Zbiór reportaży autorstwa Jacka Antczaka, reportera i szefa działu kultury w "Słowie Polskim. Gazecie Wrocławskiej".
Naprawdę warto
Krzysztof
Kucharski
Łatwo wyczytać między wierszami, że reporter Jacek Antczak lubi to, co robi, i robi to, co lubi. Choć dla większości jego kolegów reporterów najciekawszym tworzywem jest ludzki dramat i czarne marginesy życia - on sam, nastawiony do życie entuzjastycznie, szuka i wybiera na bohaterów swoich tekstów trochę takich podobnych mu "zakręconych" wariatów, żyjących w optymistycznej aurze, rozmawia z nimi i potem zapisuje ich losy, poglądy, niezwykłe pasje i zdolności.
Penetruje ludzi, którzy coś drążą, czegoś szukają, są otwarci na świat. Przygląda im się z serdecznością, bo reporter Antczak lubi i rozumie swoich bohaterów, a przede wszystkim dobrze im życzy. Pokazuje ich, jakby tymi zapisanymi linijkami chciał krzyczeć: "warto coś robić", "warto żyć, żeby coś robić".
Należy do dziennikarzy, o których koledzy mówią, że mają lekkie pióro. Oznacza to nie tylko swobodę językową i umiejętność opowiadania, ale oryginalne sposoby budowania samej narracji. Zdaje sobie sprawę, jak ważne są zdania otwierające poszczególne historie oraz pointy budujące dramaturgię. Sam tytuł książki oraz tytuły poszczególnych rozdziałów, oprócz funkcji reprezentacyjnych i kusząco-zachęcających do lektury, są przede wszystkim tytułami konkretnych reportaży, jakby stojących na straży tej książki i jej porządku. Jacek budował swoją książkę w sposób przemyślany. Przecież wystarczy, że tytuł tomu: "W Radwanicach najlepiej idą romanse" rozszerzymy o informację, że Radwanice to gmina rządzona przez kobiety i zaraz podejrzewamy autora, że tę książkę chce podsunąć kobietom. Statystycznie ma rację, kobiety rzeczywiście czytają o wiele więcej niż mężczyźni.
Autor podzielił swoją książkę na trzy nieprzypadkowe części. Zawartość pierwszej, zatytułowanej: "Erotyczne kursy pana Jana", opisuje podtytuł - "Przepisy na ludzi", bo można tam znaleźć naukowca, który nieznanego dotąd chrząszcza nazwał na cześć koszykarza wrocławskiego Śląska Pomphus zieliński, nauczycielkę zafascynowaną Bogusławem Lindą czy księdza, zajmującego się mordercami.
W drugim rozdziale zatytułowanym "Została tylko Natasza, czyli miejsca i zdarzenia do oswojenia" Jacek przypomina wielką wodę, która zalała południową Polskę, a jednymi z pierwszych ofiar powodzi byli mieszkańcy Kłodzka, ale relacjonuje też historię związaną z niemieckim filmem o wypędzonych z Dolnego Śląska, który obejrzeli mieszkańcy Kopańca, niewielkiej wioski pod Jelenią Górą. To jeden z najlepszych reportaży Antczaka.
Ostatnią część autor poświęcił Wrocławiowi i jego ciekawym, acz zagmatwanym czasem, historiom. Kto pamięta komputer Odra, zajmujący cały parter pawilonu przy ul. Ofiar Oświęcimskich albo kto się zastanawiał nad zadziwiającą karierą estakady pod kolejowymi torami przy ul. Bogusławskiego?
(1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji