To naprawdę już koniec
(2005-04-15)
Marcin
Kubicki
Więcej o recenzencie
Można powiedzieć, że w muzyką Rage Against The Machine zacząłem zasłuchiwać się od samego początku ich kariery. Mimo wszystko zanim zdążyłem na dobre rozkręcić się z szaleństwem na ich punkcie-już zakończyli karierę. Nie da się jednak zapomnieć tych poranków, kiedy Zack de la Rocha subtelnie budził mnie wrzaskiem "Wake up!"-trzeba przyznać, iż z bólem serca żegnałem muzyków. Po trzech latach ciszy i niewielkich przebłysków w postaci np. Audioslave, w które to zagłębiać się nie będę, koncertowa płyta, zarejestrowana w dwa wieczory-12 i 13 września 2000 roku w Los Angeles, będąca jednocześnie drugim tego typu wydawnictwem w historii grupy, wywołała na mojej twarzy wyraz ogromnego i pozytywnego zaskoczenia. Początkowo album miał zostać wydany jako dodatkowy krążek do "Renegades" (czyli ostatniej pełnej płytki RATM), jednak-jak widać-zmieniono ten zamiar. Zawarte na nim utwory to w większości kawałki pochodzące ze starszych płyt, co przeze mnie odbierane jest bardzo źle. Takie perełki, jak "Killing In The Name Of" czy "Know Your Enemy" w wersji na żywo brzmią jeszcze bardziej soczyście, ogniście, a moc, która z nich płynie jest wręcz porażająca. Jakkolwiek inne zespoły mogłyby sobie odpuścić wydawanie tzw. "oficjalnych bootlegów", tak w przypadku Rage Against The Machine krok ten był dobrym posunięciem. Co prawda szkoda mi trochę, iż utwory od wersji albumowych nieszczególnie się różnią-przynajmniej w sekcji instrumentalnej, bo Zack jako wokalista w zasadzie siłą rzeczy musiał z czegoś zrezygnować, coś dodać nowego- ot, chociażby dlatego, że dość często pozwala on publiczności przejąć pałeczkę. Poza tym nie da się ukryć, że sposób, w jaki Rocha wydobywa z siebie dźwięki może być nieco męczący dla gardła - i to czasem słychać. Jednak gitary działają praktycznie bez zmian, tak samo jak perkusja. Ciekawym momentem jest wykonanie "I'm housin'"-wśród słuchających z jakiegoś powodu przez większą część utworu panuje... cisza. Poza tym mamy jeszcze możliwość usłyszeć "Kick Out The Jams"-koncertowy utwór, wcześniej możliwy do dostania tylko na nieoficjalnych (i co za tym idzie-kiepskich jakościowo) bootlegach. Summa summarum-z czystym sumieniem mogę polecić krążek każdemu, kto RATM lubił i darzy grupę tym uczuciem w dalszym ciągu, jak i wszystkim ciekawym koncertowych wersji ich ulubionych kawałków. Warto, bo materiał nagrany jest czysto, bez zakłóceń, a to, co sobą prezentuje to towar z najwyższej półki. Nie tylko jest dowodem na to, iż Rage Against The Machine to wiecznie żywa kapela, ale umożliwia także poznanie-chociaż w namiastce-atmosfery, jaka panuje na koncertach przesączonych po prostu niesamowitymi pokładami energii.
(4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji