Arcydzieło przepalone chłodem
(2010-10-18)
Carlos696
Więcej o recenzencie
Pewnie się narażę, lecz osobiście uważam „Pornography” za najwybitniejszy album zimnofalowy w historii. Zaznaczam także, że ci, których zachwyciło piękno „Disintegration”, bezpretensjonalność „Boys don’t cry” bądź „Friday I’m love” niewiele znajdą na tej płycie dla siebie. Beznamiętna, niemal plemienna perkusja (aż dziw, że to żywy instrument, a nie automat perkusyjny) wita słuchacza w „One hunred years” i nie opuszcza go aż do schizofrenicznego utworu tytułowego, brzmiącego niczym ścieżka dźwiękowa najmroczniejszych snów Davida Lyncha. Niejednoznaczne teksty Roberta Smitha tylko podsycają tę mroźną, wrogą atmosferę. Zaledwie osiem utworów, lecz starcza w zupełności, by popsuć sobie wieczór. I to nie zarzut. „Pornography” z założenia jest albumem wrogim, agresywnym, depresyjnym. Wspomniana perkusja, minorowe ściany syntezatorów, minimalistyczny bas, i płaczący głos Smitha budują iście katatoniczny nastrój, potrafiący skutecznie przekonać słuchacza, że nie wszystko wokół niego jest takim, jakim być powinno. A już przedostatni utwór, nazywający się nomen omen „Cold”, to po prostu „akademicki” przykład nurtu cold wave. Album ten, w przeciwieństwie do innych płyt The Cure, nie posiada charakterystycznej introdukcji oraz wyraźnego finału. Rozpoczyna się gwałtownie, sunie przez 45 minut niczym wóz pancerny w noc grudniową, i równie gwałtownie się kończy, pozostawiając po sobie niepokój i chłód. Arcydzieło, którego nie da się chyba do końca polubić.
(2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji