Zupełnie obca osoba przedstawia Ci dowody świadczące o tym, że trójka Twoich najbliższych przyjaciół to agenci sowieckiego wywiadu. Co zrobisz?
Ostatni weekend Peckinpaha
(2007-09-23)
Reindeer Dippin
Więcej o recenzencie
Od śmierci Sama Peckinpaha minęło ponad 20 lat, ale ranga tego reżysera rośnie nam w oczach. Widać wyraźnie, że to właśnie "krwawy Sam" był ojcem brutalnego i krwawego kina sensacyjnego (czasem ubieranego w kostium westernu). W stwierdzeniu tym ukrywa się głębszy sens. Dzisiejsza atrakcyjność filmów "ojca" Peckinpaha polega na tym, że sprawiają one wrażenie filmów przeznaczonych dla widza dorosłego (25-30 lat), podczas gdy filmy jego następców, czyli "dzieci" (jak Tarantino), są wyraźnie adresowane do widza o umysłowości nastolatka. "Weekend Ostermana" to ostatni film Peckinpaha, zrealizowany po kilkuletniej przerwie od czasu znakomitego "Konwoju". Oglądając "Weekend..." miałem wrażenie, że zniszczony seksem, wódą i narkotykami Sam wypełzł spod jakiejś dykty
na południowym Bronksie i podjął się realizacji tego filmu, aby zarobić na prochy i wstrząsnąć swoją strupieszałą duszą przy pomocy ulubionych afrodyzjaków z dawnych lat - obrazów seksu i przemocy. Film powstał na motywach powieści Ludluma, ale jest to Ludlum czytany i reżyserowany po pijanemu. Już punkt wyjścia jest absurdalny - bohater otrzymuje informację, że przyjeżdżający do niego na weekendowe party przyjaciele są szpiegami. Dlaczego sowieccy szpiedzy mieliby tak ochoczo pokazywać się razem i urządzać weekendowe mityngi akurat u dziennikarza telewizyjnego, prowadzącego programy demaskujące afery polityczne? Równie dobrym miejscem spotkań byłaby stołówka FBI... Dalej jest coraz bardziej absurdalnie, a pointy raczej zaciemniają, niż rozjaśniają sprawę. Konsternację pogłębia fakt, że aktorzy sprawiają wrażenie, jakby Sam krzyknął im "róbta, co chceta". Niektórzy grają na poziomie kina klasy B (Hurt, Lancaster), inni - klasy C (Hauer). A jednak przy tych wszystkich zastrzeżeniach warto ten film mieć w swojej kolekcji. Jest to przecież film Peckinpaha. Ponad absurdem wydarzeń i szeregiem wpadek inscenizacyjnych rozgrywa się interesująca przypowieść o schizofrenii na wszelkich możliwych poziomach ludzkiej
psychiki i międzyludzkich interakcji. Wszyscy manipulują wszystkimi, podejrzenie dotyczy każdej myśli i uczynku. Peckinpah wybebeszył przed nami swoją jaźń nałogowego alkoholika i schizofrenika. Zdarzenia w tym filmie to jakieś ponure, rozpaczliwe strzępy, które przypominają nieskładnie sklejone w całość fragmenty koszmarnych, lub lubieżnych snów. Mamy tu oczywiście sceny typowo peckinpahowskie - jak ta, w której bohaterowie topią się w basenie, bo gdy wychylą głowy, aby zaczerpnąć powietrza, snajper natychmiast ostrzeliwuje seriami powierzchnię wody. Ilość pokazanych na ekranie nagich biustów jest większa, niż we wszystkich poprzednich filmach razem wziętych (Sam chciał sobie popatrzeć?). Reasumując - gdyby to nie był film Peckinpaha, nikt by go dziś nie oglądał. Jednak ponieważ to jest film Peckinpaha i zawiera wyraźne ślady jego oryginalnej osobowości, stylu i obsesji, będzie się cieszył dużym wzięciem, bo
peckinpahowskie "coś" w nim jest. (6,5/10)
(5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji