Jedna z lepszych plyt Ozziego :) Cz.1
(2005-05-25)
Robert
Węgrzyniak
Więcej o recenzencie
Ponad półtora roku po ukazaniu się rzekomo ostatniego albumu Ozzy'ego - "Live And Loud" - pan Osbourne ogłosił światu, że nie potrafi żyć bez muzyki i wraca do śpiewania. Wzbudziło to ogromne zdziwienie i zamieszanie w światku muzycznym, wielu fanów było wściekłych i niezadowolonych z decyzji Ozzy'ego (nie na długo), ale skoro MJ mógł wrócić do koszykówki i nadal wygrywać wszystko to, co było do wygrania, to czemu OO nie mógłby wrócić do muzyki? Tym bardziej, że po długiej kuracji raz na zawsze pozbył się on problemów z alkoholem i narkotykami...
Pracę nad nowym albumem Ozzy rozpoczął wraz z wirtuozem gitary Stevem Vai. W bardzo krótkim okresie napisali razem ponad 40 piosenek i kiedy wszyscy byli przekonani, że to właśnie Vai zagra na gitarze na nowym albumie, na horyzoncie pojawił się facet, którego przedstawiać nie trzeba - Zakk Wylde. Kiedy tylko dowiedział się, iż Ozzy nagrywa nowy album, porzucił własny zespół Pride & Glory, aby po raz kolejny wspomóc swojego Mistrza. Ozzy chciał, żeby Zakk i Steve wspólnie nagrali partie gitarowe, jednak nie zgodziła się na to wytwórnia i w tej sytuacji pozostał tylko Wylde. Po wielu długich i ciężkich negocjacjach Ozzy namówił do wzięcia udziału w sesji nagraniowej Geezera Butlera i Deena Castronovo. Skład zespołu prezentował się więc imponująco, a nie możemy jeszcze zapominać o Ricku Wakemanie, który nagrał partie klawiszy.
Imponujący jest też sam album. Po raz kolejny Ozzy zaskoczył wszystkich, efekt końcowy przerósł bowiem najśmielsze oczekiwania najwierniejszych fanów... "Ozzmosis" jest zdecydowanie najlżejszym i najspokojniejszym albumem Osbourne'a, a jednocześnie najbardziej osobistym i melancholijnym. Podobno w czasie trwania sesji nagraniowej Ozzy poważnie zachorował, a jeden z lekarzy źle postawił diagnozę i przepowiedział rychłą śmierć króla heavy-metalu. Znalazło to odbicie w bardzo smutnych, lecz jednocześnie pięknych tekstach poświęconych żonie ("I Just Want You", "See You On The Other Side"), synowi ("My Little Man") i córce (odrzut z albumu "Aimee"). Pozostałe teksty, może z wyjątkiem "Perry Mason" i "Ghost Behind My Eyes" to opowiadanie Ozzy'ego o samym sobie, swoim "wnętrzu" i charakterze.
Warto zwrócić uwagę na niezmiennie doskonałą formę wokalną Ozza. Mimo 47 lat na karku, jego głos wciąż robi ogromne wrażenie. Słychać, że ten facet po prostu się nie starzeje i śpiewa z takim samym zaangażowaniem i energią jak 25 lat wcześniej na pierwszym albumie Black Sabbath. Natomiast, jeżeli chodzi o instrumentalistów, Zakk tradycyjnie trzyma bardzo wysoki poziom, a Geezer (którego bas ma zaskakująco dużo "do powiedzenia") i Deen po prostu nie są w stanie zagrać słabo czy schrzanić utworu.
Album zaczyna się mocnym uderzeniem - utworem "Perry Mason". Jest to świetny "kawałek" z cudownym klawiszowo-gitarowym wstępem, doskonałym melodyjnym riffem i rewelacyjnym refrenem. Tradycyjnie Zakk popisuje się świetnym solem, a Ozzy pełnym energii i czadu wokalem. Z mocniejszych kawałków mamy jeszcze równie udany "Thunder Underground" z superciężkim thrashowym riffem i kolejnym łatwo wpadającym w ucho refrenem oraz równie "ciężki", chociaż już nie tak porywający, "My Jekyll Doesn't Hide" z hendrixowskim poczatkiem, bardzo fajnym riffem i jedną z najlepszych (a na pewną najlepszą na "Ozzmosis") solówek Zakka.
(2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji