Koszyk pusty
- polecamy
-
- Prostowanie zwojów okładka miękka
- cena: 27,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Koszyk pusty
Chcę otrzymywać korespondencję o pozycjach tego autora.
Nie wybrałeś żadnego wariantu produktu!
Zrób to zmieniając przy towarze, który chcesz kupić liczbę sztuk z "0" np. na "1".
Ocena klientów. Nadesłano 1 recenzję (Dodaj własną)
Mariusz Szczepaniak Więcej o recenzencie
Rozdawnictwo nam się szerzy. Byli już tacy, którzy rozdawali równość, braterstwo i powszechne nieróbstwo, więcej snopowiązałek i wystarczającą ilość sznurka w czasie żniw, kolejni serwowali drugą Japonię, ktoś dawał obywatelom po sto tysięcy, teraz dają darmowe kredyty i każdemu jego Everest. O ile czas zdemaskował oszustów - zamiast Japonii mamy kartę stałego klienta do kolejnych Rzeczypospolitych, zamiast stu tysięcy denominację i obligacje, żyjemy na kredyt... zaufania do kolejnych rządów - o tyle w podświadomości nam się kołacze, że niezależnie od zakrętów historii i kondycji Rzeczypospolitej, zawsze znajdzie się miejsce na swój własny Everest. Mam złe wieści. Po pierwsze Everestu nie ma. Po drugie prawie jest to niemożliwe do wykazania w prostych wojskowych słowach, a obalanie tego kanonu w atmosferze społecznego braku zaufania do wszystkiego, jest porywaniem się z motyką na słońce. Szczęśliwie naszą codzienność i szeroko pojęty alpinizm łączy znaczeniowy dualizm trafnie zdefiniowany paralelą o codziennej wspinaczce. Wymowność pojęcia "codzienna wspinaczka" pozwala mi - bez porywania się z motyką na słońce - na przeprowadzenie dowodu nie wprost tj. analizę dziedziny sportu, aby na koniec (nie gwarantuję, że się uda) wystawić świadectwo człowieczej doli, nie tak znów szlachetnej, jaką chcieliby ją widzieć spekulujący Everestem dla każdego. "Prostowanie zwojów" w moim przekonaniu nadaje się do tego wybornie, dlatego, że przeczy istnieniu Everestu w całej rozciągłości. Rzecz, bowiem traktuje o bezmyślnych szczeniakach, próbujących zmontować uprząż z "pampersa", o młodych lwach wspinających się na grożące zawaleniem kominy i słupy celem wyrwania paru stówek na niedzielny wypad w góry, o ofermach z "worami pełnymi profesjonalizmu", którym brakuje wyobraźni, aby przypiąć się tasiemką do plecaka w eksponowanym terenie. Ponadto listę zapełniają indywidua oderwane od swych codziennych praktyk, wyssane z korporacyjnych fabryk, biur i urzędów. "No istny kicz", parada oszołomów, idiotów i amatorów przekonanych o wyższości wspinaczki nad żeglarstwem i zbieraniem znaczków. I że niby z takich rekrutują się ludzie gór. Cóż... właśnie z takich, zwyczajnych ludzi niepozbawionych czysto fizjologicznych reakcji w obliczu strachu i rozstroju żołądka, wypranych z patosu bluźnierców porozumiewających się inwektywami, bez balastu techno bełkotu, dosadnie, by zostać w mig zrozumianym. Czy wspinaczka z ludzką twarzą przeczy istnieniu ideału? Jeszcze nie, ale piedestał już się chwieje. Obalają go dopiero ludzie, którzy żyją rytmem kolejnych wypraw. Ci wszyscy górscy weterani, himalaiści przez duże "h, herosi alpinizmu itd. Większość z nich Everest ma już za sobą. "W tej sytuacj"i to już pozostało tylko przykryć się prześcieradłem i powoli pełznąć w kierunku cmentarza" jak mawia moja żona. Jeśli zaś Everest to mrzonka, cel doraźny, po którego osiągnięciu pozostaje próżnia o gorzkim smaku, staramy się ją jak najszybciej wypełnić treścią. I na to wskazuje. Oni bowiem nie przerywają ataku, podejmują kolejne wyzwania. I kółko się zamyka. Ktoś powie: "Fantastycznie. Kilka sztuczek retorycznych, aby dowieść, że kręcimy się w kółko, a Don Kichoci kultywujący miazmaty o postępie karmionym wiarą w Everest są idiotami. Teraz dopiero słowa pańskiej żony nabierają właściwego znaczenia". Co począć w tej sytuacji? W "Prostowaniu zwojów" jest odpowiedź. Gdyby jej nie było, należałoby Tomka Hreczucha umieścić w antologii science fiction, nie w cyklu literatury górskiej na świecie. Tylko nie możemy dać się ponieść lapidarności stylu, lekkości pióra, kpinie z domieszką samokrytycyzmu czy dowcipowi, czasem ocierającemu się o prostackie skatologiczne skojarzenia, bo odpowiedź tkwi w "wężykach" - charakterystycznych formach edycyjnych rozpoczynających każdy rozdział - zwanych przeze mnie epitafiami dla alpinizmu. "Znajoma tydzień temu opłynęła świat we własnoręcznie wyciosanej łodzi, kolega właśnie wszedł bez tlenu na Everest. Głosy ambiwalentne słyszę w sobie i zazdroszczę doświadczeń rozmachu i cieszę się, że potrafię już bez nich żyć". To jest odpowiedź a zarazem dowód, że autor-alpinista żyje świadomie. To znaczy jak? Świadomie dźwiga ciężar swoich wyborów. Czerpiąc siłę z tej wiedzy, idzie naprzód nie pozwalając się przygnieść. Rozumie swoje ograniczenia, "mierzy siły na zamiary", co w końcowym rozrachunku nie przeszkadza "atakowaniu celów na granicy swoich możliwości". Czy nie odnosicie Państwo wrażenia, że w jednakowym stopniu dotyczy to ojców i alpinistów, żon i himalaistów, polityków i filatelistów?
(2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji

























