18 sierpnia, Śródmieście
Za załomem ściany zburzonego domu kucało kilku powstańców, przeklinając w
bezsilnej złości Niemców. Parę metrów od nich leżała na ulicy ich koleżanka
z kompanii, Katarzyna Mirecka, i zwijała się z bólu.
Początkowo sądzili, że trafiła ją zabłąkana kula, gdy szła ulicą w ich stronę.
Najmłodszy z nich, Janek, jako pierwszy wyskoczył z improwizowanego schronu,
aby jej pomóc, jednak po dwóch krokach trafiła go w czoło kula niemieckiego
snajpera i teraz, jako przestroga, leżał martwy obok płaczącej z bólu dziewczyny.
Reszta oddziału doczołgała się w pobliże rannej, korzystając z osłony, którą
dawały ruiny domów. Klucząc wśród gruzów, dotarli tak blisko, jak tylko się
dawało. Teraz, kucając za fragmentem ściany, byli już tylko pięć metrów od
Katarzyny. Blisko, lecz wciąż zbyt daleko.
- To najwyżej pięć cholernych metrów - powtarzał raz za razem w bezsilnej złości
podchorąży Zieliński.
Pięć długich metrów od ratunku.
Przez szczeliny w murze żołnierze obserwowali ulicę. Nie było dobrze. Dziewczyna
zwijała się z bólu. Widać było, że pocisk trafił ją w brzuch.
- Wykrwawi się, jeśli czegoś nie zrobimy - jęknął w desperacji Jan Odrowąż,
najstarszy z całego oddziału.
Sierżant Wołos, potężny spadochroniarz wyróżniający się z całej grupy nie tylko
wzrostem, ale i brytyjskim mundurem, splunął ze złości.
- Zginiemy, jeśli tylko się stąd ruszymy.
- Będziemy tu tak siedzieć i czekać, aż ona umrze? - Zieliński potrząsnął sierżantem.
- Przecież to Kaśka... - dodał, patrząc w jej stronę.
Nie musiał niczego dodawać. Cała kompania kochała się skrycie w tej niskiej,
drobnej brunetce.
- Cholera - Wołos przeklął nie wiadomo po raz który - dajcie się chwilę zastanowić.
Zaraz coś wymyślę... - Ze zdenerwowania tak mocno zacisnął pięści, że aż zbielały
mu kostki.
Rozległ się świst i usłyszeli kolejny okrzyk bólu Katarzyny. Następna kula
trafiła ją w biodro.
- Skurwysyny, pierdolone skurwysyny! - wrzasnął wściekle kapral Michalski i
zerwał się na nogi.
Pogroził niewidzialnemu wrogowi pięścią. Zanim ktokolwiek zdążył go ściągnąć
na dół, pocisk trafił go prosto w twarz. W drgawkach zwalił się na stertę cegieł
- Kurwa, ale syf. - Wołos zazgrzytał zębami. - Jest ich dwóch. Jeden nie zdążyłby
przeładować i wycelować.
Rozejrzał się ostrożnie dookoła. Przez szczelinę w gruzach obserwował przez
moment przeciwną stronę ulicy. Krzyki Katarzyny nie pozwalały mu się skupić.
Nagle w oknie na drugim piętrze jednej z kamienic po drugiej stronie ulicy
coś błysnęło przez sekundę. Luneta. Oszacował odległość.
- Zrobimy tak. Ty, Michał, leć do podchorążego Andrzeja Dewicza1. Powinien
być w tamtym budynku razem z resztą kompanii. - Wskazał ręką znajdującą się
w oddali okazałą kamienicę z piaskową fasadą podziobaną pociskami. - Powiedz
mu, że ja cię przysyłam i że nadszedł czas wypróbować "Jasia".
Szeregowy Brzozowski niemal bezgłośnie poruszył ustami.
- Jaki znowu "Jaś"?
- Zdobyczny niemiecki transporter opancerzony. Wiem, że Dewicz go wyremontował
i ukrył w ogrodach Konserwatorium. Powiedz podchorążemu, żeby z transporterem
podjechał do Kasi i osłonił ją przed tym budynkiem. - Machnął w kierunku dwupiętrowej
kamienicy, gdzie, jak podejrzewał, skryli się niemieccy strzelcy. - My dołączymy
do niego przy tamtym domu. Uprzedź go o snajperach. I na litość boską, każ
mu się śpieszyć.
Młody żołnierz przeczołgał się przez gruzowisko, po czym pognał przed siebie
jak wicher. Sierżant skrzywił się. Może Dewicz zdąży, może nie. Musi sam coś
wymyślić. Jego wzrok zatrzymał się na pobliskiej studzience kanalizacyjnej.
Pokręcił w zamyśleniu głową. Kanałami Katarzyny nie wyciągnie. Rozległ się
kolejny strzał i dziewczyna znowu krzyknęła w agonii. Oczy Wołosa rozszerzyły
się z żądzy mordu.
- Mam pomysł. Wy dwaj ze mną, reszta z panem podchorążym niech tu zaczeka na
Dewicza. Jak tylko zobaczycie, że nadjeżdża, przebiegnijcie mu na spotkanie
pod tamten mur.
- A ty co? - Zieliński spojrzał na niego zdziwiony.
- Idę dorwać skurwieli.
W trójkę przeczołgali się na tyły domu, potem ruszyli biegiem przez podwórko
na sąsiednią ulicę. Sierżant rozbieganym wzrokiem zaczął się rozglądać po zagruzowanej
ulicy.
- Tam jest! - Wołos ręką wskazał na środek ulicy.
Truchtem podbiegli do na wpół zasypanego włazu i w szaleńczym pośpiechu zaczęli
go oczyszczać. Wspólnymi siłami podnieśli pordzewiałą klapę. Dookoła czuć było
smród kanałów. Wołos wyciągnął kompas i zaczął w myślach coś przeliczać, po
chwili z zadowoleniem kiwnął głową.
- Idę sam, wy zasuńcie za mną właz i dołączcie do reszty oddziału. - Spojrzał
przeciągle żołnierzom w oczy. - Nie czekajcie na mnie, sam was znajdę.
Nie tracąc czasu, zsunął się po metalowej drabince do kanału. Jeden z żołnierzy
zrzucił mu na dół thompsona, jego ukochaną broń jeszcze z czasów szkolenia
w Anglii. Wołos pomachał im, dając znać, że wszystko jest w porządku. Wyjął
zza paska latarkę i popatrzył na kompas. Rozległ się zgrzyt przesuwanego włazu
i wokół sierżanta zaległa nieprzenikniona ciemność warszawskich kanałów. Włączył
latarkę i oświetlił korytarz przez sobą.
- Dobra, do dzieła. - Szybkim krokiem ruszył przed siebie.
Woda nieprzyjemnie chlupała pod stopami. Odgłos kroków dudnił w wąskich korytarzach,
roznosząc się echem w podziemiach. Kilka razy sierżant musiał skręcić w odnogi,
cały czas jednak uważnie pilnował kierunku i odległości.
Nagle zatrzymał się zdziwiony. Miał wrażenie, że ktoś za nim idzie. Oświetlił
tunel za sobą. Nie był pewien, ale wydawało mu się, że coś dostrzega. Jakiś
ruch, jakieś kształty. Odgłosy nasilały się, ale w dalszym ciągu sierżant nie
mógł zidentyfikować ich źródła. Coś jakby szuranie i skrobanie. Trochę zaniepokojony
zdjął z ramienia broń. Żaden człowiek nie mógł powodować takich dźwięków.
Nagle w świetle latarki dojrzał ogromnego szczura biegnącego w jego stronę.
Zwierzę na widok światła zatrzymało się i wydało z siebie głośny pisk. Obecność
człowieka w kanale zdawała się jednak nie niepokoić gryzonia, który ponownie
ruszył w stronę sierżanta. Niemal od razu Wołos w świetle latarki dostrzegł
następne szczury. Całe dziesiątki. Wzajemnie się tratując, gnały w stronę osłupiałego
żołnierza. Sierżant kompletnie nie wiedział, co w tej sytuacji powinien robić,
przeładował więc thomsona i cofnął się dwa kroki. Zanim zdążył nacisnąć spust,
szczury dobiegły do niego i... minęły. Zafascynowany przyglądał się tej żywej
fali, która przemknęła między jego nogami. Zwierzęta nawet na sekundę nie zainteresowały
się człowiekiem. Po prostu pognały dalej w głąb tunelu.
To zaskakujące zachowanie gryzoni zaniepokoiło cichociemnego bardziej niż perspektywa
walki z nimi. Oświetlił korytarz, z którego uciekały szczury. Słyszał od innych
powstańców o takich sytuacjach i wiedział, co to oznaczało. Niemcy wpuszczali
do tuneli gaz bojowy lub wypalali kanały benzyną. Co prawda nie słyszał odgłosu
wtłaczanego do tunelu gazu czy płonącej benzyny, ale na wszelki wypadek uznał,
że bezpieczniej będzie stąd się wydostać. Ruszył tę samą stronę, gdzie wcześniej
uciekły szczury.
Przeszedł kilka kroków i zatrzymał się. Znowu miał to samo uczucie, jakby ktoś
za nim szedł. Na wszelki wypadek zgasił latarkę i zaczął nasłuchiwać w ciemności.
Przez chwilę słyszał tylko swój oddech i przyśpieszone bicie serca, jednak
po chwili coraz wyraźniej słyszał dobiegający z daleka odgłos rozchlapywanej
wody. Na razie źródło dźwięków było daleko za nim, ale zbliżało się szybko.
Wolno przełknął ślinę i odbezpieczył thompsona. Nie bardzo miał ochotę na walkę,
ale ktokolwiek to był, szedł prosto na niego. Do jego uszu dochodziły teraz
nowe dźwięki. Przeciągły zgrzyt, jakby coś ocierało się o ściany kanału, czemu
towarzyszył dziwny, urywany syk.
Zawahał się na moment. Cokolwiek to było, nie mogło być człowiekiem. Syk stawał
się coraz wyraźniejszy i dłuższy. Może to jednak sprężony gaz? Nie oglądając
się za siebie, pognał w kierunku najbliższego włazu. Chciał się jak najszybciej
stąd wydostać. Po trzydziestu metrach szybkiego biegu po ciemku omal nie przeoczył
wyjścia z kanału.
Szybko wspiął się na metalowe szczeble i barkiem natarł na właz. Sapnął z wysiłku.
Klapa z hukiem wypadła na ulicę. Przez chwilę delektował się widokiem słonecznego
światła. Wróciła mu jego pewność siebie. Strach przed nieznanym pozostał w
mrocznym kanale. Podciągnął się na łokciach, po czym energicznie wyskoczył
na zewnątrz. Podbiegł do najbliższej ściany i rozejrzał się uważnie, oceniając
swoje położenie. Instruktor Wołosa z "małpiego gaju"2 byłby zadowolony z jego
zmysłu orientacji. Był jakieś pięćdziesiąt metrów od domu, w którym siedzieli
Niemcy.
Zachowując ostrożność, ruszył szybkim truchtem wzdłuż ścian domów. Zatrzymał
się dopiero przy otwartych drzwiach kamienicy. Przez chwilę nasłuchiwał odgłosów
dobiegających z budynku, po czym bezszelestnie przekroczył próg. Z górnych
pięter dobiegły go śmiechy i pojedyncze niemieckie słowa. Przewiesił thompsona
przez ramię i wyjął długi nóż. Cichutko zaczął się skradać po schodach.
Na pierwszym piętrze niemal zderzył się z niemieckim sierżantem, który na jego
widok zawahał się, czy sięgać po broń, czy krzyczeć o pomoc. Długie ostrze
brytyjskiego noża szturmowego wbiło się w gardło. Niemiec zacharczał cicho
i znieruchomiał w rękach cichociemnego. Wołos powoli położył trupa na ziemię.
Od razu zobaczył następnego Szkopa, który siedział przy oknie i głośno jadł
konserwę. Energicznie podszedł do niego od tyłu, złapał za głowę i poderwał
do góry. Zaskoczony żołnierz upuścił jedzenie i próbował się szarpnąć. Wołos
odgiął jego głowę do tyłu i jednym płynnym ruchem podciął gardło. Ponownie
delikatnie położył zwłoki na podłodze, cały czas uważnie nasłuchując. Głosy
na górze nie zmieniły się. Twarz sierżanta wykrzywił uśmiech.
W tym momencie w drzwiach do kuchni pojawił się kolejny żołnierz niosący menażki
pełne zupy. Niemiec stanął jak wryty na widok Wołosa. Komandos nie czekał.
Nóż świsnął w powietrzu i wbił się w pierś szeregowca, który zwalił się na
podłogę, z potwornym łoskotem puszczając naczynia. Głosy na górze momentalnie
umilkły.
- Co robisz, idioto? - ryknął Wołos po niemiecku. - Ochlapałeś mi mundur.
- Co tam się, do cholery, dzieje? - dobiegło z góry. - Przeszkadzacie panu
majorowi w polowaniu.
Wołos jednym skokiem znalazł się przy ciele zabitego Niemca. Drżącymi rękami
szybko przeszukał kieszenie i wyciągnął książeczkę wojskową. Otworzył ją i
ryknął po niemiecku:
- To ten kretyn Kruger wywalił stół z żarciem. - Ze zdenerwowania przetarł
dłonią spocone czoło.
Z góry dobiegło go przytłumione westchnienie i kilka słów o "bawarskich wieśniakach",
mających wyrazić całą głupotę i niezdarność żołnierzy psujących zabawę panu
majorowi.
Wołos rzucił na zwłoki dokumenty i po raz kolejny uśmiechnął się drapieżnie.
Wytarł nóż w kurtkę mundurową zabitego i wrócił na klatkę schodową. Wszedł
na ostatnie piętro kamienicy i cicho podszedł do uchylonych drzwi. Delikatnie
otworzył je i rozglądając się uważnie, wszedł do środka. Głosy snajperów były
coraz wyraźniejsze. Stanął za winklem i wyjął z kieszeni kawałek lusterka.
Wystawił je za róg i uważnie obejrzał wnętrze pokoju, z którego dostrzegł błysk
lunety.
Tak jak podejrzewał, dwóch snajperów siedziało przy oknie. Jeden z nich, chyba
sierżant, przez lunetę karabinu oglądał wijącą się na ulicy dziewczynę. Drugi,
w mundurze majora, siedział przodem do okna i popijał z manierki. Wołos schował
z powrotem lusterko, cicho odłożył thompsona i wyjął berettę. Wolno przekroczył
próg i wszedł do pokoju.
Żaden z Niemców nie zwrócił na niego uwagi. Byli całkowicie skupieni na wydarzeniach
rozgrywających się na ulicy. Słychać było narastający ryk silnika i zgrzyt
gąsienic. Wołos zrozumiał, że podchorąży Dewicz przybył w końcu z ratunkiem.
Obaj Niemcy bez pośpiechu wycelowali karabiny w niemiecki transporter Sd.Kfz
251/1 z polską flagą3 i zastygli w tej pozycji. Uważnie szukali celów. Wołos
wiedział, że nie może im na to pozwolić. Chciał ich jednak żywych.
Błyskawicznie doskoczył do nich. Sierżant, uderzony w skroń rękojeścią pistoletu,
zwalił się nieprzytomny na podłogę. Majora ostrzegł jakiś szósty zmysł, bo
w ostatniej chwili odskoczył i zamierzył się karabinem jak maczugą. Cichociemny
uchylił się i strzelił mu w brzuch. Oficer jęknął, puścił broń i przysiadł
na podłodze, rękami obejmując ranę. Wołos zabrał mu pistolet z kabury i odłożył
na bok oba karabiny snajperskie. Wyjrzał przez okno i zamachał białą chusteczką.
Z transportera wychylił się podchorąży Dewicz i odmachał. Zza pojazdu wybiegli
żołnierze Wołosa, niosąc na rękach Katarzynę. Ze sposobu, w jaki ją niesiono,
sierżant wywnioskował, że ratunek przybył zbyt późno.
Cichociemny zazgrzytał zębami. Jak w transie odłożył pistolet i związał nieprzytomnego
sierżanta. Następnie wyciągnął nóż i z dygoczącymi z wściekłości rękami podszedł
do rannego majora. Pochylił się nad nim i wycedził po niemiecku:
- Czas na lekcję dobrych manier, bydlaku. Oraz naukę zasad prowadzenia wojny,
których najwyraźniej nie przyswoiliście sobie w stopniu wystarczającym.
Niemiec pobladł, gdy ostrze noża zalśniło tuż przed oczami.
Sierżant Wołos wrócił do oddziału godzinę później. Nikt nie komentował jego
zakrwawionego munduru, gdy bez słowa mijał kolejne grupy powstańców w ogrodach
Konserwatorium. Cały obwieszony zdobyczną bronią i ubrudzony krwią, wyglądał
jak demon wojny.
Transporter opancerzony z powrotem stał pod drzewami starannie zamaskowany.
Obok niego leżała Katarzyna, a przy niej klęczał zapłakany Zieliński. Odwrócił
się do nadchodzącego Wołosa i wyszeptał:
- Spóźniliśmy się, Janku. Zmarła zaraz po tym, jak do niej dojechaliśmy. Zgasła
na moich rękach. Zdążyła się tylko uśmiechnąć i powiedzieć, że już jej nie
boli.
Cichociemny położył u jej stóp dwa karabiny snajperskie, zerwał rosnący obok
kwiat chabru i położył na piersi martwej dziewczyny. Zakrwawionymi rękami objął
jej głowę, pocałował ją w czoło i spojrzał na spokojną twarz.
- Nie mówię żegnaj, Kasiu. Wierzę, że zobaczymy się wkrótce.
Wstał, poklepał Zielińskiego po ramieniu i wszedł do gmachu Konserwatorium.
Znalazł pusty pokoik, w którym się zamknął i siedział tam aż do zmierzchu,
na przemian płacząc, wyjąc i złorzecząc.
Dopiero przed wieczorem Niemcy znaleźli swoich snajperów. Sierżant Brunner,
który pierwszy wszedł do przedpokoju, zbladł jak ściana i zwymiotował. Po
nim zrobili to dwaj inni żołnierze. Długo nikt z nich nie mógł się przełamać,
żeby przekroczyć próg. Na środku pokoju siedzieli naprzeciw siebie przywiązani
do krzeseł obaj strzelcy. Mieli wyłupione oczy. Ktoś obciął im także uszy
i nosy. Duże fragmenty skóry zostały zdarte z twarzy, a brzuchy były rozprute.
Wnętrzności spoczywały na kolanach, które związano kawałkiem kabla. Na drzwiach
pokoju ktoś kawałkiem kredy napisał po niemiecku:
Strzelałem do bezbronnych polskich kobiet
Dla sierżanta Brunnera najgorsze było jednak to, że ofiary nadal jeszcze żyły
i wyły niemiłosiernie.