Love story w stylu glamour
(2009-03-13)
Magda
Talik
Więcej o recenzencie
Niemieckie sceny słyną z dyskusyjnych inscenizacji operowych. Nierzadko górę bierze tam myślenie: „Im bardziej skandalizujący spektakl, tym większy sukces”. Melomanów już nieraz oburzało odczytywanie libretta wbrew intencjom autora i wizji kompozytora. Jednak realizacja perły francuskiej opery - „Manon” Julesa Masseneta w berlińskiej Staatsoper Unter den Linden, mimo że uwspółcześniona a chwilami odważna, nie zakłamuje ani na chwilę treści i cudownie eksponuje muzykę. Reżyser Vincent Paterson nie dał się do końca uwieść stylistyce glamour, jaką wykreował na scenie. Dlatego zamiast kiczu oglądamy pięcioaktową wysmakowaną wizję love story pomiędzy piękną i temperamentną Manon Lescaut (Anna Netrebko) a zakochanym w niej do szaleństwa Kawalerem des Grieux (Rolando Villazon). Duet Netrebko-Villazon to dziś magnes ściągający do oper prawdziwe tłumy wielbicieli obydwojga solistów. Netrebko, wychowanka Teatru Maryjskiego w Sankt Petersburgu i Villazon, meksykański tenor nie tylko świetnie razem wyglądają a ich głosy doskonale razem brzmią, ale widać, że wspólne śpiewanie daje im sporo przyjemności i są dla siebie prawdziwym oparciem na scenie. Nikt nie dywaguje, czy mają romans, bo od dawna wiadomo, że są wyłącznie dobrymi przyjaciółmi. „Manon” to kolejna po verdiowskiej „Traviacie” produkcja zarejestrowana na DVD, w której biorą udział. Zresztą przez cały czas trwania spektaklu nie sposób uciec od porównań z tamtą słynną realizacją z Salzburga. Po pierwsze historie są do siebie zbliżone, po drugie widać, że Paterson uważnie obejrzał „Traviatę” a nawet się zainspirował. W II akcie kochankowie też biegają po sypialni i rzucają w siebie poduszkami, w IV akcie des Grieux uprawia hazard, by zdobyć pieniądze dla ukochanej a w finale Manon umiera w ramionach ukochanego, oddarta z całego blichtru, jaki towarzyszył jej za życia. Gwiazdą tego przedstawienia jest Anna Netrebko. Rosjanka fenomenalnie buduje postać Manon - wokalnie i aktorsko. Na początku jest nieświadomą jeszcze swojego uroku trzpiotką, która kredką do oczu maluje sobie szwy na łydkach, by być bardziej trendy z ówczesną modą lat pięćdziesiątych. Potem dojrzewa do uczucia, a aria „Żegnaj mały stoliku” z II aktu śpiewana z tkliwością i pewną rezygnacją zarazem to prawdziwe arcydzieło. Ale Manon Netrebko ma też w sobie coś z zepsutego jedynaka, który chce mieć nowe zabawki, ale niechętnie oddaje innym stare. Dlatego kiedy kochanek zostaje księdzem Manon chce go natychmiast odzyskać. Krwistoczerwona suknia, w której przychodzi kusić w kościele jest arcydziełem samym w sobie. Jest wreszcie Manon osamotniona, ubrana w łachmany, wycieńczona niczym więźniarka z Auschwitz. Des Grieux to postać mniej złożona, choć wokalnie Villazon błyszczy, zwłaszcza w drugiej odsłonie aktu III, kiedy ubrany w sutannę wyznaje jej miłość i prawdziwie pożąda. Dyrygent Daniel Barenboim prowadzi orkiestrę bez szaleństw, ale muzyka brzmi stylowo a kiedy trzeba soczyście. I dlatego nie wolno tego wszystkiego przegapić.
(4 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji