Prawie trzy lata upłynęły od wydania poprzedniej płyty Ghost'a. Jego czwarty solowy album, "Pretty Toney", którego produkcją zajęli się m.in. RZA i K-Def, nie prezentuje zasadniczych zmian, ale nosi wyraźne piętno nieprzeciętnej osobowości autora.
Od debiutu w 1996 r. ("Ironman"), przez "Supreme Clientele" z 1998 i "Bulletproof Wallets" z 2001, Ghost wydaje jedynie znaczące i ambitne płyty. Jeśli dodać do tego jego aktywność w galaktyce Wu Tang Clan i udział w powstawaniu hitów tej formacji, nie sposób nie zgodzić się z opinią określającą go jako "najbardziej kreatywnego czarnucha w grze". A jest to jego własna opinia...
Hardcore rap
(2006-08-26)
Michał
Cieślak
Więcej o recenzencie
Płyta jest naprawdę dobra. Momentami nawet bardzo. Chodź przyznać muszę, że sięgając po nią pełen byłem jak największych obaw. Powód? "Bulletproof Wallets", poprzedni album artysty, jest dla mnie jedną z najgorszych płyt wydanych z logo Wu. W "The Pretty Toney Album" Ghostface (nowa, skrócona ksywka) wznosi się, może nie na wyżyny, ale na pewno na wyższy pułap swoich umiejętności. Płyta, w jej większej części, podobna jest bardzo do "Supreme Clientele", co bardzo cieszy, gdyż ta ostatnia to bardzo solidne dzieło. Interesujący jest już sam pomysł na intro - koncepcja konferencji prasowej, na której Ghost bombardowany jest pytaniami przez dziennikarzy, mnie przynajmniej, bardzo przypadła do gustu. Fanów Clanu uspokaja na pewno stwierdzenie artysty, że na razie każdy z członków pracuje nad swoimi solowymi projektami, ale niedługo wszyscy razem powrócą, aby wspólnie "zmiażdżyć" świat. Czy tak będzie? Zobaczymy... Chodzą słuchy, że Wu mają wydać jeszcze jeden album jako zespół. Na razie skupmy się jednak na solowym przedsięwzięciu Ghosta... Na początku, zaznaczyć trzeba, że większość kawałków jest bardzo "Ghostface'owa". Co to oznacza? To, co wszyscy znamy z "Supreme Clientele". Melodyjne, bujające bity (takie jak np. w "Ghost Deni" czy "Supermodel") z dużą ilością sampli, znakomicie łączące się z głosem artysty. Na początek mamy bardzo solidny "Biscuits" z gościnnymi rymami Trife'a. Ciekawostką jest to, że utwór o tym samym tytule na swoim debiucie zamieścił Method Man (jak się okaże w dalszej części tekstu to nie jedyny taki zabieg Ghostface'a na tym albumie). Nad "Kunta fly shit" przechodzę raczej obojętnie, za to track nr 4 to pierwszy hit - "Beat The Clock" ze znakomitym podkładem. W kolejnym numerze usłyszymy Styles P. i Sheek Louch'a. "Metal Lungies" to kawałek jeszcze lepszy niż poprzedzający go utwór. Niespokojny, zapętlony podkład buduje niepowtarzalny nastrój. W obu tych trackach (4 i 5) słyszymy Ghosta w formie z "Ironman", do któregoś z nich musi powstać teledysk... Następnie mamy skit, podczas którego Ghost kąpie się z pewną panią (już chyba gdzieś to słyszeliśmy...), następnie mamy solidny "Save Me Dear" - utwór o "Kim, who lived in Shaolin [...]". Kolejny numer to "It's Over". Rozpoczyna się od słów: "Back in 1995 when I was juggling beaches [.]", piszę o tym celowo - dlaczego? O tym za chwilę. Kolejny skit to "Keisha's House", po którym mamy bardzo dobry, dynamiczny "Tush" z gościnnym udziałem Missy Elliott. Muszę przyznać, że kiedy usłyszałem ten numer po raz pierwszy (a w zasadzie zobaczyłem w TV teledysk - płyty jeszcze nie znałem) byłem mocno zdegustowany. Ale z każdym kolejnym słuchaniem/oglądaniem coraz bardziej się do tego utworu przekonywałem, ostatecznie doceniając jego wartość. Potem mamy cztery solidne numery i dwa skity. Nie opisuję każdego z osobna, bo choć są one dobre żaden z nich nie może się równać z tymi najlepszymi. Najmocniejszy akcent tego krążka to, dla mnie, numer przedostatni "Run" (czyżby ukłon w stronę Cappadonny, który tak samo zatytułowany utwór zamieszczony na swojej debiutanckiej płycie?) z gościnnym udziałem Jadakissa. Motyw w podkładzie podobny trochę do "Beat The Clock" (w obu zsamplowany jest dźwięk syreny policyjnej). Chodź nie specjalnie przepadam za Jadakissem to z Ghostem stworzyli najbardziej wybuchowy numer tego wydawnictwa. Totalny brylant na tej płycie, kawałek jak ze "złotej ery WU". Gorąco polecam!!! Wszystko kończy bardzo spokojny "Love" (coś w stylu "All I Got Is You" z "Ironman"), w którym gospodarzowi pomagają jeszcze Musiq & K. Fox. Na koniec napisać muszę o jednej rzeczy, która obniża poziom płyty. Chodzi o teksty... Ghost stał się, niestety monotematyczny... Zbyt dużo rymuje o imprezach i o tym ile zbałamucił panienek, za mało skupiając się, jak dla mnie, na tematach poważniejszych. Płyta dostaje ode mnie ocenę 4. A szkoda, bo mogłaby spokojnie mieć 5...
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji