Z archiwów Dalkey (1964) jest ostatnią powieścią Flanna O'Briena, lub raczej - jego własnym zdaniem - drwiącym studium, w którym rozmaici pisarze, style, postawy i kulty występują w roli królików doświadczalnych. Dość powiedzieć, że w książce tej spotykamy świętego Augustyna i Jamesa Joyce'a, a także szalonego naukowca De Selby'ego (znanego z Trzeciego policjanta) oraz złotoustego sierżanta Fottrella, którego teoria molikularna głosi, że człowiek może zmienić się w rower. Rzecz dzieje się pod koniec lat czterdziestych XX wieku w miasteczku Dalkey niedaleko Dublina, a nieco ładu w ten metafizyczny chaos próbuje wprowadzić Mick, refleksyjny młodzieniec na życiowym rozdrożu.
Prowincja po irlandzku
(2009-03-12)
Magda
Talik
Więcej o recenzencie
Błogosławmy Świat Literacki, który chciał wydał ostatnią powieść Flanna O’Briena. Błogosławmy Hannę Pustułę, która z taką wirtuozerią przełożyła ten osobliwy tom. Błogosławmy też i Jamesa Joyce’a, bo gdyby nie duch jego „Ulissesa” unoszący się nad całością, „Z archiwów Dalkey” byłaby zupełnie inną książką. A póki co przyjrzyjmy się, gdzie dokładnie jesteśmy i ustawmy radar na małą mieścinkę nieopodal Dublina zwaną Dalkey. Centrum wszechświata jest tu pub „Rzepicha”, ośrodkiem kształcenia dom niejakiego de Selby’ego, poligonem doświadczalnym pobliskie jezioro a konfesjonałem komiczny posteruneczek policji sierżanta Fottrella. W pubie przelewane są litry piwa i dokonuje się wymiany informacji (często o fundamentalnym znaczeniu, o czym później). De Selby, oprócz whiskey własnej produkcji, oferuje teologiczne dysputy z ojcami kościoła w podwodnej grocie a oprócz tego planuje zagładę grzesznego świata. Zaś sierżant boleje nie nad rosnącą przestępczością, ale krążącymi w przyrodzie molikułami. Mamy jeszcze niejakiego Micka, który przechodzi w Dalkey swoiste katharsis - od bywalca pubu po religijnego prozelitę. Od ogólnego życiowego otępienia po intelektualne szczyty i dyskusje z samym Jamesem Joyce’em. Joyce’em? Jakim sposobem jednak, skoro mamy niemal lata pięćdziesiąte a autor „Ulissesa” od niemal dekady spoczywa na cmentarzu w Zurychu. Takim to, że informacja o jego śmierci okazała się mocno przesadzona. Oto bowiem James Joyce żyje i mieszka w małym irlandzkim kurorcie. Ba, nalewa tam piwo w jednym z pubów i zaprzecza jakoby on był autorem tej bredni, jaką jest „Ulisses”. Widząc i doświadczając podobnych dziwów właściwie trudno już do końca ufać sobie. Krzepki Irlandczyk Mick nie traci jednak głowy, bo w jego kraju nie od dziś rzeczywistość jakimś trafem miesza się z fikcją a laickość z żarliwą religijnością. Błogosławmy więc i Flanna O’Briena, że zanim odszedł, tak cudownie opisał ten świat i pozwolił nam go dotknąć.
(1 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji