Cudownie energetyczny brud
Ocena 5 na 5
(2007-10-20)
Kuba
Jasiński
Więcej o recenzencie
Let There Be Rock jest w karierze AC/DC pewnym przełomem. Jeszcze nie stylistycznym oczywiście, ale właśnie ta płyta rozpoczyna całą serię ich najbardziej klasycznych dokonań. I nie ulega wątpliwości, że należy się jej zaszczytne miejsce tuż obok "Highway To Hell" i "Back In Black". To kwintesencja wczesnego AC/DC, z Bonem Scottem na wokalu. Czyli bluesowo-rockandrollowe szaleństwo, tutaj z odpowiednim doładowaniem. "Let There Be Rock" to przede wszystkim świetne riffy Malcolma, niektóre z nich to już dzisiaj przecież klasyka. No bo kto nie zna utworu tytułowego czy "Whole Lotta Rosie"? To czym wyróżnia się ten album to także fakt, że nie ma tutaj choćby jednego utworu wyraźnie spokojniejszego. Każdy z nich to solidne, gitarowe łojenie. Skłonny jestem nawet twierdzić, że to ich najostrzejsza płyta. To uczucie wzmaga także celowo niechlujna produkcja, przez co płyta brzmi bardzo żywo, jakby została nagrana podczas koncertu. No właśnie, to w ogóle bardzo koncertowy album. Dość powiedzieć, że to właśnie kawałki z tej płyty są główną ozdobą ich późniejszej koncertówki "If You Want Blood... You've Got It". "Let There Be Rock" przyniosła także garść może mniej pamiętnych, ale równie wspaniałych utworów, jak otwierające całość "Go Down", z uroczo obscenicznym wokalem Scotta (szczególnie w ostatniej zwrotce) albo nietypowy, rozkręcający się w momencie refrenu "Dog Eat Dog", z mistrzowskim wibratem Angusa. Intryguje dla zmylenia balladowo zaczynający się "Overdose", rzecz traktująca o przygodach frontmana z pewnymi substancjami. Jest to chyba najlepszy wokalnie kawałek z czasów Scotta. Sporą popularnością cieszył się także "Hell Ain't A Bad Place To Be". Choć może nieco na wyrost. Muzycznie jest to dość stereotypowe boogie, z nazbyt banalnym refrenem. Natomiast na większą uwagę zasługuje "Bad Boy Boogie". To też jeden z tych nieśmiertelnych riffów. No i dania główne, czyli "Let There Be Rock" i "Whole Lotta Rosie". Pierwszy to historia rocka w pigułce, a drugi to iście rockandrollowa opowieść o pewnej fance zespołu. Powiem jedno: to co Angus wyprawia tutaj ze swoją gitarą wywołuje u mnie gęsią skórkę. Tak "wybuchowych" kulminacji nie powstydziłby się i dziś żaden zespół metalowy.
(5 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji