Inni klienci oglądali również...
Pełny opis produktu: On An Island
Średnia ocena z 42 recenzji
(Dodaj własną)
- Wykonawca:
-
David Gilmour
- Firma fonograficzna:
-
EMI Music Poland
, 2006
- Nr katalogowy:
- 3556952
- Sprawdź inne tytuły:
-
David Gilmour
On An Island to nowy solowy album Davida Gilmoura, znanego z zespołu Pink Floyd. Znajdziemy tutaj zbiór piosenek i utworów instrumentalnych napisanych przez samego Gilmoura oraz Polly Samson. Gilmour w mistrzowski sposób łączy na On An Island muzykę ludową, jazzową, orkiestralną i rockową, splatając je ze sobą w spójną całość za sprawą swojej lirycznej gitary. Szczególnym smaczkiem płyty są napisane przez Zbigniewa Preisnera orkiestracje oraz udział w produkcji Phil Manzanera z Roxy Music. Wśród specjalnych gości pojawiają się tutaj również wokaliści David Crosby i Graham Nash, grający na rogu Robert Wyatt, wiolonczelistka Caroline Dale oraz grający na organach Hammond Richard Wright z Pink Floyd. Do nagrania albumu zaproszony został również czołowy polski pianista jazzowy i kompozytor - Leszek Możdżer. Płyta objęta patronatem Merlin.pl
| Posłuchaj utworów: |
| 1. Castellorizon |
|
| 2. On An Island |
|
| 3. The Blue |
|
| 4. Take A Breath |
|
| 5. Red Sky At Night |
|
| 6. This Heaven |
|
| 7. Then I Close My Eyes |
|
| 8. Smile |
|
| 9. A Pocket Full Of Stones |
|
| 10. Where We Start |
|
- On An Island
- Wykonawca:
-
David Gilmour
Jasna strona księżyca
(2007-06-20)
Piotr
Balkus
Więcej o recenzencie
Trzecia solowa płyta członka legendarnej grupy Pink Floyd Davida Gilmoura stawia pod znakiem zapytania sens dalszego wypatrywania pretendentów do płyty roku 2006. Album "On An Island" to muzyka z księżyca. A raczej z jego jasnej strony. Jeśli ktoś uwielbia psychodelię Dark Side Of The Moon, tyle, że jakby złagodzoną, to coś dla niego. 12 pieśni o zdecydowanie melancholijnym zabarwieniu z jednym wyjątkiem. Ponad 70 minut muzyki, która rozpłynie się w waszych uszach szybciej, niż czekolada Milka w ustach. To statystyki. Reszta jest spełnieniem. Płyta powstawała w studiu artysty, które mieści się w jego domu, na... barce. Rzeczywiście, melodie na "On An Island" zdają się płynąć i płynąć. Wystarczy posłuchać tytułowej kompozycji, najlepszej - to złe słowo - najbardziej porażającej. Ale nie tylko. Gdzieś w środku płyty z pewnością przytakniemy stwierdzeniu, że album brzmi jak ścieżka dźwiękowa do jakiegoś fantasmagorycznego filmu z zachodem słońca nad morzem w roli głównej. Zresztą nie dziwota - instrumentacją nowego materiału Gilmoura zajął się Zbigniew Preisner. A jeśli usłyszycie gdzieś kojący dźwięk fortepianu, to będzie to sprawką Leszka Możdżera. Zagrał on w dwóch tematach z tego zestawu. Czy mogło być piękniej...? Wszystkim, którzy czekają na nowe nagrania Pink Floyd, ta płyta będzie osłodą, ale i wzmoży apetyt na nie. Myślę, że gdyby usłyszeć tu perkusję Nicka Masona, bas Richarda Wrighta i głos Rogera Watersa, śmiało można by powiedzieć "Pink Floyd - Reaktywacja". A co do rozdzielania gwiazdek - 11 na 10.
(1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Dużo pięknej muzyki
(2006-11-14)
Michał
Smoczynski
Więcej o recenzencie
Na początku płyta wydała mi się trochę bez życia, może trochę smutna, zabrakło mocniejszego uderzenia. Pomyślałem, że chyba zestarzał się Gilmour. Jednak wracałem do niej i zrozumiałem, że owszem, zestarzał się, ale słowo to zmieniło dla mnie znaczenie. Zestarzał, znaczy stał się mądrzejszy, dojrzalszy, szczęśliwszy, trochę melancholijny. W końcu wszyscy starzejemy się i z wiekiem trochę zmieniają się nam preferencje. Coraz częściej zastanawiamy się nad życiem i wpominamy przeszłość. Mnie to wyjątkowo odpowiada (chyba starzeję się z Gilmourem), zrozumiałem, że chyba coraz mniej przemawiają do mnie wesołe beztroskie piosenki, że ta płyta jest dla mnie, jak wszystko, co stworzyli Pink Floyd. Jest to płyta dojrzała, mądra, daje nam dużo ciepła, dużo pięknie nagranej pięknej muzyki w równie pięknym opakowaniu. Odnajdziemy tu echa Pink Floyd z najlepszych czasów ("The Blue" brzmi prawie jak "Us And Them"). Nie można oczekiwać od Davida Gilmoura, aby nagrał nową "Dark Side", to jest niemożliwe. To już się nie wydarzy. Ale trzeba się cieszyć, że taka płyta (mająca dużo wspólnego z Pink Floyd) pojawia się w dzisiejszych czasach, kiedy ciężko o dobrą muzykę. Absolutnie polecam.
(6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Na jedną nutę z Gilmourem
(2006-04-29)
Winix
Więcej o recenzencie
Świat muzyczny oszalał, gdy po Internecie rozeszły się pierwsze plotki o rzekomych pracach Davida Gilmoura – uznawanego za jednego z najwspanialszych gitarzystów w historii rocka – nad materiałem na nowy album, mający ukazać się pod szyldem legendarnej formacji Pink Floyd. Z początku podejrzewano nawet, że do projektu przyłączy się sam Roger Waters... Płonne były to nadzieje, szybko okazało się, że nie będzie nowego Floyda, będzie za to nowy Gilmour. Nie stanęło to oczywiście na przeszkodzie nadania krążkowi status jednego z najbardziej wyczekiwanych albumów ostatnich lat. Dzień rozrachunku nastał 6 marca 2006 roku, w 60 urodziny Davida Gilmoura oraz oficjalną datę premiery materiału. „On An Island” na pewno nie zaskoczy zaznajomionych z muzyką Pink Floyd pod rządami Davida Gilmoura, gdyż klimatycznie nie odbiega on od ostatniego premierowego krążka grupy - „The Division Bell” (1994). Jak przystało na Gilmoura jest bardzo sentymentalnie, spokojnie, melodyjnie i ciepło. Muzyka płynąca z głośników przez ponad pięćdziesiąt minut tworzy nieomal utopijny świat pełen wspomnień z dzieciństwa i radości dnia codziennego, szkoda tylko, że wszystko to cukierkowate i gdy się głębiej wsłuchać, sprawia wrażenie strasznie sztucznego. Szkoda również, że muzyka miast przykuwać uwagę i szarżować na pierwszym planie już po kilkunastu minutach staje się tłem do codziennych zajęć i zanika w natłoku innych czynności. Zaczyna się od mocno progresywnego intra „Castellorizon”, by zaraz zalać nas dźwiękami zdecydowanie najpiękniejszego utworu z płyty, tytułowego „On An Island”. Jest też wyśmienite, przywodzące na myśl pierwszą płytę Floydów i utwór „Astronomy domine”, mocno space-rockowy „Take a Breath”; bluesowy „This Heaven”; przepiękne, instrumentalne „Red Sky At Night” (Gilmour na saksofonie wbrew temu, co wypisują niektórzy recenzenci wypada wyśmienicie i kojąco wpływa na zaśmiecony codziennymi sprawami umysł) oraz „Then I Close My Eyes”. Jest też bardzo ciekawy „A Pocketful Of Stones” z Możdżerem na pianinie i sielankowy „Smile” z przepięknym połączeniem wokalizy Polly Samson (prywatnie żony Gilmoura) z jak zwykle rewelacyjnie brzmiącymi organami Hammonda i solówką na gitarze akustycznej. Płyta jest po prostu śliczna, niestety równie śliczna, co schematyczna i przewidywalna. „On An Island” zdaje się być produktem, który tworzy uczuciowe ciepło przez wyrachowane i perfekcyjne odegranie utworów – niby sprzeczność, lecz w przypadku Gilmoura całkiem na miejscu. W kompozycjach Davida nie ma miejsca na instrumentalne szaleństwa, nawet solówki niby pełne uczuć, ale odegrane jakoś tak zimno. Szkoda również, że Gilmour zapraszając do współpracy nad krążkiem takich tuzów, jak Graham Nash, Richard Wright, Leszczek Możdżer czy Guy Patt nie dał im pola do zaprezentowania siebie, a jedynie kazał odegrać lub odśpiewać napisaną wcześniej muzykę. Trochę to nie fair, a jednocześnie słychać, że „On An Island” to płyta w każdym calu perfekcyjna, lecz przez to dziwnie oschła. Jak już powiedziałem, album zdaje się być mieszanką wyrachowanego zimna z uczuciowym ciepłem - nie potrafię użyć innego określenia. Jest rockowo, bluesowo, momentami progresywnie, na pewno sentymentalnie i spokojnie. Jedynie najlepsze określenie „On An Island” jakie w tej chwili mi się nasuwa to bez zbędnego słowolejstwa - śliczna. Solowy album Davida Gilmoura jest śliczny – tylko śliczny czy aż śliczny, to już pozostawiam pod osąd słuchaczy, którzy w krążek powinni się zaopatrzyć, bo kawał to wartej przesłuchania, pięknej muzyki. Pink Floyd może nie ma w tym wiele (ale nierozważnie było sądzić, że lider legendarnej formacji stworzy coś na miarę Pink Floyd i podpisze to własnym nazwiskiem), jest za to Gilmour, jego ciepłe gitarowe solówki, przepiękny wokal... i szczypta nudy.
(5 z 9 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Mam tę płytę od kilku dni
lidka
Czytałam recenzje, były różne - że Gilmoir nie wymyślił nic nowego, że płyta nudna itp. Kupiłam, przesłuchałam raz, potem drugi, trzeci. W pokoju panuje ciemność, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że leżę gdzieś na piaszczystym brzegu małej wyspy. Patrzę na gwiazdziste niebo, a muzyka Gilmoura delikatnie otula mnie do snu.
Płyta piękna.......
(1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Przeczytaj wszystkie recenzje
(42)