Polecam, polecam, polecam.
(2011-05-18)
Joanna
Gołaszewska
Więcej o recenzencie
Tak, widziałam już oceny tej książki - mocno sceptyczne. Nie, nie czytałam recenzji. Z pełną premedytacją, bo sobie pomyślałam, że jestem bardzo pozytywnie nastawiona do książki, po co ktoś ma mi psuć jej odbiór jakimiś swoimi rozczarowaniami? Wolę podejść do niej zupełnie bez naleciałości.
I bardzo dobrze zrobiłam. Że nie czytałam tych sceptycznych opinii. Tych kręcących nosem i tych rozczarowanych też.
Bo ja lubię, gdy książka wciąga mnie do tego stopnia, że czasami łapię się na tym, że myślę o jej bohaterach. W sytuacjach zupełnie nieprzystających do tego (np. w pracy) zastanawiam się, jaką decyzję podejmie Enrissa? Jak zachowa się Innuon i co zrobi Ivenna? Bardzo lubię takie książki jak "Namiestniczka", gdzie jest dużo bohaterów, a wszyscy wzajemnie zależni od siebie, połączeni więzami rodzinnymi, więzami przyjaźni czy zależnościami suweren-wasal. To jest ten typ fantasy, który uwielbiam.
Nie potrzebuję ociekających krwią walk - to dobre dla małych chłopców - żeby był szczęk oręża i żeby trup ścielił się gęsto. Ja lubię, kiedy jest zwyczajnie i po ludzku. Żeby były trudne decyzje do podjęcia, a od nich żeby zależały losy narodu. Żeby pozornie błahe wydarzenia w wyniku splecionych różnych przypadków (i żeby nikt w te przypadki nie wierzył) przeradzały się w kamienie milowe dziejów. Żeby były potajemne knowania, żeby były tajemnice rodowe, źle dobrane małżeństwa, ukryte namiętności, skrywane miłości, nieślubne dzieci i dziedzice nie zawsze nadający się do dziedziczenia.
To wszystko znalazłam w "Namiestniczce". Wcale nie jest taka opasła, jakby się z pozoru wydawało. Owszem, stron dużo, ale te strony niewielkie, szybko się czyta. Ja znalazłam na tych stronach dużo emocji.
Owszem, rozpoznałam inspirację Martinem "Pieśnią Lodu i Ognia". Ale ja to poczytuję za zaletę książki, bo uwielbiam Martina. Kilka motywów zostało z niego zaczerpniętych, jak choćby bliźniacze więzi, nieznane, niebezpieczne krainy, czy choćby imperium rządzone przez jednego człowieka. Tak, rozpoznałam, ale co z tego? Martin nie chce pisać kontynuacji, ociąga się, marudzi, to dlaczego w tzw. międzyczasie nie poczytać czegoś podobnego?
Nikogo do "Namiestniczki" nie będę namawiać. Albo ktoś ją pokocha, albo będzie kręcić nosem. Ja wolę z zapałem udać się na poszukiwania 2 tomu.
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji