Pełny opis produktu: I Am...Sasha Fierce
Średnia ocena z 22 recenzji
(Dodaj własną)
- Wykonawca:
-
Beyonce
- Firma fonograficzna:
-
Sony Music
, 2008
- Nr katalogowy:
- 88697194922
- Sprawdź inne tytuły:
-
Beyonce
Trzeci studyjny album Beyonce jednej z najpopularniejszych obecnie wokalistek na świecie i ikony pop-kultury ukaże się 17 listopada b.r.
Nowa płyta będzie pierwszym studyjnym dokonaniem Beyonce od czasu wydanej w 2006 roku (na 25-te urodziny artystki) płyty B'Day. Wszystkie piosenki na płycie zostały napisane i wyprodukowane przy udziale samej Beyonce i jest to album - jak podkresla sama artystka -nad którym pracowała prawie rok, w związku z czym jest to najbardziej osobista i refleksyjna płyta w jej karierze.
Album składa się z dwóch krążków - na pierwszym znajdą sie utwory spokojniejsze, bardziej osobiste, drugi to zbiór kawałków tanecznych, czasami przypominających dokonania Destiny's Child. Album promują więc dwa single- przepiękna ballada "If I Were A Boy" i utrzymany w klimacie urban "Single Ladies".
Płyta ukazuje się również w formacie deluxe - z dodatkowymi pięcioma niepublikowanymi wcześniej utworami.
| Posłuchaj utworów: |
MP3 |
WMA |
| 1. If I Were A Boy |
 |
 |
| 2. Halo |
 |
 |
| 3. Disappear |
 |
 |
| 4. Broken-Hearted Girl |
 |
 |
| 5. Ave Maria |
 |
 |
| 6. Satellites |
 |
 |
| CD 2 |
|
|
| 1. Single Ladies (Put A Ring On It) |
|
|
| 2. Radio |
|
|
| 3. Diva |
|
|
| 4. Sweet Dreams |
|
|
| 5. Video Phone |
|
|
- I Am...Sasha Fierce
- Wykonawca:
-
Beyonce
Kobiecie w duszy tak gra...
(2009-09-06)
Agnieszka
Binasik
Więcej o recenzencie
Wydanie tej płyty to trochę przerost formy nad treścią, bo to niestety tylko jedenaście utworów, a aż na dwóch krążkach. To "niestety" nie jest jednak wyrazem rozczarowania treścią, ale żalu, że nie ma więcej - płyta jako całość jest świetna, a zawartość adekwatnie nadaje się do idei rozdzielenia jej na dwie części. "I am..." jest taka bardzo dziewczyńska, rozmarzona, zakochana, zraniona, to jest dokładnie to, co gra w duszy kobiety zakochanej i wiecznie marzącej o miłości. Ale żeby nie było łzawo i ckliwie, to mamy Sashę Fierce, czyli kobietę dynamiczną, ostrą i wyrazistą. Kobiety takie właśnie są, a Beyonce udało się to wszystko pokazać. Po prostu Girls' Power!
(2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
WoW
(2009-05-31)
ToySoldier
Więcej o recenzencie
Nigdy nie byłem ani fanem ani zwolennikiem twórczości Beyonce. Powiem więcej, nie lubiłem jej muzyki. Zarówno za czasów Destiny's Child jak i dwóch pierwszych solowych płyt. Oczywiście z wyjątkiem tych największych hitów, które trafnie wybrane wpadły mi do ucha. Jednak czego nigdy bym się nie spodziewał najnowsza płyta Knowles "I'm...Sasha Fierce" totalnie mnie zaszokowała. Płyta jest w każdym, najmniejszym stopniu dopracowana wokalnie jak i muzycznie. Jak wiemy jest podzielona na dwie części. Pierwsza płyta to spokojnie ballady. W szczególności zachwyca "Halo". Jedna z lepszych ballad, które można usłyszeć. Wpada też w ucho "If I Were a Boy". Każdy tekst w tych 6 piosenkach jest piękny, prawdziwy a sama Beyonce słychać że wkłada w to całe swoje serce. Kolejna płyta do rytmiczne, taneczne, energiczne kawałki. Oczywiście "Single Ladies", "Diva", "Sweet Dreams" to utwory, które najbardziej podpały w mój gust.
Jednak nie da się ukryć że cały pomysł z 2CD, gdzie na pierwszej jest 6 a na drugiej 5 utworów nie wypalił. Po kilku wysłuchaniach pierwsza płyta może nudzić i nie ma się ochoty na wysłuchanie tej energicznej części krążka. Bardzo miła dla wzroku jest książeczka. Pomimo iż widać że zdjęcia są mocno obrobione w photoshopie (wszystko musi być idealnie), to miło patrzy się na sesję zdjęciową do tej płyty.
Same utwory w sobie zrobiły na mnie gigantycznie pozytywne wrażenie, jednak wolałbym żeby utwory były wymieszane na jednej płycie. A do tego przydały by się singlowe teledyski do "If I Were a Boy" i "Single Ladies". Wtedy nie dość że mielibyśmy do czynienia z prawdziwym dziełem to jeszcze w genialnym opakowaniu
(1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
I am... Beyonce Knowles...
(2009-02-10)
Robert
Węgrzyniak
Zostań recenzentem Merlin.pl.Podziel się swoją opinią i zdobywaj piórka!
Więcej o recenzencie
"I am... Sasha Fierce" 3 juz album Beyonce Knowles, 1/3 nieistniejącego już zespołu Destiny's Child. Po dwóch bardzo żywych albumach, bardzo różniących i odstajacych od tego , muszę przyznać ze Beyonce bardzo dojrzała. Jej muzyka ma wyraz, przekaz to czego brakowało na poprzednich krążkach. Zaskakujące w tym wszystkim jest to że postanowiła wydać album na dwóch płytach CD przedstawiajac Siebie na CD 1 oraz swoje alter ego na CD 2. Nie mniej zadziwiajacym zjawiskiem przynajmniej teraz jest wydawanie dwóch singli jednoczesnie, na różnych kontynentach ... Może to miał byc pokaz siły, możliwosci ? Nie wiadomo czym sie kierowała Beyonce decydujac sie na taki krok...If I Were A Boy vs Single Ladies - dwie rózniące sie piosenki, dwa różne przekazy jednakże mówiące o jednym - o miłosci, zwiazkach i potrzebie przywiązania do drugiego człowieka.Piekna ballada i energetyczny kawałek zawojowały rynki wielu krajów - nawet i skromną Polske. Teraz przychodzi czas na kolejny/e single i wybór pada na niesamowity kawałek "Halo" oraz "Diva" energiczna bujająca z niesamowitym kopem...."Halo" piękna pieśń o miłości, o uwielbieniu i potrzebie "posiadania" drugiego człowieka u boku. Aura tej piosenki potrafi zmienic wiele w zyciu czlowieka i naprawde polecam tą piosenke która jest najlepszą na CD 1 nie ma równie dobrej, pokusze sie o stwierdzenie - idealnej na tym krążku. Pokochacie odrazu za pierwszym czy po pierwszym przesluchaniu. Naprawde cudowna piosenka. Są również inne piękne ballady jak Broken-Hearted Girl oraz Disappear które równie podobnie zachwycają, przenoszą nas wniebywała podróż w głąb samych siebie, w nieodkryte zakamarki naszych dusz i serc. Piękne słowa niesamowicie współgrające w komponowane w muzyke, czy też może na odwrót ? Nie wiem jednakze płyt "I am..." jest dla tych którzy szukaja spokoju wyciszenia i chwili na nostalgie. Atmosfera CD 1 jest niczym piękny słoneczny poranek w górach, pieknie swiecace słonce za oknem, rosa na trawie śpiew ptaków i powiew wiatru. Nic wiecej tylko wyjsc i pobiec na tę skropioną rosą trawe żeby poczuć na policzkach owe promienie słonca i powiew wiatru niesiony razem ze spiewem ptaków z oddali.... Inne słowa nie cisna mi sie słuchajac tej płyty.... Serdecznie polecam :) napewno nikt nie pożałuje i mysle ze bedzie sam zachecał do kupna i wsluchania sie .... cz.1
(1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Strawna ewolucja muzyczna pięknej Beyonce
(2009-01-02)
Art
Zostań recenzentem Merlin.pl.Podziel się swoją opinią i zdobywaj piórka!
Więcej o recenzencie
Nie ukrywam, nie jestem fanem Beyonce. Nigdy nie będę... Na twórczość tej wykonawczyni spoglądam z subtelną dozą obojętności, gdyż nie nagrywa piosenek pod mój osobisty gust.
Nie ukrywam również, że gdzieś od momentu pojawienia się na antenach telewizji muzycznych singla "Listen", zgrabnie nawiązującego do stylistyki największych div muzyki soul, widzę w Beyonce kogoś znacznie większego od chociażby Christiny Aguilery. A że ludzie lubią czytać tylko i wyłącznie pozytywne, pięciogwiazdkowe recenzje... Cóż, ja daję mocną tróję przede wszystkim za pierwszą płytę, gdzie mamy tylko i wyłącznie ballady
ocierające się a to o zgrabny, nowocześnie zaaranżowany soul, ("If I Were A Boy", "Broken-Hearted Girl") a innym razem jest to miły dla ucha, przyzwoity, amerykański pop - music ("Halo", "Disappear"). Jest również przyjemna pieśń "Ave Maria", która doskonale sprawdza się w bożonarodzeniowym klimacie i trochę rozmemłane, aczkolwiek strawne "Satellites". W muzyce Beyonce pojawiły się przede wszystkim melodie! Pierwsza, balladowa część albumu dostarcza właśnie takich miłych dla ucha, nieco melancholijnych piosenek, wprost wymarzonych jako tło do niedzielnego relaksu przy kawie. Natomiast na drugiej płycie, mamy parę gniotów, przez które przejdą chyba tylko najbardziej wytrwali słuchacze, ("Single Ladies", "Diva", "Video Phone"). Jak można zrealizować tak koszmarne fragmenty, które nie mają żadnych, klarownych melodii?! Mechaniczne, wręcz dziwaczne brzmienie, w połączeniu z bezdusznym beatem i utyskiwaniem Beyonce, narusza wszelakie zasady kompozycji i piosenki. Lepiej już gdy z głośników płyną nieco klubowe produkcje ("Radio", "Sweet Dreams"), które sprawdzą się na wszelakich parkietach jak i na domowych imprezach. Beyonce z pewnością dorasta i na tle współcześnie śpiewających dam zrobiła radykalny krok na przód. Z drugiej jednak strony o ekstatycznych emocjach spod znaku dawnej Whitney Houston, czy też Mariah Carey podczas słuchania repertuaru z "I'am... Sasha Fierce", możemy tylko pomarzyć.
(6 z 10 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Zawód roku?
(02.12.2008)
Andrzej
Cała
Infomuzyka
Więcej o recenzencie
Po dwóch całkiem udanych (choć w żadnym wypadku wybitnych) solówkach Beyonce postanowiła wydać dzieło niezwykłe. Zaprezentowała przed nami w pełni swoje alter ego i wypuściła album w postaci dwóch oddzielnych kompaktów. W efekcie mamy co najwyżej kwadrans wartościowej muzyki i potężny zawód.
Na wstępie zaznaczam, że recenzję opieram o zwykłe wydanie albumu, na którym znalazło się ogólnie jedenaście piosenek. Tak tak - na dwóch płytach jest w sumie jedenaście kawałków i nic więcej. Ogółem niewiele ponad czterdzieści minut muzyki. Całość oparta jest na takiej zasadzie, że krążek pierwszy to w zamyśle klasyczna Beyonce, a płytka numer dwa jej szalone, zwariowane alter ego, czyli Sasha Fierce. Zasadniczo wszystkie te historie i bajeczki można włożyć między bajki. Gdyby piosenki z obu płyt wrzucić na jedną płytę i wymieszać, wyszłaby naturalna kontynuacja "Dangerously In Love" i "B'Day", a żaden z fanów nawet by nie pomyślał, że gwiazda ma dwa wcielenia. Jak to jednak często bywa, jak się nie ma za dużo dobrej muzyki i fajnego pomysłu na nią, robi się głośną otoczkę i zabiegi mające na celu odciągnięcie uwagi od kwestii zasadniczej.
Beyonce udała się rzecz niezwykła, choć nie wiem do końca, czy takie było jej zamierzenie. Mianowicie - na pierwszej, refleksyjnej, spokojnej, utrzymanej w klimacie pościelowego pop-R&B umieściła sześć nagrań, w sumie dających niespełna 25 minut. Normalnie taki czas w przypadku dobrej płyty mija błyskawicznie, niemal niezauważenie. U Beyonce dłuży się niemiłosiernie i po czwartym kawałku ma się dosyć. Może gdyby puścić ten album ludziom z wieczną depresją, ewentualnie naiwnym romantykom całe życie bujającym w chmurach, spodobałoby im się (gwarancji na to jednak żadnej nie dam). Cała reszta wynudzi się setnie, ewentualnie wykorzysta ten materiał jako idealny podkład pod drzemkę. Jeden, góra dwa numery typu "Halo" (piękna, zapadająca w pamięć piosenka) wzbogaciłyby każdy album mieszający czarne brzmienia z popem. Gdy takich numerów jest kilka obok siebie nużą i męczą niemiłosiernie.
Sytuację mogłaby uratować druga płyta, mająca ukazać alter ego Beyonce, czyli Sashę Fierce. Mogłaby, ale nie uratowała. Tych pięć kawałków to porcja (a może bardziej porcyjka?) bujających, przebojowych, ale w żadnym wypadku wyjątkowych numerów w klimacie R&B z Południa USA. Każde z nagrań ma potencjał, żeby stać się przebojem, ale na pewno nie hiciorem pokroju niezapomnianych "Baby Boy", "Crazy In Love", nie wspominając już nawet czasów Destiny's Child.
Nie jestem w stanie jakkolwiek racjonalnie wytłumaczyć samemu sobie, dlaczego kobieta o takim potencjale, możliwościach (tyczy się to zarówno kwestii wokalnych, jak i budżetowych, bo to przecież w tych czasach nierzadko decyduje o powodzeniu materiału) zdecydowała się wydać materiał tak przeciętny, nijaki jak "I Am... Sasha Fierce". Nawet jeśli, w co ani trochę nie wątpię, znajdzie się liczne grono słuchaczy, którzy ten album kupią, ja tej nowej Beyonce nie kupuję ani trochę.
Pocieszać można się tylko tym, że jej życiowy partner - Jay-Z - zawsze po płycie niespełniającej oczekiwań, zbierał się za nowy materiał ze zdwojoną siłą i nagrywał dzieła zacierające złe wrażenia po poprzedniczce. Oby Beyonce poszła właśnie tą drogą i powróciła wydawnictwem, które ukaże w pełni jej talent. O to, że ją na to stać, jestem akurat dziwnie spokojny.
(8 z 15 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Popowe arcydzieło
(2008-11-16)
Dominika
Kmiecik
Więcej o recenzencie
Trzeba sobie powiedzieć wprost i bez ogródek - Beyonce przeszła samą siebie. Album jest przeznaczony oczywiście dla mas, ale jednocześnie, co rzadko się zdarza, jest "pełnowymiarowo" ambitny. Wszystkie utwory są przemyślane, nie ma żadnych niedomówień, nie ma też miejsca na domysły, czemu jest tak, a nie inaczej. Przekaz płynący z płyty jest oczywisty - Beyonce dojrzała. Można zauważyć pewne podobieństwo do pewnego fragmentu kariery Christiny Aguilery - płyta "Stripped" odcięła się od poprzednich dokonań jedynie poziomem, przez co wydawała się zupełnie inna od dotychczasowej twórczości. "I Am...Sasha Fierce" Beyonce jest zabiegiem identycznym i sądzę, że dobrze obmyślonym marketingowo. Pierwszy krążek, zatytułowany "I Am" to spokojne, aczkolwiek nie melancholijne ballady. Mimo że warstwa liryczna trąci wyższą półką, to nadal mamy do czynienia z tendencyjnym popem. Paradoksalnie, o soul ocierają się kawałki z "Sasha Fierce", który jest przebojowszy, ale nie na tyle energiczny, żeby od razu porwać. Ogólnie wydawnictwo utrzymane jest na spokojnym poziomie, rytmy raczej do zastanowienia się, ale nie do kontemplowania. Raczej do sprzątania, niźli do bujania się na parkiecie. Wokalnie mamy do czynienia z wielką metamorfozą, wokalistka brzmi bowiem zaskakująco czysto, a śpiewa wysoko, wyżej niż dotychczas. Rozczarowuje jedynie "Ave Maria", po którym wszyscy spodziewają się prezentacji możliwości głosowych, tymczasem Knowles nie dość, że nie śpiewa typowej pieśni, to jeszcze wcale się nie wysila. Emocjonalnie album satysfakcjonujący, czuć pasję i serce włożone w piosenki, może nawet duszę. Muzyka standardowa, brzmieniowej rewelacji nie ma. Dobrze dograny wokal z muzyką, żałuję tylko, że przy tak dobrym, wyróżniającym się na tle szarej i mało ambitnej masówki albumie zabrakło soulu w czystej swojej formie. Na szczęście Beyonce nie bawi się już w bycie "tyłkiem dla rapera" i nie usłyszymy żadnego "joł joł" na krążku. Nie ma r’n’b, ale ta zmiana wychodzi tylko na dobre. Nie ma też gospel, przy tego typu aranżacjach brzmiałby śmiesznie. Myślę, że album jest przełomowy, bo można go słuchać w kółko, małe szanse, że się znudzi. Każdy utwór jest inny, nie do pomylenia. Każdy opowiada osobną historię, każda jest bardzo osobista, może nawet Bee otworzyła się za bardzo. Nie mniej jednak, popowe arcydzieło.
(7 z 9 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Przeczytaj wszystkie recenzje
(22)