Inni klienci oglądali również...
Pełny opis produktu: Viva La Vida (East European Version)
Średnia ocena z 20 recenzji
(Dodaj własną)
- Wykonawca:
-
Coldplay
- Firma fonograficzna:
-
EMI Music Poland
, 2008
- Nr katalogowy:
- 2168870
- Sprawdź inne tytuły:
-
Coldplay
"Viva La Vida", nowy album Coldplay, to następca "X&Y" z 2005 roku i czwarta płyta w dorobku grupy. Trafiło na nią 10 premierowych utworów, które pod względem brzmienia nieznacznie odbiegają od wcześniejszych dokonań formacji.
Chris Martin podjął decyzję o nadaniu tytułu nawiązującego do twórczości słynnej meksykańskiej malarki Fridy Kahlo po tym, jak na jednym z jej obrazów zobaczył zuchwałą sentencję oznaczającą pochwałę życia. Okładka płyty to reprodukcja słynnego obrazu "Wolność wiodąca lud na barykady" autorstwa Eugene'a Delacroix. Za produkcję albumu odpowiadają: Brian Eno, Markus Dravs i muzycy Coldplay.
| Posłuchaj utworów: |
| 1. Life In Technicolor |
|
| 2. Cemeteries Of London |
|
| 3. Lost! |
|
| 4. 42 |
|
| 5. Lovers In Japan / Reign Of Love |
|
| 6. Yes |
|
| 7. Viva La Vida |
|
| 8. Violet Hill |
|
| 9. Strawberry Swing |
|
| 10. Death And All His Friends |
|
- Viva La Vida (East European Version)
- Wykonawca:
-
Coldplay
Prosto i szczerze o tym, co naprawdę ważne
(2009-07-03)
MaciekNycz
Więcej o recenzencie
Kto po albumie „ Viva la Vida” spodziewał się przełomu, czegoś oszałamiającego, rewolucji , ten zawiódł się i dołączył do chóru narzekających i rozdzierających szaty już w pierwszych dniach po jego wydaniu. Krzyczał, że to nic nowego – pewnie miał rację. Że wszystko w gruncie rzeczy błahe, przewidywalne, a i tematyka niepierwszej świeżości – i tu nie można mu odmówić pewnej słuszności. Pozostaje jednak pytanie – czy którykolwiek z wyżej wspomnianych czynników uniemożliwia otrzymanie bardzo dobrego, przyjemnego w odbiorze albumu z niebanalnym przesłaniem? "Viva la Vida" nie ma nikomu niczego udowodnić. Tak jak w tytule – po prostu chodzi o radość życia. Przekazywaną prostymi, jasnymi, szczerymi dźwiękami i obrazami bez sztucznych, niepotrzebnych ozdobników. Radość życia - pomimo zagubienia, o które we współczesnym świecie nietrudno, poczucia znikomości, małości… Chodzi o to, by uważnie patrzeć – zarówno spostrzegawczymi oczami, jak i czułym sercem skłonnym do pamiętania ulotnych momentów, które nadają życiu smak. To wszystko brzmi z pozoru prosto i trywialnie, jednak czy nie jest to to, czego naprawdę potrzebujemy? O tym by cieszyć się każdą chwilą trzeba umieć przypominać nam szczerze i niebanalnie. Bez popadania w patos, dydaktyzm, wytarte frazesy. Cieszy to, że Coldplay w pełni stanął na wysokości zadania.
(1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Konkurencja totalnie zmieciona
(2009-06-09)
Piotr
Bartnikowski
Zostań recenzentem Merlin.pl.Podziel się swoją opinią i zdobywaj piórka!
Więcej o recenzencie
Po świetnej i energetycznej płycie X&Y, poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko. Tym bardziej wyczekiwałem na kolejny studyjny owoc pracy czwórki z Wysp.. Viva La Vida to istna pochwala i afirmacja życia….przynajmniej tego muzycznego. Współpraca nad tym albumem z Wielkim Brianem Eno – nadwornym producentem U2, zdziałała cuda! Zapis muzyczny na 10 kolejnych piosenkach to czysta paleta niezapomnianych, wyjątkowych dźwięków oraz tęcza melodii. Dodając do tego glos Chrisa Martina (Yes – wokalizy), otrzymujemy bestsellerowy album, najlepszy jak dotąd ukazujący się pod szyldem Coldplay. Otwierający Life In Technicolor zabiera nas w nieco ambientowy klimat, następnie przepiękna ballada Lost z jak zawsze mądrym tekstem Martina podana w prosty, ale poruszający sposób. Pulsujący Lovers in Japan to kolejna perełka na tej płycie, która można słuchać bez końca, az do zpastwienia się nad sprzętem muzycznym. Nie inaczej jest w przypadku tytułowej Viva La Vida, która moim zdaniem przebiła muzyczna przestrzeń i nieśmiertelność kultowego już Clocks. Rozpoczynające ten hit smyczki oraz bas wprawiają w ruch wszystko dookoła, powodując, ze zapominasz o reszcie, do tego klawisze i wokal- niesamowite….Violet Hill to piosenka łamiąca schemat – zwrotka – refren – zwrotka- refren – podobnie jak cala płyta zresztą. Strawberry Swing to przyjemna country-folklorowa nuta, w której rządzi kontrabas oraz bębny. Na koniec tytułowe Death and All His Friends – lekko senne, by za chwile przeistoczyć się w dramatyczne wręcz zagranie z fortepianem i ponownie bębnami i perkusja ze świetnym chórkiem w tle- istny miód dla uszu….
(4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Inaczej
(2009-01-27)
Maciek
Bukała
Więcej o recenzencie
Za Coldplay nigdy specjalnie nie przepadałem. Owszem, słucham ich dość dużo, ale nie odczuwam przy tym istnego zachwytu jak chociażby przy Radiohead. No, ale do rzeczy. Płyta zaskakuje. Muzyka ewoluowała. Nie jest to już to samo, co na poprzednich wydawnictwach. Poszerzone znacznie instrumentarium, nietypowe dosyć dla takiego gatunku, w ogóle inna koncepcja utworów i płyty jako całości. Za pierwszym razem trochę mnie od niej odrzuciło. Ale z czasem, jak tak sobie kilka razy przesłuchać ten album jako całość, zaczyna się go coraz bardziej doceniać. Ale jako całość. Bo poza małymi wyjątkami, poszczególne utwory są moim zdaniem dość słabe. Kiedy się jednak patrzy na cały obraz, to zupełnie inna już jakość. Niezwykły klimat. Bez rewelacji może, ale bardzo dobry album. Nie odważę się go porównywać z poprzednimi płytami zespołu, bo jest nie tyle gorszy czy lepszy, co po prostu inny. I chwała mu za to.
(3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Perełka
(2008-10-01)
Robert
Węgrzyniak
Więcej o recenzencie
Coldplay - zjawili się znikąd. 2000 rok singiel Shiver nikt nie zna nikt nie daje im na początku wielkiej kariery, kopie Beatelsów. Oni jednak udowaniają, że nie są ani kopia legendy z Liverpoolu czy tez U2. Młody zespół z wielkim potencjałem, który okazuje się być strzałem w 10 w tamtych czasach, kiedy panowała jedynie dekadencja, przesłodzony pop oraz gdzieś tam jakieś rockowe pobrzdąkiwania. Debiut sprzedaje się bardzo szybko w jeszcze większym nakładzie. Staja się ikoną w muzyce alternatywnej. Rok 2002 wychodzi drugi album, który według gwiazd wydaje się być najtrudniejszym albumem w karierze, gdyż ludzie oczekują tego samego co po idealnym debiucie. Tutaj znowu zaskoczenie - album okazuje się być kasowym sukcesem, gdzie sprzedaje ponad 13 mln kopii albumu i to jedynie krytyków i antyfanów utwierdzało w tym, że oni oraz ich muzyka ma swoich zwolenników i nic nie jest w stanie pobić ich pozycji. Potem tajemniczy X&Y w 2005, który raczej bez niespodzianek przyjmuje się na całym świecie i sprzedaje się w ilości ponad 11 mln kopii. W tym roku wychodzi Viva la Vida. Album piękny, spójny, idealny pod każdym względem i po raz kolejny Chris Martin z kolegami udowadniają, że nie maja sobie równych na świecie. Niesamowity klimat ciepło oraz aura zauroczenia w tym albumie bije od samego początku... Tylko potem człowiek ma wrażenie czemu to się tak szybko skończyło... Dlaczego? Chciałoby się jeszcze i jeszcze... Album okazuje się być perłą w moim mniemaniu jeśli chodzi o ich całokształt. Ma swoją głębię, przesłanie oraz nutę tajemniczości, a słowa z niej płynące dają jedynie dowód na to, że nie mamy tutaj do czynienia w zespołem, który został zaszufladkowany. Taki perełkami są piosenki singlowe czyli Violet hill, cudowne Viva La Vida oraz ponadprzeciętne i wręcz "zagubione" Lost!. Nie potrafię tak do końca powiedzieć, co myślę i czuję do tej płyty, gdyż naprawdę jest to płyta, która udowadnia, że istnieje jeszcze coś, po co się sięga z największa przyjemnością.... Polecam wszystkim album. Viva la vida przyjaciele!
(5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Wielcy mali Coldplay
(2008-08-29)
egzy
Więcej o recenzencie
Od kilku minut zastanawiam się co napisać. Odczuwam jednocześnie żal, smutek, irytację, a nawet zrozumienie. Dlaczego żal? Bo Coldplay wyrobiło sobie niezłą opinię wśród słuchaczy i krytyków, a tą płytą spadli do poziomu... The Kooks. Smutek? Bo liczyłem, że Chris Martin i koledzy zrobią coś przyjemnego dla ucha, coś w stylu X&Y. Niestety. Nadmiar dźwięków, wokal przytłumiony, chaos, zamieszanie. Irytacja? Bo z koneserów muzyki jedynymi słuchaczami Coldplay są teraz "fani jednego hitu", którzy gustują w Feel, Happysad i wszelakich polskich tandetach. Niesamowicie mi przykro, że Coldplay tak spadło. Lubię ich, a raczej lubiłem, ale nie mogę wystawić oceny 2. Coldplay robi się... za bardzo popularne, chcą iść za modą. Dużo grup stylizuje swoje płyty na pewną dekadę, wiek. Choćby ich krajowi znajomi po fachu. Goldfrapp - eteryczne dźwięki, świetna aranżacja, pokazali klasę. Wrócili do XVIII wiecznej Anglii. Martin i koledzy chcieli pójść w stronę Rewolucji Francuskiej. Rewolucja była... ale nie na tej płycie. Ostatnie odczucie : zrozumienie. Chcieli zyskać nowych fanów, pójść w stronę diametralnych zmian co do stylu, designu i aranżacji. Nie udało się. Noga się poślizgnęła na lodzie muzycznym. Choć tłumy wręcz dopadły Viva La Vida, koncerty pękają w szwach, to zawód jest. Nie o to chodzi, żeby robić masowo. Ale robić z klasą. Tutaj klasa godna oceny 1.
(5 z 15 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Zaskoczenie nową jakością
(2008-07-04)
ARKADIUSZ
BURCON
Więcej o recenzencie
Mimo że osobiście nie jestem największym fanem grupy Coldplay - lubię, ale nie uwielbiam - to nowa płyta "Viva La Vida" wg mojej opinii jest po prostu świetna. Muzykę płynącą w tle można opisać wieloma epitetami w zależności od konkretnego numeru... egzotyczna, energiczna, żywiołowa i co najważniejsze ogromnie pozytywna. Świetna gitara, jak zwykle bardzo dobre klawisze co jest już cechą charakterystyczną tej grupy. Płyta jest bardzo nastrojowa, nabierająca momentami szybszego tempa, które znakomicie się wkomponowuje w całość i jest naprawdę potrzebne. Widać, że płyta była "dopieszczana" do ostatniej sekundy każdego utworu, bardzo ciężko doszukać się jakichkolwiek błędów zarówno od strony technicznej jak i merytorycznej, mentalnej. Podsumowując nowy album Coldplay - "Viva La Vida" wnosi na rynek sporo świeżości, lekkiej odmiany a nawet posunę się do określenia w bardzo dużym cudzysłowie "alternatywy" w wydaniu tej grupy, bo nie jest to typowe Coldplayowe granie czego nie da się ukryć tuz po pierwszym przesłuchaniu płyty, jednak podkreślam: inne nie znaczy gorsze, w tym wypadku nawet bardzo dobre. Gorąco polecam!
(5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Rewolucja
(2008-07-04)
Robert
Jastrzębski
Więcej o recenzencie
Jak jest? Inaczej. Chociaż Chris Martin nie zmienił specjalnie sposobu układania melodii, znacząco obniżył głos, coraz częściej unika falsetu, z którego był znany. Najbardziej radykalne zmiany nastąpiły jednak w samej muzyce. Coldplay nie jest już zespołem gitarowym, czy nawet fortepianowo-gitarowym. Anglicy malują swoje utwory, korzystając bardzo odważnie z nakładanych wielokrotnie na siebie ścieżek różnych instrumentów klawiszowych, bawią się muzycznymi plamami czy mozaikowym, rozedrganym brzmieniem (wpływy producenta Briana Eno są trudne do ukrycia). W większości piosenek Coldplay pozbył się także klasycznej, rockowej rytmiki, odwołując się raczej do afrykańskiej pulsacji czy brzmień orientalnych (np. tabla). Dzięki temu utwory takie jak "Cementeries Of London" czy "Lost!" przywołują na myśl etniczne poszukiwania Petera Gabriela. Coldplay postanowił także porzucić tradycyjną piosenkową strukturę swych utworów. Ot, takie "Lovers In Japan/Reign Of Love" - nie ma podziału na zwrotki i refreny, w warstwie muzycznej zamiast zwrotów akcji mamy stopniowe narastanie intensywności. Podobnie w "Yes/ChineseSleep Chant" - to transowe, niemal psychodeliczne granie. Zresztą oba te utwory składają się, jak wskazują tytuły, z dwóch niezależnych części. Schemat przełamuje też 42, podobnie jak beatlesowskie "Happiness Is A Warm Gun" złożony jakby z trzech kompletnie różnych utworów: pierwszy, fortepianowo-smykowy, podobny do "Trouble" z "Parachutes", ale z piękniejszą nawet melodią; drugi ostrzejszy, trochę radioheadowy, z nerwowym rytmem perkusji; trzeci wyjątkowo pogodny, wręcz w popowej manierze wesoły. Bez obaw jednak: "Viva La Vida" wciąż ma w sobie wiele delikatności i melancholii, która podbiła serca słuchaczy na całym świecie.
Jak więc jest? Ambitnie, bardzo ambitnie. Na tyle, żeby niemal zrezygnować z hitowych refrenów. Niemal, bo są tu dwa wyjątki: "Violet Hill", najbliższe chyba dawnej twórczości grupy (z ostrą partią gitary), oraz cudowny utwór tytułowy, zaaranżowany na... brzmienia orkiestrowe. Mając na uwadze choćby te dwa numery nie obawiam się o przyszłość Coldplay na listach przebojów. A mając na uwadze całość płyty - skrzącą się od pomysłów, nieprzewidywalną, daleką od wszystkiego, co oferuje współczesna scena - nie obawiam się o miejsce grupy w panteonie największych gwiazd muzyki rockowej. Chyba wolny jest fotel obok Radiohead...
(6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Powrót do dawnej formy! W wielkim stylu...
(2008-06-30)
Filip
Radziszewski
Więcej o recenzencie
Spodziewałem się dużo gorszej płyty, gdyż pamiętam jeszcze ich spadek formy, który moim zdaniem miał miejsce w płycie "X&Y", najgorszej moim zdaniem jak dotąd... Po kilkakrotnym przesłuchaniu dochodzę jednak do wniosku, że płyta jest naprawdę rewelacyjna, lepsza nawet od "A Rush Of Blood To The Head", pomimo iż to ją najbardziej przypomina pod wieloma względami! Częściej używana tu jest gitara, utwory są dynamiczniejsze, a perkusja bardziej wyznacza rytm, nie jest już tylko tłem dla głosu wokalisty... Zdecydowanie polecam!
(1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji
Przeczytaj wszystkie recenzje
(20)