Książka o przygodach Mikołajka i jego szkolnych kolegów. Tom zawiera osiemdziesiąt niepublikowanych dotąd historyjek ilustrowanych zabawną i niezapomnianą kreską Sempégo. Zapraszamy na spotkanie z Mikołajkiem, Rufusem, Alcestem i ich kolegami, których perypetie rozśmieszają kolejne już pokolenie czytelników.
Książka otrzymała wyróżnienie główne w konkursie Dziecięcy Bestseller Roku 2005.
Książka objęta patronatem Merlin.pl
Nowe, ale nie całkiem
(2010-01-31)
Jerzy
Lengauer
Więcej o recenzencie
Po mniej więcej 20 latach wracają przezabawne, ironiczne, złośliwe historie, opisywane na paru kartkach, przyozdobionych równie zabawnymi, komiksowymi rysunkami. Pierwszy raz, bo przecież poprzednie cztery książeczki to wydawnictwa po sto kilkadziesiąt czy z jednym wyjątkiem dwieście kilkadziesiąt stron, mamy 80 opowiadań na prawie 600 stronach, zmieszczonych w 10 rozdziałach. Prawie na każdej stronie towarzyszy czytelnikowi rysunek. Czasami to Mikołajek w przeróżnych pozach, czasami wyjątki ze scenek obrazujących opowiadaną historię. W historiach znajdujemy dialogi kilkuletnich, pewnie niespełna 10-letnich uczniów, odzwierciedlające dziecięce pojmowanie świata. Widzimy tatę Mikołajka – drobnomieszczańskiego pracownika biurowego, nerwowego, kłótliwego, trochę nierozumiejącego dzieci, jakby z niezamierzonym do nich dystansem. Miejscami bardzo śmiesznego, miejscami dającego wiele do myślenia dorosłym czytelnikom, którzy mogą w tej zamierzonej ironii zobaczyć siebie. Mamy znowu tych samych sąsiadów, opiekunów szkolnych, dyrektora szkoły, postacie kobiece – mamę Mikołaja, nauczycielki. Z kart książki dobywają się dziecięce krzyki, dąsania, kłótnie. Fabuła i humor konstruowane są na zasadzie przeciwieństw. Pokazana są z wielkim wdziękiem relacja, ba! wojna społeczna i rodzinna! Między sąsiadami, pracownikiem a szefem, teściową a zięciem. Stąd wyciągane są i oprawiane humorem, żartami złośliwe dialogi, komentarze, bardziej rozumiane i doceniane przez dorosłych czytelników niż dzieci. Mamy pana Blédurta (z żoną, chociaż to nie ona jest „główną atrakcją” wzajemnych stosunków obu rodzin), państwa Courteplaque – nowych sąsiadów z córką Jadwinią, o której Mikołajek mówi, że nie jest tak fajna jak chłopaki, ale się z nią ożeni, jest szef taty Mikołajka – pan Moucheboume, jest pan Cazalés, korepetytor, pani Navarin, zastępująca „naszą panią”. Goscinny daje też szeroki obraz powojennej, małomiasteczkowej Francji. Zwyczajów prowincji z drobnymi sklepikarzami, powstającymi domami towarowymi, dorabianiem się mieszczaństwa, wyjazdów na wieś, ulicznymi lodziarzami, policjantami pilnującymi porządku na ulicach, wesołymi miasteczkami… Pokazuje nie koedukacyjną szkołę, z czwartkiem wolnym od nauki. Trudno streszczać wszystkie opowiadania z tomu. Wiele rzeczy jest powtarzalnych. Oczywiście koledzy Mikołaja, zachowania ich i rodziców. Przez tę powtarzalność Goscinny buduje humor, który nie nudzi. Przedstawianie tych samych postaci z tomu na tom jest zabawne, nie nudne. Można ciągle czytać wyjaśnienia Mikołajka, że Rosół to nasz opiekun, nazywany jest tak, bo wciąż mówi: „Spójrzcie mi w oczy”, a na rosole są oka; że Alcest ciągle je; że Gotfryd ma bardzo bogatego tatę; że tata Rufusa jest policjantem; że Ananiasz nosi okulary i przez to nie można go bić i tak dalej. Ale powtórzenia z tomu na tom, z opowiadania na opowiadanie mają nową scenerię. Pisarz przenosi nas do cyrku, restauracji, zoo, pociągu. I do wielu innych miejsc, w których bohaterem jest zawsze Mikołajek, opisujący szaleństwa swoich kolegów i dostrzegający swoim dziecięcym wzrokiem śmieszne zachowania i pozy dorosłych…
(4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji