Inni klienci oglądali również...
Pełny opis produktu: The Final Frontier
Średnia ocena z 9 recenzji
(Dodaj własną)
- Wykonawca:
-
Iron Maiden
- Firma fonograficzna:
-
EMI Music Poland
, Sierpień 2010
- Nr katalogowy:
- 6477722
- Sprawdź inne tytuły:
-
Iron Maiden
The Final Frontier będzie piętnastym albumem studyjnym Maidenów od czasu premiery w kwietniu 1980 r. To niesamowity wynik - zespół nagrywał średnio jeden album co dwa lata przez 30 lat, sprzedając w tym okresie ponad 80 milionów albumów.
Zespół połączył siły ze znanym im producentem Kevinem "Jaskiniowcem" Shirleyem na początku 2010 r. Maideni nagrali album w Studio Compass Point w Nassau, po czym przenieśli się do Las Angeles w celu dokończenia nagrania i zmiksowania ścieżek. Studio Compass Point nie jest zespołowi obce - w tym miejscu nagrali również albumy Piece Of Mind ('83), Powerslave ('84) oraz Somewhere In Time ('86).
Bruce stwierdził, że "studio miało taki sam klimat, jak w dawnych czasach i pozostało dokładnie takie samo, jak w 1983r. Nic się tam nie zmieniło! Nadal jest ta sama popsuta okiennica w rogu, na podłodze ten sam dywan - wszystko pozostało identyczne. Na początku czuliśmy się wręcz nieswojo, ale dzięki tak znajomemu otoczeniu szybko się wyluzowaliśmy i myślę, że słychać to w naszej grze oraz ogólnym klimacie albumu."
| Posłuchaj utworów: |
| 1. Satellite 15......The Final Frontier |
|
| 2. El Dorado |
|
| 3. Mother Of Mercy |
|
| 4. Coming Home |
|
| 5. The Alchemist |
|
| 6. Isle Of Avalon |
|
| 7. Starblind |
|
| 8. The Talisman |
|
| 9. The Man Who Would Be King |
|
| 10. When The Wild Wind Blows |
|
- The Final Frontier
- Wykonawca:
-
Iron Maiden
W sumie warto było czekać
(2010-09-24)
Adam
Dembiński
Zostań recenzentem Merlin.pl.Podziel się swoją opinią i zdobywaj piórka!
Więcej o recenzencie
Od wydania poprzedniej płyty IRON MAIDEN upłynęły 4 lata. Czy więc warto było czekać na „The Final Frontier”? Moim zdaniem tak. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że mamy możliwość usłyszenia IM takiego, jakiego najbardziej lubimy. Czyli grającego epickie utwory, charakteryzujące się chociażby zmianami tempa, czy też wymiennie granymi solówkami. To mamy głównie w drugiej części płyty.
Ale to wydawnictwo pokazuje nam też IM jakiego znamy trochę mniej. A więc grającego nieco surowiej i... trochę krócej. To mamy w pierwszej części albumu. Mamy też pewną niespodziankę, czyli nagranie otwierające płytę - „Satellite 15... The Final Frontier”. Tak S. Harris i s-ka jeszcze nie grali.
W moim odczuciu o tej płycie można napisać to samo, co o ostatniej płycie PEARL JAM. Nie jest to może najwybitniejsze wydawnictwo „Żelaznej Dziewicy”, ale pokazuje, że zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, i że może nas w przyszłości zaskoczyć.
(2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Znów przesunęli ostatnią granicę
(2010-09-06)
dynio
dynio
Więcej o recenzencie
Bardzo eklektyczna i epicka, nawet jak na Ironów, to płyta. To także naturalne rozwiniecie poprzedniej, niezwykle udanej płyty. Ale to dobrze, bo rożnorodnosć w ich przypadku, to siła, wielobarwność i rozwój, czyli progres (niewiele kapel z taką historią to jeszcze potrafi). I to jest słowo klucz do odbioru tej płyty. Progresywność. Coraz większy wpływ na ich muzykę ma, mający polskie korzenie, Janick Gers, a to jest jednoznaczne z nawiązaniami do lat 70-tych, strukturą utworów Led Zeppelin i szalonymi pasażami i melancholią ... Chopina (!?). Nie bez kozery tak sie lubią w ostatnich latach z muzykami z Dream Theater. "The Final Frontier" to płyta właśnie progresywna, rozbudowana i róznorodna. Pełna klasowych solówek, ironowskich galopad, ale i momentów rozbudowanych, przestrzennych oraz niespodziewanych w ich wykonaniu (jak choćby dziewiczy(!?) w ich historii i niezwykle intrygujący fragment w "The man who would be king" zagrany na dzwiękach przeciąganych na jednej strunie). Obok, można by rzecz klasycznych dla nich utworów, jak "Mother of mercy" (suuuper), "Final Frontier" (będzie co śpiewać z Brucem na koncertach, tylko po co te pierwsze cztery pulsujące, nic nie wnoszące minuty?), "Starblind" (jakby się znalazł na "Seven sons..." byłoby już klasykiem), czy "The Alchemist" (smacznie), są utowy można by rzec niespodziewane. Mam tu głównie na myśli "Isle of Avalon", gdzie jest momentami ciężko, momentami wręcz bluesowo (solówki gitarowe), czy nawet folkowo. Jimi Page byłby z tego kawałka dumny. Nieco podobnie jest na "The Talisman". Akustyczny wstęp i dalej już różnorodność i metal progresywny w czystej formie. Oczywiscie wszystkei te utwory mają niepodrabialne piętno historii i niepowtarzalnego charakteru oraz stylu grupy, więc jest coś dla tych odbiorców sprzed dekady, i dla tych sprzed dwóch i dla tych sprzed trzech. A to już wielka sztuka. Jako, że jestem z nimi od rzeczonych 3 dziesięcioleci moimi faworytami są oczywiscie ostatnie dwie perły. Dave Murray popełnił pierwszy z nich, tj. "The man who wold be king" i to słychać. To jak znak jakości. Jest pięknie, bogato i bardzo wciagajaco. Dla mnie numer jeden na "The Final...". Ostatni kawałek tego tortu, to jak zazwyczaj na ich płytach, podpis Steva Harrisa, ich szefa i człowieka, bez którego cały ten 30-letni kawał historii światowej muzyki rockowej nie miałby szans bycia. Epicki "When the wild wind blows", to coś dla smakoszy Ironów. Chociaż osobiście uważam, że do "Sign of the cross", "Aleksander the great", czy nawet "For The Greater Good Of God" lub "Acient marinera..." trochę mu brakuje. Ale ładne i wzruszające to i basta. Reasumując Harris i Gers obecnie są za sterami Maidenów, a reszta panów w wysokiej formie im pomaga. I tylko mam taką cichą nadzieje, że jeszcze to kilka ładnych parę lat potrwa, bo byłoby cholernie przykro obudzić się w rzeczywistosci bez możliwości oczekiwania na kolejny tak dobry album. Amen.
(4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Już wiem, jak to jest...
(2010-08-26)
Rychu
Więcej o recenzencie
Tak, tak, takie grupy, na których wychowują się pokolenia mają niezwykle trudno. Chcąc nie chcąc, każda kolejna płyta to materiał do ostrej polemiki. Oczywiście, bazując na znakomitym, powszechnie uznanym dorobku, można całkiem nieźle radzić sobie na rynku i sprzedawać kolejne wersje "the best of". Takie wrażenie towarzyszyło mi po ostatniej (retrospektywnej) trasie, na której to trupa wesołych pięćdziesięcioletnich klaunów perfekcyjnie odegrała show sprzed lat. I nie ma tu miejsca na żadną złośliwość, czy sarkazm. To praca tych Panów, do której podchodzą jak najbardziej serio. I tak jest w przypadku tej płyty. Zdaje się, że Panowie włożyli w najnowsze dzieło dużo pracy i zaangażowania. Powinno się wczytać... Rzeczywiście jakiś "postęp" (progres) w stosunku do poprzednich kilku płyt. Wróżę komercyjny sukces. Zasłużona czwórka za melodie, rytmy, brzmienie i smaczki aranżacyjne.
(3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Najlepsza płyta od czasu reunion !!!
(2010-08-17)
paweł
płachta
Więcej o recenzencie
Udała się ta płyta mojej ulubionej kapeli. Tak dobrej, równej i bardzo melodyjnej płyty dawno nie nagrali, a upływający czas i trasa koncertowa będą działały na jej korzyść, więc może niedługo okaże się, że jest to najlepsza płyta od czasów... a niech tam - Seventh Son. Na taką płytę czekałem i za takim Iron Maiden tęskniłem. Płytę rozpoczynają, trochę sztucznie połączone - przydługi, chociaż bardzo nowocześnie brzmiący wstęp i utwór tytułowy. Final Frontier - bardzo nośne i wyraziste akordy, fajna melodia i bardzo dobre solo. El Dorado - pierwszy singiel i kolejny bardzo melodyjny utwór z rewelacyjnym refrenem. Mother Of Mercy - bardzo dobre, melodyjne riffy i łatwo wpadający w ucho refren. Coming Home - bardzo przypomina Wasting Love, której nigdy nie lubiłem, ale dzięki dobrej melodii i pięknej solówce brzmi bardzo dobrze. Alchemist - za czymś takim wszyscy tęsknili. Galopujące gitary, agresywny wokal i znów dobra melodia. Isle Of Avalon - piękny, rozbudowany utwór oparty na motywie basowym, przypominającym te z To Tame A Land i Rime Of Mariner. Piękne nawiązanie do starych płyt. Starblind - najsłabszy i trochę za długi, chociaż też bardzo melodyjny utwór z dobrym refrenem. Talisman - kolejny czad i gitarowa szarża jak w starych dobrych czasach. Mocny wokal, rewelacyjne gitary i przedziwne solo jakby z innej bajki. Man Who Would Be King - bardzo melodyjny utwór z dobrze grającymi gitarami, mocnym wokalem i fajnym solem. When Wild Wind Blows - kolejny epicki utwór z dobrą melodią, w którym brakuje mi tylko jakiegoś przyspieszenia i jeszcze jednego galopu gitar. Co jeszcze? Piękna okładka, bardzo dobre brzmienie i oczekiwanie na koncerty w Polsce. Obecnych fanów nie trzeba namawiać, ale tym którzy zatrzymali się na pierwszych siedmiu płytach Final Frontier bardzo bardzo polecam.
(6 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji