjeżdżał srebrny samochód. Milena nie znała się na samochodach, ważne by jeździły. Od lat miała swoją śliczną czerwoną Biedronkę, którą kochała, jak miała nadzieję, z wzajemnością.
Krzyknęła krótkie:
- Pa, mamo - i wybiegła z domu. Nienawidziła pierwszych randek. Szczególnie randek w ciemno. Nie cierpiała się wdzięczyć, robić dobrego wrażenia, a wydawało jej się, że tak trzeba. Na myśl, że znowu ma poznawać czyjeś mamy, ojców, braci i siostry, przymusowo być miłą dla kolejnych cioć i wujków, którzy obgadują za plecami jej grube nogi, robiło jej się słabo. Niestety, mając wizję domku z ogródkiem i dentysty zabawiającego ich wspólne dzieci, wiedziała, że musi dzielnie stawić czoła i to wszystko przetrwać z honorem.
- Cześć, Mila jestem - powiedziała, gdy dotarła do samochodu.
- Mariusz - uśmiechnął się i otworzył jej drzwi. "Och, jaki
szarmancki" - pomyślała.
- Zamek się zacina, muszę ci otworzyć, bo sama sobie
nie poradzisz - powiedział.
Siedzieli już półtorej godziny w knajpie w Sopocie o wdzięcznej nazwie "Błękitny Pudel". Mila, zestresowana,
gadała jak najęta. Zawsze gdy się denerwowała, mówiła
bardzo dużo, bojąc się, że jak chociaż na trochę zamilknie,
zupełnie straci kontrolę nad sytuacją.
- Wiesz, ja to nie lubię takich spotkań w ciemno, ale
ciocia Zosia nalegała i stwierdziłam, że warto się spotkać!
- uśmiechnęła się. - Nie żałuję - spojrzała, zalotnie mrużąc
oczy i wydymając usta.
- Fajnie, że tak wyszło. No, pani Zofia to niezła swatka!
Nie myliła się jednak.... Piękna jesteś... - powiedział Mariusz,
wpatrując się Milenie głęboko w oczy.
Milena, zdziwiona, spojrzała na niego. Spuściła wzrok.
Naprawdę odzwyczaiła się od komplementów.
- Dziękuję - powiedziała i odniosła wrażenie, że atmosfera
robi się zdecydowania zbyt napięta i że jak czegoś zaraz nie
zrobi, będzie źle. Poczuła to, czego się obawiała. Nazywała
to sercem w gardle. Przełknęła ślinę i wypaliła głośno.
- Fajna nazwa, nie? Dla pubu. "Błękitny Pudel". U nas też
jest taki pies. Parys Antonio. Nie jest to pudel, ale tak mi się
skojarzyło. - Jej uśmiech był już wymuszony, a stał się jeszcze
bardziej, kiedy zorientowała się, jakie bzdury gada.
Dentysta uśmiechnął się.
- Mila, czy ty musisz tak dużo gadać? - zapytał. - Chodź
na spacer. Lubisz spacery?
W tym momencie Mila była tak zadowolona z życia, że
gdyby Dentysta zaproponował jej borowanie zęba u niego
w gabinecie, na dodatek bez znieczulenia, poszłaby tam
z ochotą. Nawet mógł wyrywać jej wszystko, na co miał
ochotę. Spacer w miłym towarzystwie był tym, czego bardzo
potrzebowała.
Zeszli w dół ulicy Monte Cassino. Zimowymi wieczorami Sopot spał. Czasem jakiś zbłąkany przechodzień szybko wracał do domu, czasem można było dostrzec objętą parę, niemal biegnącą, bo zimno. Na choinkach, które stały na ulicy, migotały lampki, a w oddali ktoś, niekoniecznie zupełnie trzeźwy, śpiewał kolędę. Wiał lekki, ale mroźny wiatr od morza.
Szli plażą, nieco zaśnieżoną, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Śmiech Mileny rozbrzmiewał wesoło. Szum fal i blask gwiazd nastrajał bardzo romantycznie.
- Dlaczego jesteś sam? - zapytała zaciekawiona. - Nie
rozumiem...
- A ty, Mila? Dlaczego? Czasem w życiu tak bywa. Czasem
ty odchodzisz, czasem ktoś odchodzi od ciebie, a ty stoisz
w oknie, patrzysz i płaczesz...
- Płakałeś? - dotknęła czule jego ramienia.
- Nie raz... - pochylił głowę.
- A ostatnio? Kim była?
- Trudny to był związek - odparł. - Mieszkała w Poznaniu...
Miała syna... Potrzebowała bardziej ojca dla niego
niż mężczyzny. Poza tym ta odległość.
- Ty zerwałeś? - spytała zaciekawiona.
- Tak... - powiedział zamyślony. - Po prostu przestałem
dzwonić.
- Jak to, przestałeś dzwonić? Tak po prostu? Bez wyjaśnienia?
- Milena otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
- Tak. Tak było najlepiej - odpowiedział. - Milenko, powoli
wracamy. Późno już.
- I zimno - Milena zadrżała.
Mariusz poprawił Milenie szalik, naciągnął jej czapkę
na uszy.
- Nie marznij, dziewczynko - powiedział i dał jej prztyczka
w nos.
Wszystko, czego Mila całe życie chciała, to poczuć się
małą dziewczynką, maleństwem, którym się ktoś zaopiekuje,
pogłaszcze po głowie, przytuli i będzie mówił "maluszku".
Teraz właśnie tak się czuła. Lekka i zwiewna niczym motyl,
tym bardziej, że wracała do domu jak na skrzydłach.