Napisana w jasnej tonacji książka o odchodzeniu i meandrach naszej pamięci: subtelne połączenie wspomnień z eseistyką. Barnes opowiada o swej rodzinie, o pustych miejscach, pozostawionych przez najbliższych, o pamiątkach po nich. Zastanawia się, czy należy wypełniać obietnice dane zmarłym, polemizuje z bratem, który te same zdarzenia z przeszłości zapamiętał inaczej, rozpatruje śmierć w kategoriach religijnych i świeckich, cytując filozofów i... piosenkę Brela.
Tu nie być/nigdzie nie być/i to wkrótce/nic nie jest straszniejsze/prawdziwsze*
(2010-03-18)
Iwona
Baturo
Więcej o recenzencie
Napisać 300 stron o śmierci w sposób pasjonujący? Da się, czego dowodem ta książka. Choć trzeba zrobić zastrzeżenie, że „Nie ma się czego bać” to również opowieść o zawiłych meandrach pamięci i rodzinnych historiach. Julian Barnes snuje swoje skrzące się dowcipem rozważania o odchodzeniu i naszej przed nim bojaźni na kanwie wspomnień o swoich antenatach. W celnych, zabawnych, czułych, choć nie sentymentalnych historiach przywołuje obraz rodziców i dziadków oraz dyskutuje o „prawdzie wspomnień” z bratem filozofem. Opowieść o śmierci jest tak naprawdę opowieścią o życiu. No bo jakże mogłoby być inaczej. Barnes okazuje się nie tylko doskonałym opowiadaczem, ale też zajmującym erudytą, którego z przyjemnością się czyta. Jest w tej książce mnóstwo odniesień literackich: anegdot dotyczących powieściopisarzy i poetów, polemik z filozofami i myślicielami, rozważań o potrzebie wiary... Wszystko okraszone humorem, wyważeniem, angielską flegmą. W ten sposób łatwiej oswoić to, co nieuniknione: koniec. To zaś, powtarzając za Flaubertem, ma pozwolić: „spoglądając w głąb czarnego dołu u swoich stóp, zachować spokój”.
* Philip Larkin, przekład Jacek Dehnel
(4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji