Jest rok 2021. Johny jest kurierem przewożącym w swoim mózgu dane komputerowe. Jest to człowiek pozbawiony wspomnień i przeszłości. Żyje w świecie zdominowanym przez technikę i zawładniętym przez śmiertelną chorobę NAS.
By uniknąć niebezpieczeństw działania choroby, postanawia usunąć ze swej głowy elektroniczną wstawkę. Przed tym jednak otrzymuje ostatnie zlecenie, a japońska mafia czyha na jego życie.
Z błogosławieństwem pisarza, ale bez polotu
(2007-08-23)
Błażej
Bierczyński
Więcej o recenzencie
"Johnny Mnemonic" Roberta Longo powstał na podstawie opowiadania Williama Gibsona, pisarza wręcz kultowego, jeśli chodzi o cyberpunk. W rzeczywistości jednak film jest luźno oparty na utworze, wprowadzono wiele zmian, lecz fakt, iż sam Gibson nadzorował projekt i napisał scenariusz, powinien zachęcać do obejrzenia obrazu i sprawić, że wszystko jest "pod kontrolą". Problem w tym, że obsadzenie Gibsona w roli scenarzysty było chyba głównie "chłytem materkindody" (choć bardziej hollywoodzkim niż chińskim), który miał dodatkowo przyciągnąć widzów. Dodatkowo, bo magnesem miały być również nazwiska, taki miszmasz aktorów powiązanych z różnymi gatunkami: Keanu Reeves, Dina Meyer, raper Ice-T, japoński reżyser Takeshi Kitano, muzyk Henry Rollins czy wreszcie Dolph Lundgren. Problem w tym, że nazwisko za człowieka nie zagra, a poziom gry wyżej wymienionych niczym się nie wyróżnia, a już najmniej w przypadku pana Reevesa. Pamiętajmy, że Johnny to nie android, a człowiek, choć wrażenie tu można odnieść, że wypełniają go metalowe części, bo porusza się i mówi jak maszyna. Najwięcej emocji widać u tego aktora, gdy wygłasza monolog do obsługi hotelowej i jest to jedyny przejaw jego aktorskiego zaangażowania. Kwestie wypowiadane są sztywno, bez emocji, jakby razem z częścią wspomnień Johnny'ego wycięto wiele uczuć, mimiki i natężenia głosu albo jakby sam Reeves miał w sobie implant blokujący mu ciekawszą grę. Jak na ironię, najlepiej daje się zapamiętać kreowany przez Lundgrena futurystyczny uliczny kaznodzieja, napakowany implantami zdewociały nordyk. Nawet on jest bardziej trójwymiarowy od Johnny'ego. I poza nim chyba jedynie Jane (w oryginale książkowym Molly) Diny Meyer prezentuje się z tej gromady ciekawiej, lecz nie ratuje, niestety, filmu. Niestety, bo to nie koniec "atrakcji". Kolejną miały być sekwencje surfowania po cyberprzestrzeni. Fakt, są one ciekawe (choć nie aż tak rewelacyjne), ale bez nich, bez wirtualnej rzeczywistości i innych cyberbajerów, "Johnny Mnemonic" byłby jednym z podrzędnych filmów akcji z dziurawą fabułą, emitowanych w okresie wakacyjnym dla zapchania czasu antenowego (filmów, na samą myśl których można zachorować na przedstawioną tutaj chorobę NAS - syndrom osłabienia neuronów). Obraz Roberta Longo jest schematyczny i nie da się tego ukryć. Przewidywalny, pełen naciąganych dialogów, sztywnej gry, wypełniony tanimi efektami specjalnymi i komputerową animacją, przypomina gry z automatów w barakowozach. Ratuje go jedynie w miarę ciekawa wizja miast przyszłości (chociaż za mało wyeksponowanych w ruinach i slumsach, jakie możemy oglądać u siebie od kilku lat) oraz wspomniane sekwencje cybersurfingu. To jednak za mało, by warto było obejrzeć "Johnny'ego Mnemonica". A jeśli się go obejrzy, to nie zostanie on zbyt długo w pamięci, nawet jeżeli macie pojemny implant mózgowy.
(6 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji