Rockowi dziadkowie trzymają się wyjątkowo dobrze. Tym razem postanowili powrócić do korzeni i nagrać płytę bluesową. Honkin' On Bobo to właśnie długo oczekiwany album bluesowy. Choć znajdziemy tutaj klasyczne utwory wykonywane wcześniej m.in. przez Muddy Watersa, czy Blind Willie McTell to jednak zostały one podane w specyficznym dla Aerosmith sosie. Od rozpoczynającego płytę dynamicznego Road Runner przez klasyczny Baby, Please Don't Go, aż po tradycyjny i religijny Jesus Is On The Main Line mamy tutaj do czynienia z muzyką kierującą się niechybnie w stronę ostrego rock'n'rolla. Jak na bluesa przystało nie brak na płycie harmonijek ustnych i pianina, jednak główny ton muzyce nadają charakterystyczne dla Aerosmith gitary. Album został wyprodukowany przy współudziale Jacka Douglas - producenta takich płyt Aerosmith jak Toys In The Attic czy Rocks.
Rewelacja rockowo-bluesowa
Błażej
S
Oprócz kilku radiowych utworów nigdy nie przepadałem za Aerosmith. Jak dowiedziałem się, że znana grupa rockowa ma wydać płytę z bluesem, to powiedziałem, że muszę ją mieć. Ta płyta jest przykładem na to, jak dobrą muzyką jest mało rozpowszechniony gatunek BLUES. Więkość utworów to standardy bluesowe w nieco ostrzejszym wykonaniu - brzmią wspaniale. Na pchwałę zasługuje jedyny autorski utwór "The Grind". Utwór, który psuje całą atmosferę albumu to chaotyczny "Shame Shame". Ale na szczęście jest jako drugi na płycie, więc można szybko przesunąć, ale pierwszego trzeba wysłuchać, bo od czegoś takiego powinna zaczynać się każda płyta - "Road Runner". Płytę oceniam na 5+, ponieważ rzadko kiedy trafia się tak udana! Gorąco polecam zwolennikom rocka i bluesa!
(2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Czterdziestolatek 20 lat później
Kuba
Cichocki
No i doczekaliśmy się! Kolejny, już nie potrafię powiedzieć "ilu-nasty" album studyjny Aerosmith. Na płytę czekaliśmy z dwóch powodów - pierwszy, zrozumiały - to kolejny album rock'n'rollowych gigantów zza oceanu. Drugi powód - nie jest to kolejna kompilacja potencjalnych hiciorów ze sławetnym, oryginalnym aerosmithowskim brzdąkaniem. Płytę zapowiadano jako płytę bluesową. Niestety - mało wtajemniczeni (a takich była większość) mówili, że to będzie blues. Nic bardziej mylnego. Jak powiedział Joe Perry, numery na tym albumie będą miały z oryginałami wspólne tylko tytuły i tekst. Reszta - czyli granie - to będzie efekt czucia tych utworów przez Aerosmith. (...) Płyta rozpoczyna się mocnym uderzeniem. "Road Runner" (utwór, który miał być pierwszym singlem) to dość sympatyczny kawałek, jakby napisany do posłuchania na wycieczkę kabrioletem długimi drogami słonecznej Kalifornii. "Shame shame shame" to już kawał solidnego i szybkiego rock 'n' rolla w mistrzowskim wykonaniu. Zwracają uwagę solówki Perry'ego i Whitforda oraz pokaz możliwości wokalnych Tylera. "Eyesight to the blind" - klasyczne wykonanie bluesowe. Pianinko, harmonijka i chrypka Stevena. Brakuje jeszcze whisky i zadymionego baru. Na razie słucha się bardzo sympatycznie. "Baby please don't go" - utwór, który był pierwszym singlem, promującym płytę. Bluesa tutaj z kolei niewiele, dominuje ostre granie i rock. Niezbyt dobry wybór z komercyjnego punktu widzenia, jeśli chodzi o piosenkę singlową. Ale w dalszym ciągu kondycja Aerosmith znakomita. Później wszystko nieco się uspokaja, gdyż rozbrzmiewa "I never loved a girl" (w oryginale -a man) - klasyczna, znana wszystkim balladka. W wykonaniu Aero - bardzo poprawna. "Back back train" - tutaj wokalnie udziela się Perry. Steven wtóruje mu na harmonijce ustnej. Chwilami można przysnąć, ale właśnie rozbrzmiewa "You gotta move" - według mnie najjaśniejsza gwiazdka tego krążka. Rzeczywiście funkujący rock'n'blues (cóż za określenie) aż podrywa do zabawy. "The Grind" - jedyny autorski numer Aerosmith na "Honkin'..." - bardzo poprawna przytulanka. Co prawda nie w stylu "Crazy" czy "Amazing" - jakby mniej tu efekciarstwa, słuchać brzdąkanie na pianinie, całkiem ciekawa kompozycja. Po niej przychodzi kolej na porządnego bluesa - "I'm ready" i "Temperature" - klasycznie bluesowo wykonane utworki, Tyler śpiewa z pewną "manierą" w głosie. Znowu siedzimy w barze, przytupując nogą i biernie się zaciągając.. "Stop messin' around" - znów Joe Perry daje wytchnąć Stevenowi przy mikrofonie. Numer ten Aerosmith grają już od lat na koncertach i fani świetnie go znają. Jest całkiem cool - szczególnie zwraca uwagę szarpanie w struny przez aerosmithowski duet gitarowy. Płytę zamyka "Jesus is on a main line" - to tradycyjny amerykański kawałek religijny, zaśpiewany tutaj unplugged z jakimś chórem. No i koniec! Wrażenia? Noo, momentami słuchało się nad wyraz przyjemnie. Wszechstronność głosu Tylera została jakby ujawniona na tej płycie - facet mimo swojego podeszłego już zresztą wieku, potrafi dać czadu, ale też zaśpiewać bardzo melodyjnie. Ale - przede wszystkim zresztą - grupa pokazała tutaj swój kunszt muzyczny - genialne partie basowe zagrane przez Hamiltona, porywające sola gitarowe Brada i Joego oraz bujające bluesowe bębny Kramera - no i nie zapomnijmy o piano i harmonijce Tylera - to wizytówka tej płyty. Dla jednych zaskoczenie - dla innych być może będzie to pierwsza płyta Aerosmith, po którą sięgnęli. Muzycy podkreślają - że nie chcą odnieść tym albumem sukcesu komercyjnego. To spełnienie ich muzycznych ambicji. No, ale nie ma co ukrywać. Ładne brzmienie melodyjnych numerów Aerosmith skończyło się bardzo szybko - 2 ostatnie krążki mimo, że były znakomite, nie odniosły już tak ogromnego sukcesu komercyjnego, jak choćby "Get a Grip", "Pump" czy "Permanent Vacation". Ogólnie - gorąco polecam wysłuchanie "Honkin' on bobo".
(2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji