-
-
-
-
-
Kala
- M.I.A
-
cena:
60,49
zł
-
-
Inni klienci oglądali również...
Pełny opis produktu: Maya [Special Edition]
Średnia ocena z 2 recenzji
(Dodaj własną)
- Wykonawca:
-
M.I.A.
- Firma fonograficzna:
-
XL Recordings
, Lipiec 2010
- Nr katalogowy:
- XLCD497X-2
- Sprawdź inne tytuły:
-
M.I.A.
Po ukazaniu się albumu "Arular" (2005), amerykański raper Nas powiedział krótko, że to jest przyszłość hip hopu. Ukazanie się "Mayi" pokazuje, że owa wspomniana przez Nasa "przyszłość" to już dzisiaj.
Mieszkająca w Londynie, a pochodząca z rodziny tamilskich emigrantów ze Sri Lanki Maya Arulpragasam, która przybrała sceniczny przydomek MIA, uchodzi dziś za jedną z najbardziej radykalnych artystek - prowokatorek. I nic w tym dziwnego, bo przecież pasją do muzyki zaraziła się towarzysząc - jeszcze jako adeptka sztuk wizualnych - zaprzyjaźnionej grupie Elastica podczas tournee po USA. A że suportem Brytyjczyków była już osławiona i notoryczna prowokatorka i performerka Peaches, która wprowadziła ciekawską Mayę w arkana obsługi sequencera Roland MC-505, wszystko staje się jasne. To, w połączeniu z bolesnymi wspomnieniami z wioski w północnej Sri Lance, gdzie jej rodzina - znana z radykalnych poglądów - należała do brutalnie zwalczanej i eksterminowanej przez rząd tamilskiej mniejszości, stworzyło mieszankę doprawdy piorunującą. Być może poprzez nieznajomość gatunkowych reguł, być może poprzez naiwny zachwyt muzyką popularną we wszelkich jej przejawach, niezależnie od szerokości geograficznej, stworzyła MIA porywający i na wskroś oryginalny miks hip hopu (od gangsta rapu po grime) z jamajskim dance-hallem, rave'em, punk rockiem, elektro, hinduskimi rytmami i afrykańskimi beatami.
Drugi album, "Kala", przyniósł nie tylko definicję unikatowego stylu artystki, ale także - według ankiet mediów na całym świecie - znalazł się w ścisłej czołówce najwybitniejszych płyt roku 2007.
Album "Maya" zamyka rodzinną trylogię (Arular i Kala to, odpowiednio, imiona ojca i matki Mayi). Ku uldze fanów, sukces "Kali" bynajmniej nie zmiękczył MIA, a dowiódł tego dobitnie szokujący przemocą - i z tego powodu ocenzurowany przez YouTube - teledysk do utworu "Born Free", w którym amerykańskie wojsko prowadzi akcję eksterminacji pewnej mniejszości. Wprawdzie rudzielców - w czym dopatrzeć się można echa odcinka "Ginger Kids" serialu "South Park" - ale już na poważnie, bo nigdy nie wiadomo, kto czy jaka grupa ludzi, może być następna. A właściwie wiadomo, bo MIA - choćby już tylko z racji doświadczeń swojej rodziny - zdaje się być głosem tych najbardziej narażonych na prześladowania, a zwanych "subaltern". Do tej kategorii zaliczają się imigranci, kolorowi i uchodźcy, szukający azylu w krajach niby demokratycznych, ale w głębi ducha swych obywateli im niechętnych.
Album "Maya" to też kolejny etap ewolucji stylistycznej MIA. "Kala", z racji odmowy wizy przez władze amerykańskie, powstawała w Liberii, Trynidadzie, Indiach i na Jamajce. "Maya" nagrana została już w Los Angeles, a doborowa stawka producentów - Rusko, Diplo, Blaqstarr czy Switch - zadbała, aby paleta brzmień i stylistycznych konotacji "Kali" poszerzona została o przetaczające się niczym wiosenne burze rytmy, głęboki dubstepowy bas i industrialno-noise'owy sznyt.
Efektem jest album muzycznie równie elektryzujący, jak choćby "Music For The Jilted Generation" Prodigy, a jednocześnie - jak przystało na rok 2010 - porzucający beztroską zabawowość lat 90. i mówiący serio o konsekwencjach lawinowych przemian technologicznych naszych czasów, gdy wszystkie nasze myśli czy akcje w mgnieniu oka są dokumentowane i elektronicznie powielane w milionach egzemplarzy. Jedno można powiedzieć: "Maya" to album na nasze nowe wspaniałe czasy, a wielu fanów MIA uzna ją bez wahania za płytę roku, a może nawet i drugiej dekady XXI wieku.
- Maya [Special Edition]
- Wykonawca:
-
M.I.A.
Ciekawie
(2011-03-02)
Krzysztof
Górski
Więcej o recenzencie
Rzeczywiście, M.I.A. zaskakuje. Rzeczywiście, początkowo nie da się niektórych piosenek słuchać. Dopóki nie odkryje się harmonii jaka w dźwiękach panuje.
/\/\ /\ Y /\ to krok dalej w stosunku do poprzedniego krążka, 'Kala'. Jeszcze bardziej elektronicznie, bardziej zadziornie. Takie połączenie rapu, elektroniki i heavy metalu. Nie dla wszystkich.
Mówienie, że "Story To be Told", "It iz what it iz" czy "Believer" jest co najmniej nie na miejscu. To jedne ze spokojniejszych utworów na płycie. Skupiające się na przekazie, przede wszystkim.
Podobnie z "Born Free" (moc! i świetny przerywnik między dwiema częściami albumu) i "Meds and Feds" (bez fajerwerków, ale nie zaniża poziomu).
Co do największych plusów to zgadzam się z poprzednim recenzentem. Dołączył bym tylko "Caps Lock". Świetne zamknięcie albumu.
PS pierwsze cztery utwory ("The Message", "Steppin Up", "XXXO", "Teqkilla") to właściwie ciągły miks.
PS polecam jeszcze ostatni mixtape M.I.A., „Vicki Leex”
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Bardziej 4 niż 3
(2010-08-11)
Hubert
Wentland
Więcej o recenzencie
M.I.A swoim nowym albumem szeroko zaskakuje. Początkowo wprost nie da się niektórych piosenek słuchać. Później? Coraz lepiej. Dlatego właśnie ogromny problem mam z wystawieniem oceny. 3? 4? Ostatecznie, nie chcąc zawyżyć pozostałem przy niższej propozycji. Ale kontynuując: Maya zaskakuje nie nowoczesnością ani innowacyjnymi "przeszkadzajkami", ale doborem piosenek na krążek. Edycja specjalna - jedyna sprzedawana w Polsce - mogłaby stać się z powodzeniem podstawową, uszczuploną o kilka utworów. Owa edycja specjalna zawiera 16 pozycji, w tym 5 absolutnie beznadziejnych, które zaniżają ocenę. Szkoda, że ich nie wywalono, bo album z jedenastoma fajnymi kawałkami dostałby 5. Niestety, M.I.A najwidoczniej nie zauważyła tego, bądź też nie chciała zauważyć. W efekcie tego na Mai znajdują się "Story To Be Told", "It Iz What It Iz" oraz "Believer", które są jak surowe kotlety; jak demówki. Nic się w nich nie dzieje, wieje wprost nudą. To piosenki na 1. Natomiast dwie pozostałe z pięciu wspomnianych utworów to "Born Free" i "Meds and Feds", które są okropne, nie sposób ich słuchać. No, to tyle o minusach. A teraz o tych pozytywnych stronach: "XXXO", "Tell me Why", "Space", "Internet Connection", "Illygirl", "It Takes a Muscle", "Steppin' Up" - to pozycje, dla których warto płytę posiadać. Mają absolutnie wszystko, czego potrzeba dobrej piosence. Natomiast utwory pozostałe - "Casps Lock", "Teqkilla", "Lovalot" - to pozycje, których przyjemnie od czasu do czasu posłuchać, jednak nie wyróżniają się specjalnie spośród materiału. Reasumując: płyta godna polecenia. Jedyne, co jeszcze można jej zarzucić, to zbyt duża ilość tych "przeszkadzajek" - czasem zagłuszają zupełnie muzykę.
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji