Laureat nagrody publiczności Toronto After Dark Film Festival 2009, ciepło przyjęty również przez widzów Sundance Film Festival. 2009. Gratka dla fanów wybuchowej mieszanki gore, akcji, przygody i czarnej komedii oraz nieśmiertelnych zombie, które czasami pojawiają się w najmniej spodziewanej postaci...
Grupa studentów medycyny organizuje sobie kilkudniowy wypadzik w norweskie góry. Mają wszystko co należy: narty, skutery, dużo piwa i fajne dziewczyny. Są przygotowani na świetną zabawę, picie i seks. Żadnemu nie przychodzi do głowy, że zamiast tego staną oko w oko w oddziałem wygłodniałych nazistowskich zombie, który grasuje w okolicy od zakończenia II wojny światowej...
Gdzie Nazi-zombie mówią dobranoc!
(2010-06-09)
Błażej
Bierczyński
Więcej o recenzencie
Skandynawia atakuje! Nie tylko frontem atmosferycznym czy dobrą literaturą (vide norweski pisarz Jo Nesbo), ale też i hordami zombie w niemieckich mundurach. Zimne jak lód żywe trupy z SS-owskimi emblematami straszą wśród fiordów, obowiązkowo pozbawiając życia (ciężko się w końcu pozbyć starych nawyków) entuzjastów zimowego wypoczynku. Nie są to jednak typowe zombie a’la Romero, bezmyślne bałwany, którym trzeba strzelić w głowę, by raz na zawsze się ich pozbyć. Te śniegowe bałwany używają broni i narzędzi, komunikują się między sobą (mają też swojego przywódcę w czapce z trupią główką), giną nie tylko od uszkodzeń w obrębie mózgu i nie powiększają swojej małej armii o kolejnych ugryzionych, za to lubują się w rozwałce i rozrywce polegającej na sadystycznym (i znów te przyzwyczajenia z czasów wymarzonej tysiącletniej III Rzeszy) wykańczaniu turystów. I tu właśnie fani gatunku gore nie będą rozczarowani, bo twórcy nie żałowali sztucznej krwi i atrap wnętrzności. Zwłaszcza, że czerwień pięknie prezentuje się na śniegu. Jest to momentami doprowadzone do granicy absurdu, gdzie wyłożony czerwono na białym atlas anatomiczny przestaje przerażać i choć może nie bawi w dosłownym tego słowa znaczeniu, to rozśmiesza w kwestii czego to twórcy horrorów nie wymyślą i czego jeszcze nie było w serii filmów „Piła”. Fabularny szkielet (z paroma nielogicznościami) nie różni się niczym od podobnych produkcji – grupa nastolatków nastawionych na „sex, drugs & rock’n’roll” (i podobnych do siebie, więc tworzących właściwie bezosobowego bohatera zbiorowego), odludzie, zero szans na pomoc z zewnątrz, psychopatyczne potwory, kwestia kto zginie pierwszy lub ostatni (lub ewentualnie przeżyje), a kto w międzyczasie. Plus: zostawienie możliwości nakręcenia drugiej części. Reżyser, Tommy Wirkola, podszedł jednak to tematu z całkiem sporą dawką czarnego humoru, co jakiś czas mrugając do świadomego „horrorystycznie” widza i podrzucając wspomniane okropności, które w pewnym momencie już przestają budzić odrazę. Jeśli jest to świadomy pastisz gatunku – komedio-horror, który miał wytknąć i wyśmiać pewne trendy, wyszło nie najgorzej, choć „Dead snow” nie jest też szczególnie rewolucyjnym projektem. Nie łudźmy się – nie wyznaczy żadnego nowego kierunku wśród horrorów, choć fani gatunku mogą go obejrzeć jako egzotyczną ciekawostkę. Cieszy jednak fakt, że twórcy „zombie-movies” zaczynają sięgać po drugą wojnę światową jako tło do filmowych wydarzeń. Byle jeszcze pokusili się o oryginalność, bo pastiszów też nie można kręcić wiecznie.
(1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oceń recenzję. Czy jest przydatna?:
Przyciskając jeden z klawiszy,oceniasz przydatnośćrecenzji dla kupujących.
Zgłoś nadużycie
Zgłoś nadużycie, jeśli powyższarecenzja zawiera treści niezgodnez Regulaminem recenzji