Robert McLiam Wilson to "książę opowiadaczy" - uznali krytycy. Nie ma przesady w ich opinii, Wilson bowiem sięga najbardziej osobistej sfery ludzkich odczuć, gdy opowiada o Jake'u Jacksonie uganiającym się za miłością, o niebyt rozgarniętym "Miśku", który nagle zdobywa majątek, o ich krewnych, o przyjaciołach, znajomych - mieszkańcach Belfastu, w których zwyczajne życie wkracza od czasu do czasu polityka. Książka objęta patronatem Merlin.pl
Trochę śmiesznie, bardzo smutno
(2007-04-17)
konturka
Więcej o recenzencie
W tej książce zakochałam się od pierwszego zdania, które zresztą pamiętam do dziś, choć od lektury książki minęło sporo czasu. "Ulica marzycieli" to powieść dla kogoś, kto szuka książki o najważniejszych sprawach - miłości, samotności, potrzebie akceptacji, identyfikacji z grupą... Są tu momenty zabawne, ale i wiele smutku, a wręcz tragedii. Wszystko napisane bardzo pięknym stylem. Polecam gorąco!
(2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Życie, wariacie ty jeden
(2005-10-31)
Anita
Ozimek
Więcej o recenzencie
Ból, cierpienie, samotność znamy się z tymi typami spod ciemnej gwiazdy nie od dziś. Mówimy sobie nawet po imieniu. I wszyscy wiemy, do czego są zdolni. Nauczeni doświadczeniem zwykle staramy się im schodzić z drogi. I choć nie często nam się to udaje, to mimo wszystko myślę, czuję, wiem, że świat w całej swej brzydocie jest piękny. Czasami mu odbija, ale w gruncie rzeczy poczciwy z niego i wciąż jeszcze rześki staruszek. Potrafi jak nic zawrócić w głowie. Prawda? I nie wiem, kiedy, nie wiem jak, chociaż nie - wiem skąd „to” do mnie przydreptało, otóż wprost z Belfastu, z ulicy niepokornych i aroganckich Marzycieli Roberta McLiam Wilsona. Ta baśniowa, niemal zaczarowana historia wnet przenosi w zupełnie inną rzeczywistość. Powiedzie zatłoczonymi, krętymi uliczkami pełnymi pabów, klubów ciemnych od dymu papierosowego, hałaśliwych od gwarnych i rubasznych dysput o politykach i kobietach, no i suto zakrapianych alkoholem i ciętym, sprośnym humorem. Pokaże, że młodzieńcza nieporadność wcale nie musi być głupia i naiwna. Że trzeba ją tylko dopuścić do głosu, a wtedy nawet najbardziej idiotyczne i absurdalne wizje mogą się ziścić. Pokaże też, że tragizm i radość, że zwyczajność i sen, niekoniecznie muszą mówić różnymi językami. A potem oprowadzi mrocznymi i ślepymi ulicami charyzmatycznych i nieprzejednanych bojowników spraw przegranych, którzy już dawno zapomnieli w imię czego walczą i dlaczego wciąż zabijają i przelewają krew własnych braci i sióstr. Zaprowadzi w końcu do lirycznej krainy wzruszeń, poezji, gdzie w żyłach hula wiatr i wciąż karze gdzieś gnać przed siebie, a serce szczelnie bluszczem oplata tęsknota za lepszym, spokojnym jutrem, za miłością. Tą wielką i jedyną. A która, przestrzega tylko przed jednym. Żeby nie testować uczuć, nie poddawać ich próbom na wytrzymałość. Tu tak nie można. To nie króliki doświadczalne. Rozwiązanie zagadki jest zatem banalnie proste, za wszystkim kryje się miłość i mamona. Nie wiadomo tylko, z czym większy kłopot i utrapienie. Trzeba tylko umieć się w tym odnaleźć. Trzeba tylko ulec namowie zielonej wyspy, a ona już dalej sama poprowadzi i nie da zbłądzić, zwątpić. Bram jej tajemnicy od setek lat strzegą wtajemniczone bujne knieje, polne dróżki i błękit nieba. Namowa ulicy Marzycieli może być tylko jedna. Mówi głosem pradawnych wierzeń, które ponad wszystko umiłowały wolność i prostotę otwartych, żarliwych serc. Ta prawda wrasta korzeniami i jeśli ją wyrwać to tylko drzewem. Mówi też, że wszystkie drogi prowadzą do drugiego człowieka.
„Ulica Marzycieli” Roberta McLiam Wilsona to po prostu bezczelnie dobra książka. Wszystko tu ma swój smak, swój wyjątkowy i niepowtarzalny klimat. A autor nie kokietuje, nie wdzięczy się do czytelnika. Kiedy trzeba da sumieniu po mordzie, kiedy trzeba rozśmieszy do łez, a kiedy trzeba wzruszy i to tak, że aż mięknie serce, a jak już myślisz, że niczym więcej nie może cię zaskoczyć, to wciąż to robi. Póki co podróż dobiegła końca, znalazła swój kres. Tylko żal, że tak szybko. Zerknęłam więc na tylnią stronę książki(z resztą, co rusz mi się to przydarzało) by przyjrzeć się sprawcy, który zaserwował mi tylu emocji i wiecie co - on wciąż tam był i spozierał tym swoim frapującym, acz zawadiackim wzrokiem. Ech, Robercie W. kawał drania z Pana, ale pisać to Pan umie. Mam tylko jedno zastrzeżenie, a gdzie się podziali faceci w kieckach, pardon, w kiltach, ha?
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji