Live Chat
x

Serwis używa cookies. Wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z Polityką Cookies.

Koszyk pusty

Podręczniki
Bony na zakupy w Merlinie
Napisz do nas Zadzwoń do nas
tel. +48 (61) 628 66 00
fax. +48 (61) 628 61 05

Opis produktu

Let There Be Rock [Digipack]

AC/DC  Chcę otrzymywać korespondencję o pozycjach tego autora.

Numer katalogowy: 0325081
nośnik: CD 1 szt.

2003 Więcej

Produkt niedostępny
Do przechowalni

Nie wybrałeś żadnego wariantu produktu!
Zrób to zmieniając przy towarze, który chcesz kupić liczbę sztuk z "0" np. na "1".

zamknij

- polecamy

Ci, którzy kupili ten towar, kupili też...

Inni klienci oglądali również...

    Pełny opis produktu: Let There Be Rock [Digipack]

    Średnia ocena 5 na 5 z 4 recenzji   (Dodaj własną)

    Wykonawca:
    AC/DC
    Firma fonograficzna:
    Sony Music , 2003
    Sprawdź inne tytuły:
    AC/DC
    Kategorie:
    Rock > zagraniczny rock
    Posłuchaj utworów:
    1. Go Down
    2. Dog Eat Dog
    3. Let There Be Rock
    4. Bad Boy Boogie
    5. Problem Child
    6. Overdose
    7. Hell Ain't A Bad Place To Be
    8. Whole Lotta Rosie

    Recenzje naszych klientów Napisz własną recenzję

    Let There Be Rock [Digipack]
    Wykonawca:
    AC/DC

     Więcej o recenzencie

    Rock'n'rollowe szaleństwo wszechczasów !!! ()
    Ocena 5 na 5  

    Gdyby ktoś kiedyś zapytałby mnie co rozumiem przez pojęcie Rock'n'Roll, odpowiedziałbym AC/DC - LET THERE BE ROCK. Kropka. Ta płyta, to wspaniały hołd złozony Rock'n'Rollowi przez formację AC/DC. Tak brudno, tak szybko, tak wspaniale ... ech.

    (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Oceń recenzję. Czy jest przydatna? Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.

    Zgłoś nadużycie Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji

     Więcej o recenzencie

    Cudownie energetyczny brud ()
    Ocena 5 na 5  

    Let There Be Rock jest w karierze AC/DC pewnym przełomem. Jeszcze nie stylistycznym oczywiście, ale właśnie ta płyta rozpoczyna całą serię ich najbardziej klasycznych dokonań. I nie ulega wątpliwości, że należy się jej zaszczytne miejsce tuż obok "Highway To Hell" i "Back In Black". To kwintesencja wczesnego AC/DC, z Bonem Scottem na wokalu. Czyli bluesowo-rockandrollowe szaleństwo, tutaj z odpowiednim doładowaniem. "Let There Be Rock" to przede wszystkim świetne riffy Malcolma, niektóre z nich to już dzisiaj przecież klasyka. No bo kto nie zna utworu tytułowego czy "Whole Lotta Rosie"? To czym wyróżnia się ten album to także fakt, że nie ma tutaj choćby jednego utworu wyraźnie spokojniejszego. Każdy z nich to solidne, gitarowe łojenie. Skłonny jestem nawet twierdzić, że to ich najostrzejsza płyta. To uczucie wzmaga także celowo niechlujna produkcja, przez co płyta brzmi bardzo żywo, jakby została nagrana podczas koncertu. No właśnie, to w ogóle bardzo koncertowy album. Dość powiedzieć, że to właśnie kawałki z tej płyty są główną ozdobą ich późniejszej koncertówki "If You Want Blood... You've Got It". "Let There Be Rock" przyniosła także garść może mniej pamiętnych, ale równie wspaniałych utworów, jak otwierające całość "Go Down", z uroczo obscenicznym wokalem Scotta (szczególnie w ostatniej zwrotce) albo nietypowy, rozkręcający się w momencie refrenu "Dog Eat Dog", z mistrzowskim wibratem Angusa. Intryguje dla zmylenia balladowo zaczynający się "Overdose", rzecz traktująca o przygodach frontmana z pewnymi substancjami. Jest to chyba najlepszy wokalnie kawałek z czasów Scotta. Sporą popularnością cieszył się także "Hell Ain't A Bad Place To Be". Choć może nieco na wyrost. Muzycznie jest to dość stereotypowe boogie, z nazbyt banalnym refrenem. Natomiast na większą uwagę zasługuje "Bad Boy Boogie". To też jeden z tych nieśmiertelnych riffów. No i dania główne, czyli "Let There Be Rock" i "Whole Lotta Rosie". Pierwszy to historia rocka w pigułce, a drugi to iście rockandrollowa opowieść o pewnej fance zespołu. Powiem jedno: to co Angus wyprawia tutaj ze swoją gitarą wywołuje u mnie gęsią skórkę. Tak "wybuchowych" kulminacji nie powstydziłby się i dziś żaden zespół metalowy.

    (5 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Oceń recenzję. Czy jest przydatna? Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.

    Zgłoś nadużycie Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji

     Więcej o recenzencie

    Elektryczny czad! ()
    Ocena 5 na 5  

    "Let There Be Rock" to rockowy czad. Osiem rewelacyjnych utworów, przepełnionych mocnymi riffami i skrzeczącym głosem Bona Scotta. W odróżnieniu od poprzedniego albumu, charakteryzuje się on trochę mniejszym jajcarstwem wykonawczym (bo tekstowo nic się nie zmienia) i bluesowymi zagrywkami, a oferuje więcej mocy i prawdziwego rock'n'rolla. Ocena może być tylko jedna.

    Oceń recenzję. Czy jest przydatna? Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.

    Zgłoś nadużycie Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji

     Więcej o recenzencie

    Kwintesencja hard rocka! ()
    Ocena 5 na 5  

    19 lutego mija już 26 rocznica śmierci legendarnego wokalisty grupy AC/DC Bona Scotta. Jest to data bardzo przykra tym bardziej, że albumy nagrane z następnym "krzykaczem" (Brian'em Johnson'em) nie posiadały już takiej magii i uroku jak płyty ze Scottem. (Pomijając oczywiście wydany zaraz po śmierci Bona "Back In Black" - opus magnum ciężkiego rocka). Takim właśnie "magicznym" albumem jest "Let There Be Rock", jedna z najostrzejszych płyt w dorobku grupy. Zaczyna się bardzo mocno i surowo od utworu "Go Down". Dalej mamy "Dog Eat Dog" z bardzo fajną, klimatyczną solówką Angusa. Potem nadchodzi monumentalny, porażający energią utwór tytułowy. Następne w kolejce są "Bad Boy Boogie" i "Problem Child" - sztandarowe numery grupy. Potem mamy chwilę wytchnienia w postaci "Overdose", a później znowu czad. W "Hell Ain't a Bad Place to Be" Bon śpiewa, że w piekle nie jest tak źle, sam na pewno się o tym nie przekonał, bo wierzę, że Bóg przyłączył go do swojej niebiańskiej orkiestry i Bon śpiewa teraz razem z Jimmem Morrisonem, przy akompaniamencie Jimmiego Hendrixa i Johna Bonhama. Na zakończenie płyty dostajemy bardzo żywiołowy numer "Whole Lotta Rosie", w którym Bon opowiada o pewnej niezbyt urodziwej fance zespołu. (Swoją drogą ten utwór jest dość jasnym nawiązaniem do "Whole Lotta Love" Led Zeppelin). Podsumowując, ta płyta to istny huragan, który każdego zmiecie z Ziemi. Niektórzy mogą narzekać, że brzmienie jest zbyt chropowate, kompozycje zbyt prymitywne, ale na tym właśnie polega urok tego albumu, słuchając go prawie 30 lat po premierze, czujemy wielkie pokłady energii „ulatniające się” z głośników. Zawdzięczamy to przede wszystkim ognistym riffom Angusa i charakterystycznemu wokalowi Scotta - który dzięki niesamowitemu głosowi i charyzmie (jeśli nie wierzycie posłuchajcie koncertowego albumu "If You Want Blood, You′ve Got IT") był dla mnie frontmanem wszech czasów.

    (3 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Oceń recenzję. Czy jest przydatna? Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.

    Zgłoś nadużycie Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji