Carl Brashear nie pozwala, aby cokolwiek stanęło na drodze, którą obrał by zrealizować swoje marzenia. Syn rolnika z Kentucky opuszcza dom co wydaje mu się szansą na lepsze życie. "Nigdy się nie poddawaj...zawsze bądź najlepszy" te słowa powtarzał mu jego ojciec tak długo, że na zawsze wryły się one w serce Carla. Zanim zostaje przyjęty do połączonych na nowo służb Marynarki Wojennej, pisze setki listów z prośbą o zakwalifikowanie go do specjalnego programu szkoleniowego dla nurków. Kiedy zostaje w końcu przyjęty jego trenerem zostaje Billy Sunday, który nie jest niestety przyjaźnie nastawiony do nowego, czarnoskórego kursanta. Próbuje zrobić wszystko, aby Carl poddał się i zrezygnował ze szkolenia, Carl ma jednak twarde postanowienie i za wszelką cenę zamierza ukończyć kurs.
"Men of Honor" zainspirowany został prawdziwą historią życia Carla Brasheara. Jego podróżą do niebezpiecznego świata morskich głębin. Jest opowieścią o determinacji, braterstwie i przyjaźni.
Film o małym kroku dla nurka, lecz wielkim skoku dla ludzkości
(2007-06-28)
Błażej
Bierczyński
Więcej o recenzencie
W 26 lipca 1948 r. prezydent Harry Truman ogłosił desegregację armii USA. Trzy lata wcześniej czarni żołnierze wracali z frontów II wojny światowej z pytaniem, czy ich udział w tym konflikcie cokolwiek zmieni w społeczeństwie amerykańskim, czy znikną krzywdzące stereotypy, uprzedzenia, dyskryminacja. I choć o sukcesach np. słynnych czarnych pilotów z Tuskegee pisały z dumą gazety nawet na tzw. "Głębokim Południu", to rzeczywistość okazywała się często niezmieniona, a w wielu wypadkach biali Amerykanie, w tym także wojskowi, chcieli zachować "antebellum status quo". Z niechęcią przyjęli oni fakt desegregacji sił zbrojnych i w codziennym życiu nie mieli najmniejszego zamiaru się do tego dostosowywać. Co więcej, chcieli uświadomić każdemu "czarnuchowi", że jego miejsce jest w kuchni, a narzędziem jest nie karabin, a najwyżej miotła. Jednak nawet ich najtwardszy konserwatyzm nie mógł powstrzymać Afroamerykanów przed wstępowaniem do wojska, realizacją planów i marzeń. I o tym mówi właśnie film "Siła i honor". A mówi na przykładzie losów Carla Brasheara, pierwszego czarnoskórego nurka w US Navy, a także pierwszego nurka przywróconego do służby czynnej po amputacji nogi. Z jednej strony więc jest to film biograficzny, choć oczywiście pewne rzeczy uproszczono lub skrócono (np. postać Billy'ego Sundaya, instruktora ze szkoły nurków, łączy w sobie osoby kilku instruktorów, z którymi Brashear miał do czynienia), ale przede wszystkim należy go traktować jako historię człowieka, który żyjąc w kraju wolności i demokracji, tylko z powodu koloru skóry musiał pracować dwa razy więcej niż biali, znosić ciągłe upokorzenia i próby zniechęcenia do dalszego szkolenia w marynarce; który musiał wystrzegać się najmniejszych błędów, bronić wciąż swojego honoru, pochodzenia i pamięci o przodkach i na każdym kroku udowadniać, że kolorowi nie są ani gorszymi żołnierzami, ani - przede wszystkim, gorszymi ludźmi i że to, kim się jest "w środku", a nie zewnętrzne cechy, jak kolor skóry, świadczą o tym, jakim jest się człowiekiem i czy zasługuje się na szacunek innych. To także historia absurdalnych reguł, jakie rządziły Stanami Zjednoczonymi i armią tego kraju, która wróciła właśnie z wojny z faszyzmem i która odkrywała w Niemczech dowody na to, do czego może doprowadzić rasizm. I choć film nie unika typowo amerykańskiej patetyczności, to nie razi ona tak bardzo przede wszystkim dlatego, że przy tematyce walki o honor, dumę, a także mówiąc o uprzedzeniach rasowych, trudno jest odejść od wzniosłego tonu. Dodatkowo, doskonałe, pełne pasji i profesjonalizmu aktorstwo Cuby Gooding Jr. i Roberta DeNiro usuwa w cień wszelkie ewentualne niedociągnięcia (jak choćby zbyt karykaturalne, czasem nawet komiksowe, przedstawienie dowódcy bazy szkoleniowej, Mr. Pappy'ego) czy wspomnianą patetyczność. "Siła i honor" to nie tylko porządny kawałek dobrego kina. To także kawałek historii, najczęściej nam Polakom czy ogólnie Europejczykom, nieznanej, ale bardzo ważnej dla nas wszystkich jako ludzi. Carl Brashear zmarł rok temu, w lipcu 2006 r., lecz nie zostanie zapomniany, m.in. dzięki temu filmowi. I takich obrazów jak ten, o wyjątkowych ludziach, którzy uczynili ogromny skok dla ludzkości (choćby to był fizycznie tylko mały krok po dnie morza w skafandrze nurka US Navy) powinno być jak najwięcej.
(2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji