Czterdzieści minut improwizatorskiego szaleństwa
(2007-08-28)
Jacek
Podlewski
Więcej o recenzencie
W roku 1972 roku niewiele nazwisk tak elektryzowało rockowy światek jak Carlos Santana i Buddy Miles. Nic dziwnego, że wspólnie sygnowany przez nich album koncertowy wywołał spore emocje. Ale nie zabrakło też kontrowersji.
Co rzuca się w oczy, a właściwie w uszy, po przesłuchaniu całego materiału, to totalne wyłamanie się z aranżacyjnych schematów. Nie powinno to dziwić, w końcu zarówno Santana, jak i Miles (jako perkusista Jimiego Hendrixa) już wcześniej dali się poznać jako zwolennicy długich, rozimprowizowanych form. Tak więc dostajemy prawdziwa apoteozę muzycznej spontaniczności i niemal nieograniczonej kompozycyjnymi ramami swobody wypowiedzi. Mimo, że muzyka rozbudowanego koncertowego składu nie odbiega zbytnio stylistycznie od wcześniejszych dokonań Santany, to zawarta na płycie wersja "Evil Ways" mocno odbiega od oryginału, zamieniając jego nieco tajemniczy, psychodeliczny klimat na niemal taneczną dynamikę. I taki jest cały ten album: swingujący, oparty na doskonałym groove sekcji rytmicznej pod przewodnictwem Milesa, mniej latynoski, a bardziej podszyty funkiem. Pulsujące rytmy i proste riffy są punktem wyjścia do niekończących się jamów. W tej sytuacji o wartości albumu decyduje forma solistów. A z tą jest różnie. Obok brawurowych partii, w których celuje Santana, ale także wspierający go dzielnie w gitarowych bojach Neal Schon, nie udało się uniknąć nieco nużących, ciągniętych na siłę solówek, choć te są na szczęście w mniejszości. Niewątpliwie najważniejszą częścią longplaya jest wypełniający jego drugą połowę "Free Form Funkafide Filth", w którym pomimo pojawiających się dłużyzn zespołowi udaje się przez ponad 20 minut utrzymać napięcie i klimat. Oprócz "wioślarzy" swoje pięć minut (które w kontekście czasu trwania utworu należy traktować dość dosłownie) mają tu także członkowie sekcji dętej i klawiszowiec.
Największą zaletą albumu jest z pewnością potężna dawka energii, nieosiągalna w warunkach studyjnych. Warto też wspomnieć o świetnej jakości dźwięku na kompaktowej reedycji. Całość brzmi czytelnie, selektywnie i przestrzennie. Zaś dość krótki jak na "koncertówkę" czas trwania całości dla jednych będzie wadą, dla innych - przy takiej intensywności materiału muzycznego - zaletą. Dodatkowej wartości płyta nabiera gdy spojrzymy na nią przez pryzmat poprzedniego ("III") i następnego ("Caravanserai") wydawnictwa Santany. Jest ona bowiem wyjątkowym zapisem pośredniego stadium na twórczej drodze Meksykanina, który znajdował się w pół drogi między uprawianym przez siebie wcześniej latynoskim fusion, a uduchowionym jazzem słyszanym na takich albumach, jak wspomniane "Caravanserai" czy "Welcome". Ale nie trzeba kontekstu "historycznego", aby docenić zawartą na "Live!" muzykę. Wystarczy wrzucić ją do odtwarzacza i dać się porwać. Dla mnie poskutkowało.
(2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji