"Invaders Must Die" to 40 minut intensywnego brzmienia, które z pewnością podniesie ciśnienie u niejednego słuchacza. "Invaders Must Die" łączy w sobie stare dobre brzmienie rave'u z rozwiązaniami wykorzystującymi do granic
możliwości nową technologię. Album jest powrotem do starych sprawdzonych brzmień, mariażu old school'owego ravu i noise'u . To powrót do korzeni wraz z połączeniem nowych inspiracji.
Jak określa sam Liam Howlett materiał zarejestrowany na płycie jest bardziej melodyjny od poprzednich nagrań zespołu jednak wciąż mocno wbijający w ziemię!
The Prodigy - Invaders Must Die: uzależniający hałas
(luty 2009)
A
C
Infomuzyka
Więcej o recenzencie
Brytyjczycy powrócili do sprawdzonego schematu i muzyki, która uczyniła z nich w drugiej połowie lat 90. żywą legendę. I chociaż na "Invaders Must Die" prochu jakkolwiek nie odkryli, płyty słucha się zaskakująco dobrze. I co najważniejsze, z każdym kolejnym seansem jest lepiej!
Już singlowe kawałki, czyli numer tytułowy oraz "Omen" zdradzały, że możemy spodziewać się płyty co najmniej udanej. Tak rzeczywiście jest. Im dalej słuchamy albumu tym wyższa jest jego temperatura. Muzyka The Prodigy znów pędzi niczym TGV, tyle, że to podróż znacznie bardziej emocjonująca, hałaśliwa i dzika, aniżeli w przypadku francuskiej kolejki.
Nie spodziewajcie się na piątym albumie grupy jakiejkolwiek rewolucji w brzmieniu zespołu, jakiegokolwiek gonienia za popularnymi teraz trendami. Howlett, Maxim i Flint powrócili do tego, w czym zawsze sprawdzali się doskonale - mocnych, nie pozwalających ustać w miejscu kompozycji opartych o hałaśliwe wokale, intrygujące swoim połamaniem bity, krótkie partie wzięte chyba z zarzynanych do granic możliwości, tanich keyboardów. Tutaj nie ma miejsca na wysmakowaną wirtuozerię, ale tej przecież od The Prodigy nikt nie oczekuje, prawda?
Hiciory, to od zawsze mocna broń Brytyjczyków. Czy i tym razem uda im się wylansować choćby jeden przebój na miarę "Breathe", "Firestarter" albo "Smack My Bitch Up"? Pierwsze dwa single z płyty poradziły sobie na listach średnio, ale na szczęście są jeszcze na albumie trzy inne nagrania, które spokojnie mogą zaszaleć. Po pierwsze absolutnie rewelacyjne "Run With The Wolves" (z bębnami Dave'a Grohla!), po drugie "Piranha" z refrenem, który na długo zostaje w głowie, a po trzecie junglowe, bardzo klasyczne "Warrior's Dance".
Oczywiście nie obędzie się bez jałowych dyskusji przeciwników i zwolenników "Invaders Must Die", bo też dla jednych grupa stanęła w miejscu i kopiuje własne dokonania, dla drugich wykonała najlepszy możliwy ruch. Czasem jednak o wiele lepiej zrobić coś, w czym jest się naprawdę dobrym niż za wszelką cenę próbować pobić stare osiągnięcia. The Prodigy raz już zrobili prawdziwy muzyczny zamach i być może ciśnienie, które towarzyszy zespołowi od lat jest za duże, żeby zaryzykować raz jeszcze taką rewolucję?
To w sumie najmniej istotne. Płyta brzmi konkretnie, ma w sobie mnóstwo mocy i energii, to się liczy. Najważniejsze, że stanowi idealny materiał pod koncerty zespołu, a na tych zarówno Ci, którym nowy krążek się podoba, jak i Ci, którym nie przypadł do gustu, będą z pewnością razem szaleć. Bo o tym, że The Prodigy są scenicznymi zwierzętami wie każdy.
(1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Energetyczny granat
(2009-03-02)
ejem
Zostań recenzentem Merlin.pl.Podziel się swoją opinią i zdobywaj piórka!
Więcej o recenzencie
Biada mi! Biada, bo przestałam wierzyć w The Prodigy po ostatniej ich płycie, która dla mnie była zwyczajnym rozczarowaniem. Sam zespół też nie raz przyprawiał mnie o palpitacje serca: a to straszyli rozwiązaniem grupy, a to Keith Flint odchodził i przychodził... Koniec końców jednak nagrali nowy materiał. Szanowni Państwo: oto stare, dobre The Prodigy znane nam choćby z "Music for the Jilted Generation" czy "The Fat of the Land"! Tak jest, płyta z całym impetem wgniata w fotel i sprawia, że wpadamy w totalny trans: moje ciało i dusza zostały potargane, roztrzaskane i zmiażdżone - takiej intensywności brzmień, mnogości aranżacji i zróżnicowania kompozycji dawno nie słyszałam na jednym krążku. Co tu dużo mówić: każdy kolejny odsłuch "Invaders Must Die" to dla mnie swoista ekstatyka. No, może troszkę przesadzam, ale naprawdę rzadko coś mnie potrafi jeszcze wzruszyć. The Prodigy to się udało i ja już chyba zostanę z tą płytą na wieki wieków. Polecam!
(4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji