Nastrojowe studium psychologiczne, dramat samotności i bezradności dwojga ludzi niezdolnych do podjęcia próby wspólnego życia. Film eksperymentalny, o konstrukcji fabularnej, zrealizowany w warunkach amatorskich. Młody mężczyzna i dojrzała kobieta spotykają się na bezludnej plaży. Samotni, naznaczeni piętnem wojny i osobistych dramatów nie potrafią - mimo prób - znaleźć drogi do siebie.
Doskonałe, wyjątkowe dzieło zalążków kina autorskiego w Polsce
(2007-07-23)
Katarzyna
Wojtkowiak
Więcej o recenzencie
Tadeusz Konwicki to twórca wybitny, a jego kino nie należy do prostych w odbiorze. „Ostatni dzień lata” powstał w roku 1958r., nie ma tu efektów specjalnych, wartkiej akcji, ani innych, temu podobnych, dziwności. Jest za to teatr dwojga aktorów, naturalna, nadmorska scenografia, a zamiast uciech wizualnych – zaproszenie do refleksji. To kinematograficzne przedstawienie, dopracowane od samego początku do końca, ugruntowane wspaniałymi rolami Ireny Laskowskiej i Jana Machulskiego, dopełnione muzyką Adama Pawlikowskiego.
„Było rozdarcie, nienawiść, niechęć wzajemna i grymas. Był zaułek ślepy i płaskie twarze murów, dziobate od salwy. Wywalani z bydlęcych wagonów, stado pędzone razami i rykiem... a obok tylko łapy psów... łapy psów... łapy psów...” - tymi słowami zaczyna się podróż w świat samotności, bycia porzuconym i porzucania, w świat pustki, która jest nieodłącznym towarzyszem kondycji ludzkiej. Ten początkowy monolog rozgrywa się na tle pustej sceny, zanim jeszcze pojawi się obraz tytułowy, nie ma bohaterów, nie ma nawet nazwy - jest granicą między przeszłością a teraźniejszością, wprowadzeniem do problematyki filmu. Jest odbiciem przeżyć bohaterki, które zaważą na jej późniejszym życiu.
Bohaterowie są naznaczeni piętnem, prawdopodobnie wojny, chociaż nie jest to nigdzie jasno powiedziane. On imał się najprzeróżniejszych zajęć, teraz – jak mówi – nie ma nic i nie wie, jak będzie, ma „już 28 lat” i chociaż jest teraz jak dziecko, to „goryczy i jadu w nim tyle, co u starej małpy”. Ona wydaje się dużo starsza, sama jednak przyznaje się do tego, że jest prawie jego rówieśnicą. Wszystko ich łączy, wszystko dzieli, o piętnie przypomina leitmotiv - przelatujące co chwilę samoloty. „Wszyscy jesteśmy jak dzieci, jak głupio oszalałe dzieci”. I nie ma już odwrotu, koniec musi być właśnie taki, „to ostatni dzień mojego lata” - mówi bohaterka. Lato może być tu wszystkim, ale wiadomo na pewno, że po nim nie będzie już nic. To dzień ostatni, nic go już nie zatrzyma, nawet namowy na pozostanie, nawet miejsce, w którym mieliby zbudować swój dom. Ona nie potrafi już niczego budować, i nie chce, nie jest już taka młoda. On dzięki niej jest teraz wystarczająco bogaty, ale nie ma nic, a przecież „zdechłby dla niej”. Ona szuka go w wodzie, ale czy tam właśnie poszedł? Woda jest początkiem... czy może być jednak początkiem bez końca?
(4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji