x

Serwis używa cookies. Wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z Polityką Cookies.

stały recenzent  Piotr Uba

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 8

  • Tajemnicze choroby współczesnego świata

    Piotr Uba 2013-04-12

    Sprawne dziennikarstwo ze skandalicznymi błędami   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kiedy sięgam po tłumaczenie książki popularnonaukowej, zawsze się zastanawiam, czy czeka mnie intelektualna uczta, czy też irytacja. Gdy to drugie, zachodzę w głowę, czy to autor wciska czytelnikowi kit, czy też wydawnictwo w pogoni za zyskiem zatrudnia nieudolnego tłumacza. Co tam tłumacz – gorzej gdy redaktor merytoryczna i takiż konsultant przepuszczają skandaliczne błędy? Książka jest świetnie napisana, to dobre dziennikarstwo medyczne opisujące przypadki równych wrednych choróbsk do niedawna zagrażających poważnie całej ludzkości ale i chorób, które ciągle nam zagrażają i nie wiemy, kiedy i skąd może nadejść epidemia grożąca hekatombą. W obszarze medycznego dziennikarza śledczego śledzącego epidemiologię chorób Moore bardzo sprawnie się porusza. Niestety, kiedy próbuje czytelnika wprowadzać w temat serwując podstawową wiedzę, pióro mocno szwankuje. Mam też wrażenie, że konsultant merytoryczny jak i redaktor w ogóle nie zajrzały do tekstu. Oto z książki możemy się dowiedzieć, że pierwotniaki to mikroskopijne organizmy…wielokomórkowe! (str.23) i bakterie są rozpuszczalne (str.28). .Na stronie 52 widnieje tajemniczy zapis, że „w genomie o wielkości 187 kpz…” Nigdzie nie ma wyjaśnienia, cóż to za „tajemnicza” jednostka. Specjalista się domyśli, laik raczej nie. Strona 70: Jakoby przyczyna różnej barwliwości bakterii podstawową metodą Grama nie do końca jest zrozumiała. Mechanizm jest znany bardzo dokładnie i był znany, kiedy Moore pisał powyższą książkę. Strona 71: Tu głupoty wypisane przez autora kazały mi się zastanowić nad sensem dalszej lektury. Moore twierdzi, że analiza wymagań „pokarmowych” i wzrostowych bakterii ma niewielką wartość w ich identyfikacji a znacznie lepszym jest zestawienie symptomów choroby, jakie wywołują z „pobieżnym badaniem bakterii” Nie wiem, jak redakcja mogła przepuścić tę brednię! Owo pobieżne badanie bakterii polega właśnie przede wszystkim na analizie biochemicznej wymagań pokarmowych i wzrostowych. Nowoczesne systemy diagnostyczne na tym się opierają. Strona 72: pałeczki Shigella są dla Moora (tłumaczki?) bakteriami Gram-dodatnimi, kiedy faktycznie są Gram-ujemnymi. Strona 91: saprofityczny drobnoustrój glebowy wytwarzający antybiotyk jest nazwany…zarazkiem. Nie wyjaśnione jest jednak kogo lub co miałby zarażać. Jeśli zarazek to nie saprofit! Dalej mamy zamiast Streptomyces griseus – Streptococcus griseus. Dla laika może to mało istotne, ale mylenie paciorkowców z promieniowcami to poważna gafa! Możemy się też dowiedzieć, że chlamydie to drożdżaki a nie bakterie (str.217), że w „normalnych okolicznościach” pałeczka dżumy bytuje w jelitach a E. coli …we krwi, śledzionie, wątrobie a nawet w płucach. Taka przynajmniej jest logika tekstu na str. 150. Na stronie 136 po opisie wirusów Ebola i Marburg mamy zdanie zaczynające się od słów: „Jednakże kultury tych bakterii…” Straszno czytać książkę o strasznych chorobach przygotowana przez straszną redakcję.
  • Goralenvolk. Historia zdrady

    Piotr Uba 2012-12-03

    Edytorsko-redaktorskie niechlujstwo z ważkim tematem w tle.

    Podziwiam odwagę autora, by zmierzyć się z historią własnej rodziny i środowiska. Jest to mój jedyny podziw. Nie brakuje w książce ciekawego materiału, również publikowanego po raz pierwszy, ale dobra książka to nie tylko to, ale również solidne opracowanie. Autor chyba z góry założył, że napisze wielką monografię Goralenvolku, ale sił zbrakło. W wielu fragmentach książka jest boleśnie ogólnikowa. W dużej też mierze zbiera informacje już znane. Autor w kolejnych rozdziałach wielokrotnie powtarza te same informacje. Przytrafia się nawet – z drobnymi zmianami - powtórzenie całego akapitu! Cytuje garściami fragmenty prac Włodzimierza Wnuka, by po chwili samemu napisać to samo własnymi słowami. W rozdziale o niemieckich teoriach pochodzenia górali możemy obejrzeć aż trzy wielkie ilustracje góralskich spinek, ale nie znajdziemy informacji, które spinki skąd pochodzą. Można znaleźć logiczne absurdy, jak na str. 94, gdzie przyczyną rozpisywania się Antoniewicza o spinkach jest fakt… że niemiecki wywiad zainteresował się jego pracą po jej napisaniu! Wielokrotnie autor wspomina „jakieś” procesy góralskie, cytuje zeznania świadków, ale dopiero po ponad 450 stronach dowiemy się, gdzie i kiedy te procesy się odbyły. Autor lubuje się w zapowiedziach o czym będzie mówił w kolejnych rozdziałach. Takie „ciekawe” informacje można znaleźć nawet w przypisach. Biorąc to opasłe tomiszcze można doznać zdziwienia i poczuć się oszukanym. Tekst wydrukowano zwiększoną czcionką. Dodatkowo znacząco poszerzono marginesy stron. W dużym stopniu więc płacimy za puste kartki! Zastosowano prymitywny chwyt wydawniczy, żeby przekonać czytelnika do wysupłania pieniędzy - książkę wydano na tzw. papierze objętościowym W efekcie dostajemy grubą, półtorakilogramową cegłę. Dość powiedzieć, że indeks i spis treści, które „normalnie” zająłby może 10 stron, tutaj mają 30! Książka mogła być o połowę cieńsza i lżejsza bez uszczerbku dla treści, czyli być poręczniejsza. Tylko kto wtedy zapłaciłby w księgarni prawie 85 złotych? Przy tak zbójeckiej cenie oczekiwałbym ilustracji wydrukowanych na kredowym papierze i lepiej opracowanych. Na kiepskim papierze zdjęcia tylko tracą. Wiele ilustracji jest bezładnie rozrzuconych po tekście spełniając rolę zapchajdziury. Chyba najbardziej kuriozalne jest zamieszczenie wielkiego zdjęcia żołnierzy niemieckich na Kasprowym Wierchu na koniec rozdziału kończącego się słowami… że nie zachowały się żadne zdjęcia ilustrujące tworzenie legionu góralskiego SS. Pominę dziwaczności komputerowego składu i tanie efekty graficzne, zwiększające objętość książki, oraz żałosną jakość fotokopii dokumentów. O ile jednak mogę zrozumieć pewne bałaganiarstwo i kiepski styl autora, nie rozumiem za co wziął pieniądze zespół redakcyjny składający się aż z 4 osób, którego obowiązkiem było wyłapanie takich błędów. Cóż, gdzie kucharek sześć…Mamy więc ważny i fascynujący temat, ciekawy materiał, ale byle jak napisany i wydany. Aż dziw, że to rezultat jakoby 5 lat pracy autora.
  • Pakt Ribbentrop-Beck

    Piotr Uba 2012-11-05

    Science Fiction z silnym naciskiem na Fiction   (11 z 25 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Ziemkiewicz przyrównał książkę Zychowicza do „Lodołamacza” Suworowa. Żarty! Suworow analizuje fakty pokazując, do czego – o mało co – mogło dojść. Nie rozwija jednak historiobajek alternatywnych. Zychowicz odwrotnie. Bardzo emocjonalnie, rzucając inwektywami przedstawia znane fakty jak prawdy objawione. Że Polska miała nieudolne i naiwne rządy w drugiej połowie lat trzydziestych nikt nie neguje, że odpowiadał za nieprzygotowanie kraju do wojny i nieprzemyślaną politykę też. Co więc nowego? Nie tyle twierdzenia, że Polska mogła sprzymierzyć się z Niemcami przeciw ZSRR (bo to też wielokrotnie analizowano), co głupie wizje, co by z tego wynikło. Autor widzi nas jako sojusznika Niemiec i sugeruje, jak to Hitlerowi zależało na sojuszu z wielką Polską. Ciekawie się ma do chciejstwa Zychowicza uwaga Hitlera po podpisaniu paktu z 1934 roku poczyniona do prezydenta Senatu Wolnego Miasta Gdańska, Rauschinga, że porozumienie ma „tylko chwilowe znaczenie”. Dodał też „nie mam zamiaru utrzymywać z nimi [Polakami] prawdziwej przyjaźni”. Pójdźmy tokiem bajki Zychowicza… Stalin czeka spokojnie aż Hitler rozgromi Francję wiosną 1940. A dlaczego Hitler miałby z tym czekać do wiosny 1940? Mógłby zrobić to latem 1939! Czemu Stalin nie miałby wykorzystać okazji i zaatakować Polski? Jakoby na przeszkodzie temu miałaby stanąć nasza kawaleria. Gdyby takie banialuki pisał gimnazjalista, a nie magister historii to bym się nie dziwił. Dla Zychowicza Armia Czerwona to obdartusy z karabinami na sznurkach i w tekturowych butach. Zychowicz czytał Suworowa bardzo wybiórczo, Sołonina chyba w ogóle. Tabele porównujące sprzęt i jego ilość we wrześniu 1939 są ogólnie dostępne. Odroczenie wojny o rok czy dwa nie zmieniłoby radykalnie proporcji. Zdjęcia nowoczesnych sowieckich czołgów na ulicach Lwowa są Zychowiczowi nieznane? Ale jest na to recepta, przecież dobry wujek Hitler by nas dozbroił. Sypnąłby Me-109, Pzkw. III i IV. Nie wiem tylko, czym by wtedy walczył we Francji. Hitler był szaleńcem, ale nie idiotą, żeby dozbrajać obcą armię swoim najnowocześniejszym sprzętem. Mamy wizję „Łosi” bombardujących sowieckie miasta. Ciekawe, co by leciało w osłonie tych bombowców. Bardziej realna wizja to SB-2 i Ar-2 bombardujące polskie miasta w osłonie I-16. Jest wizja galopującej kawalerii po ukraińskich stepach. Kawaleria się sprawdzała w wielu sytuacjach, ale nie strategicznych. To nie formacja do przełamywania linii obronnych, nie mówiąc o walkach na rozległym płaskim terenie. No, chyba, że Zychowicz zastosowałby konie pancerne. Jest wizja Japończyków wyzwalających zeków z Gułagu. Cóż za brednie! Japończycy jako wyzwoliciele zeków? Chyba dla zdobycia siły roboczej. W „realu” Japończycy skierowali się przeciw USA, bo dostawali łupnia w Mongolii od jakoby nędznej Armii Czerwonej. Ale nawet gdyby… Po co USA miałyby wtedy przystępować do wojny? Bez USA nie byłoby Aliantów, do których moglibyśmy się przyłączyć przeciw Niemcom. I być może autor tych głupot by się nie narodził… I tak dalej…
  • Zagadki ciała

    Piotr Uba 2007-08-27

    Pseudonaukowe brednie przemieszane z ciekawostkami pod płaszczykiem niewyszukanego humoru   (12 z 13 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Zaiste, dziwne rzeczy ciekawią autora. Intrygujące i ciekawe jest miedzy innymi, że "Istnieje część mózgu o nazwie "Zwoje Brocka". Takich ciekawostek jest masa. Przeciętny atlas anatomiczny bije pod tym względem książkę Juana na głowę. Gdyby jednak moje zastrzeżenia dotyczyły tylko takich rewelacji. Na str. 31 dowiadujemy się, iż "Jedna kobieta i jeden mężczyzna mogą spłodzić 64 miliardy potomków nie tworząc duplikatów genowych". Domyślam się, co autor chciał przez to powiedzieć, ale generalnie zazdroszczę jurności autorowi. Na tej samej stronie czytamy, że chromosom żeński X ma 433 geny, a męski Y ma ich jedynie 29. Z tego faktu autor wyciąga wniosek, że kobiety dziedziczą dużo więcej, niż mężczyźni. Za coś takiego wyleciałbym z lekcji biologii. Autor lubuje się w przeliczaniu wszystkiego. Możemy się dowiedzieć, że "Pierwsza gigasekunda życia oznacza, ze przeżyłeś przynajmniej miliard sekund, albo przekroczyłeś 32 rok życia". I co z tego? A co z megasekundą czy megaminutą? Na stronie 52. dowiemy się, że mózg zarodka prawdopodobnie milczy i nie wysyła impulsów elektrycznych przez pierwsze 6 tygodni po zapłodnieniu. Jasne, że milczy, bo mózgu jako struktury jeszcze nie ma. Na tej samej stronie widnieją dane, iż mózg kobiety waży średnio 1,25 kg a mężczyzny 1,4 kg. Dalej dowiadujemy się, że różnica pomiędzy średnimi mózgami kobiety i mężczyzny wynosi około 12%. Wychodzi na to, ze autor nie potrafi obliczać procentów, bo z pierwszej informacji można wyliczyć, ze ta różnica wynosi poniżej 11%. Na stronie 74. czytamy: "Jeśli z waszym umysłem nie stało się nic złego przed 70 rokiem życia, niewielkie jest ryzyko, że później będzie z nim coś nie tak." Zaiste prawdę powiada pan Juan, nie dodaje jednak, że istnieje również niewielkie ryzyko dożycia 80-ki. Autor w ramach wyszukiwania rzeczy fascynujących nie waha się też czerpać pseudonaukowych rewelacji z lokalnych gazet. Dowiadujemy się, że przybliżona masa mózgów 224 członków Parlamentu Australii wynosi 313,5 kg. Tyle samo ważyłyby mózgi 65 słoni afrykańskich. A czemu nie porównać z wagą mózgów osłów? Na stronie 86. i 57. ciekawy przypadek z fizyki. Autor raz twierdzi, że mózg wytwarza tyle samo elektryczności, co 20 watowa żarówka (pomijam kwestię, że żarówka nie wytwarza, lecz zużywa tę energię i przekształca na cieplną i świetlną), by w innym miejscu dowiedzieć się, że energią z mózgu można zasilić żarówkę ... 10 watową. Stephen Juan podaje też fajną metodę odchudzania. "Oszacowano, że uderzając głową o ścianę w odstępach 10-sekundowych spala się 150 kalorii na godzinę". Polecam autorowi. Tego typy kuriozów jest w książce cała masa. Biorąc pod uwagę, że powyższy skąpy wybór rewelacji tyczy pierwszej ćwierci książki, rozważam odłożenie lektury i szybkie zastosowanie innej informacji: ośrodkowy układ nerwowy wyrzuca 99% z tego, co rejestrują [...] zmysły, aby nie niepokoić mózgu nieznaczącymi sprawami". I chwała mózgowi za to, bo mógłbym zwariować od masy głupot, które w tej książce się znajdują.
  • Suplement [Box 7CD]

    Piotr Uba 2006-04-03

    Rarytas   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    No i doczekalismy się! Dostajemy wydawnictwo, które stało się już legendą, zanim się ukazało. Dla miłosników piosenki poetyckiej, a zwłaszcza twórczosci Jacka to tak, jakby dla miłosników Beatlesów wydano dodatkowe płyty z nieznanymi ich piosenkami. Jeśli ktoś ma "Syna marnotrawnego", musi mieć i "Suplement". Po prostu rewelacja.
  • Suplement [Box 7CD]

    Piotr Uba 2006-03-18

    Cymes nad cymesy   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Podobnie jak boks "Syn Marnotrawny" ten zestaw płyt niemal od roku jest już legendą zanim się ukazał, a miłosnicy poezji śpiewanej, a zwłaszcza wielbiciele Kaczmarskiego z niecierpliwoscią czekają na ten rarytas. Może to nie najlepsze porównanie, ale wyobraźcie sobie, że własnie ktoś wydaje nieznane piosenki Beatlesów albo komplet nieznanych bootlegów Led Zeppelin. W tym Suplemencie wreszcie mozna posłuchać piosenek nigdy nie publikowanych, rzadko lub wcale nie śpiewanych na koncertach, znanych nielicznym i to zwykle z kaset skrzętnie nagrywanych z zagłuszanego Radia Free Europa. To po prostu trzeba mieć!
  • Piotr Uba 2005-11-14

    Świetnej jakości pościel typu "cora"

    Podobny kompet przywiozłem z Czech. W przeciwieństwie do polskiej "cory" pościel nie szmaci się pomimo wielokrotnego prania. Krecik to ulubiona dobranocka mojego syna i moja, więc chyba sami rozumiecie.
  • Syn Marnotrawny [Box 22CD]

    Piotr Uba 2004-08-13

    Potrzebne, wartościowe, ale byle jak wydane.   (11 z 11 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Bojkot jest głupotą w przypadku tego typu wydawnictw. Cena nie jest wygórowana. Gdyby te 5 niewydanych w Polsce płyt opublikowano luzem - cena nie byłaby wiele niższa. Nie wiem, jaki był udział Jacka w wyglądzie boksu, ale jak na dzisiejsze standardy - partactwo. Wydanie płyt w pudełkach slim nie zwiększyłoby mocno ceny i objętości pudełka. Szata graficzna pojedyńczych płyt nieczytelna, trudno odróżnić poszczególne CD od siebie. W książeczce błędy redaktorskie - "Lekcja historii klasycznej" w tekście zamienia się na antyczną. "Chicago live" numerowane wg piosenek na kopercie, na płycie wg piosenek i zapowiedzi, co utrudnia podgladanie tytułów w trakcie odtwarzania. Mastering "Chicago Live" partacki, mam II obiegową kasetę z tego koncertu - brzmi dużo lepiej. Panowie z Pomatonu - Jackowi nawet 10 gwiazdek, za edytorstwo najwyżej trzy.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Napisz do nas Zadzwoń do nas
tel. +48 (61) 628 66 00
fax. +48 (61) 628 61 05