Browne
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 214
-
- Mudcrutch [Digipack]
- Mudcrutch
- (towar niedostępny)
Browne 2008-10-08
Zaskakujący debiut płytowy po 38 latach (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Takie rzeczy rodzące się naturalnie bez silenia się na wielkość przekonują w każdym calu, w każdej nucie. Dlatego siłą Mudcrutch, zarówno szyldu jak i płyty jest spontaniczność całej muzycznej idei. Szyld Mudcrutch powstał jeszcze na początku lat 70. tyle, że nigdy nie doczekał się wydania jakichkolwiek nagrań. Następnie drogi muzyków się rozeszły i stąd właściwie bierze początek solowa kariera Toma Petty'ego i jego sukcesy wraz z The Heartbreakers. Po ponad trzech dekadach starzy kumple spotkali się na nowo, ożywili dawną śmieszną nazwę i postanowili wreszcie nagrać płytę. To chyba rekord jeśli chodzi o wieloletnie wyczekiwanie na fonograficzny debiut. W grupie spotkali się ponownie Tom Petty - lider i wokalista, do tego grający na basie oraz dwójka jego kolegów z macierzystego zespołu Benmont Tench - uznany klawiszowiec oraz gitarzysta Mike Campbell, także grający z Pettym od lat. Co ciekawsze skład zasilił też Tom Leadon, brat niegdysiejszego członka The Eagles: Berniego Leadona. Album wypełniły bezpretensjonalne piosenki zagrane od początku do końca w amerykańskim duchu, bliskie temu co znamy z płyt wokalisty, zakorzenione w przeszłości, w muzyce legend jak The Byrds czy Flying Burrito Brothers. To piosenki świeże i chyba bardziej elektryzujące niż solowe poczynania najbardziej znanego członka grupy z ostatnich lat. Mamy tu do czynienia z pełnym, zaciętym brzmieniem. Może to zasługa zaangażowania całego składu, a nie tylko lidera i akompaniatorów, bo na pewno słyszymy równych sobie muzyków, gdzie bądź co bądź gwiazda Petty'ego została trochę wkomponowana w tło, pośród pozostałych pomysłodawców Mudcrutch. Dzięki temu to też nieco inny album. Bardziej jamowy, zdecydowanie na luzie, bez nacisku czy zbędnych oczekiwań. Ot spotkała się grupa znajomych i nagrała płytę. Bliskie skojarzenia z Traveling Wilburys są jak najbardziej na miejscu, choć obsada na pewno mniejszego kalibru. Głos Toma jest wciąż fajnie zgrzytliwy, charakterystyczny, a specjalnie nie pozwolił pośpiewać innym panom, ale "Queen Of The Go Go Girls" wykonuje właśnie Leadon, a w "Bootleg Flyer" swoje cztery minuty ma Campbell. "Scare Easy" przodujący, energiczny numer kojarzy się z "Saving Grace" z albumu "Highway Companion", ale są i rzeczy całkowicie odmienne, jak odczytanie klasycznego numeru "Lover Of The Bayou" wspomnianych The Byrds, czy własna, improwizowana prawie dziesięć minut i pełna radosnego grania "Crystal River". Mudcrutch zamieścili też wersję folkowego standardu "Shady Grove", gdzie wokalnie udzielają się razem, oraz tradycyjny song "June Apple". Ciekawostka ale bardzo udana. Albo coś jeszcze nagrają, albo ich wspólne ambicje zostały właśnie zaspokojone. -
- From The Reach
- Sonny Landreth
- (towar niedostępny)
Browne 2008-10-07
Dużo więcej niż tylko granie "slidem" (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Fantastycznie wirtuoz grania "slidem", gitarzysta Sonny Landreth, obraca się w bluesrockowej stylistyce, przy tym lubuje się w nieoczywistych melodiach i zgrabnie śpiewa swoje własne kompozycje miękkim głosem. To co zaognia gitara, łagodzą jego linie wokalne. Jego nowy album jest więc nienagannie wyważony. Magnesem będą też zaproszone gwiazdy, a jest ich sporo: podśpiewujący, a przede wszystkim dorzucający dźwięki gitary Mark Knopfler już w pierwszym (i najlepszym) utworze „Blue Tarp Blues”. Kto kocha prawdziwego finezyjnego bluesa, tego zachwyci „Storm Of Worry” z udziałem samego Erica Claptona, mistrz staje przed mikrofonem jeszcze w zgrabnym „When I Still Had You”. A komu świetnie grających gitarzystów jeszcze mało, posłucha jak wiele od siebie dodają na „From The Reach” Robben Ford czy Eric Johnson. To nie jest jednak tylko gitarowa płyta, można tu znaleźć charakter południa pachnący muzyką Allman Brothers Band, można znaleźć udane piosenki, które w czasach lepszej bluesrockowej „prosperity” miałyby szansę zawojować listy przebojów, można wreszcie usłyszeć prawdziwe serce do muzykowania. Sonny Landreth nie śpiewa z zacięciem innych wyjadaczy, ale swoją wirtuozerią wynagradza wszystkie niedostatki, a przy tym świetnie ożywia amerykańską tradycję, żywego, mięsistego grania. Chwilami wędruje w rejony bliższe Nowego Orleanu dzięki udziałowi Dr. John’a, wygrywa z fenomenalną prędkością swoje arabeski w riffowych instrumentalach, które najlepiej sprawdzą się w samochodzie („The Milky Way Home”), proponuje cieplejsze i bardziej swojskie melodie w towarzystwie kojarzonego z okolic country Vince’a Gilla. To bardzo urozmaicona i ze wszech miar udana pozycja, więc całe szczęście, że gitarzysta znalazł czas by ją nagrać, w końcu ciągle akompaniuje na scenie innym wielkim tego gatunku (John Hiatt, Gov’t Mule i innym). Obsada której posłuchamy na „From The Reach” zawieść nie mogła. -
- Seeing Things [Digipack]
- Jakob Dylan
- cena: 37,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Browne 2008-10-01
Skromne muzykowanie młodego Dylana (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
To nie jest wielka płyta, ani nawet zbyt długa, może nawet specjalnie znacząca, ale przykuwa uwagę poetyką, obraną konwencją akustycznego grania, chwilami niemal ascetycznego w stylu ojca Jakoba Dylana w pierwszych latach działalności. Jakob, obdarzony fajnym, matowym głosem napisał właściwie piosenki, które swobodnie mogłyby w dynamiczniej zagranych wersjach znaleźć się w katalogu jego The Wallflowers. Tyle że pozostawił je w surowej formie, gdzie najważniejsza jest muzyczna opowieść, skromny akompaniament gitary akustycznej, rzadziej pełniejszego składu. Minimum środków wyrazu też może być walorem, czego dowodzi np. "I Told You I Couldn't Stop". Bogatsze brzmienie jednak też się zdarza np. w "All Day And All Night", gdzie jaśniejsze folkowe inklinacje przeplatają się z tradycją bluesa. Zarówno na gitarze jak i basie autor zagrał sam, w kilku miejscach pomaga mu tylko trójka zaproszonych muzyków, przez co album "Seeing Things" ma niemal domową, intymną atmosferę. Właściwie w tym jego siła, bo piosenkom niczego nie brakuje, ale nie będą też wielkimi hitami, nawet te które wydają się mieć akcenty rozłożone na tyle prosto by dało się je zanucić: "Evil Is Alive and Well" czy "Something Good This Way Comes". Dziwne byłoby jednak gdyby ktoś na komponowanie i śpiew młodego Dylana wyrzekał, bo to zupełnie spontaniczna pozycja w jego katalogu, świeża i urokliwa. Tak naprawdę odsłania go kompletnie jako twórcę, który nie może ukryć się za studyjną maszynerią, brzmi naturalnie, niemal podsuwa nam swój notatnik z tekstami, czy zapisane dopiero co w brudnopisie nuty. I bynajmniej nie jest to zarzut, bo Jakob wychodzi z takiego zamierzenia obronną ręką. Zadziwia tylko obecność za stołem mikserskim Ricka Rubina, mistrza cięższych brzmień, uznanego producenta, który podejrzewam był dobrym duchem wydawnictwa, ale sam niewiele miał do roboty. Udało mu się przy muzyce Jakoba Dylana z solowej płyty na szczęście nie mieszać. Ciekawa jest przyszłość The Wallflowers, czy muzyk rozsmakuje się w graniu na własny rachunek, czy jeszcze odnowi szyld z którym odniósł sukcesy? W końcu pokusa jest spora, a jeśli nadal będzie rozwijał skrzydła w kierunku jaki można usłyszeć choćby w piosence "Will It Grow", to warto czekać. W tym cudownie zwiewnym momencie płyty stał sie konkurentem dla mistrzów w rodzaju Bruce'a Springsteena czy Neila Younga, proponując równie przekonującą muzykę. -
- End Titles Stories For Film
- Unkle
- (towar niedostępny)
Browne 2008-09-19
Ukłon w stronę filmowców
Unkle jest dziś inną grupą niż był w czasach "Psyence Fiction", ba, oddalił się nawet od ostatnich poczynań sprzed roku. Po pierwsze, i najważniejsze, James Lavelle dobrał sobie nowego kompana - nieźle śpiewającego Richarda File'a zastąpił Pablo Clements. Po drugie, nie ma na nowej płycie już tylu nerwowych rytmów, jest więcej przestrzeni i epatowania filmową, czytaj ilustracyjną stylistyką. Ale może to tylko wyjątek, bo przygotowana po roku, w szybkim tempie płyta "End Titles..." sugeruje już w tytule, że mamy do czynienia z nie do końca pełnoprawnym albumem, a raczej z muzyką, która najczęściej niknie dla słuchacza na napisach końcowych, w rozmaitych filmach. Takie zamierzenie tym razem kierowało szefem omawianego szyldu. Kto wie jak będzie na następnej pycie. To prawie muzycznie autorski projekt Lavelle'a, chociaż sam podśpiewuje rzadko, wydobywa chętnie ze swych muzycznych maszyn więcej smyczków, spokojnych miniatur, którymi przedziela bardziej konwencjonalne dla Unkle'a rzeczy. I tu znów, w chwilach powiedzmy piosenkowych, błyszczy Gavin Clark, który wyrasta na następnego nadwornego wokalistę. Clark operuje fantastycznym, nieco płaczliwym głosem, w kilku fragmentach można przekonać się jednak, że ma nawet szerszą skalę niż było słychać na albumie wcześniejszym. Pojawił się już na "War Stories" w dwóch świetnych utworach, między innymi "Broken", tym razem wyśpiewał aż cztery. Szczególnie udany jest "Against The Grain" - uspokojony, pełen subtelności i magicznych melodyjnych momentów, które naprawdę wpadają do ucha. Pozostali wokaliści także w tej instrumentalnej otoczce tworzą udany klimat: Chris Goss, znany reżyser Abel Ferrara, dość tradycyjnie mantrujący na amerykańską modłę w kompozycji "Open Up Your Eyes" i ponownie Josh Homme z Queens Of The Stone Age ("Chemical" jest nową wersją "Chemistry"). To kolejny stały współpracownik lidera Unkle. Intrygować słuchacza będą plamy dźwiękowe w przetykanych tu i ówdzie krótkich formach typowo filmowych, niektóre pomimo małych rozmiarów bardzo piękne ("Cut Me Loose String Reprise"), inne przepełnione orkiestrowym rozmachem i obszerniejsze ("Trouble In Paradise"). To wciąż Unkle, ale mniej chwytliwy niż na "Never, Never Land", a z kolei bardziej "jasny" brzmieniowo niż na "War Stories". Kolejny przystanek przed właściwą płytą numer cztery? Wszystko na to wskazuje. -
- Solo Acoustic Vol. 2
- Jackson Browne
- (towar niedostępny)
Browne 2008-09-18
Akustyczne wyciszenie. (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Jackson Browne - jeden z najbardziej szanowanych artystów w Stanach Zjednoczonych, u nas wciąż w sporej mierze nieznany, przygotował niezależnie drugą część solowego, koncertowego przedsięwzięcia, które ilustruje jego trasy grane w pojedynkę regularnie od lat. Przedstawia wówczas na intymnych koncertach, skromne opracowania swych najbardziej znanych utworów, akompaniując sobie zaledwie na gitarze akustycznej lub fortepianie. Tak było i na wydanym albumie trzy lata wcześniej, a teraz otrzymujemy kontynuację, która świetnie tamtą płytę uzupełnia, także repertuarowo. Kiedy "Solo Acoustic vol.1" skupiał się na evegreenach z początków kariery, tym razem Jackson wybrał utwory z nowszych albumów, choć i tu nie brakło hitów jak "In The Shape Of A Heart" czy największego singlowego przeboju - "Somebody's Baby". Oprócz kiedyś lansowanych, są i cudne utwory barda wybrane z głębi jego albumów, jak stareńki "Something Fine" czy nowsze "Alive In The World" z 1996 roku. Mamy tak naprawdę do czynienia z czymś zupełnie nowym - za sprawą małego instrumentarium i nastroju, artysta wykreował między sobą na scenie a oddaną od lat publicznością jakiś magnetyzm, nierozerwalną więź. Panuje podczas tych występów prawdziwie przyjacielska atmosfera, artysta opowiada anegdoty, min. związane z powstaniem czy nagraniem konkretnych utworów przed laty, reaguje na owacje widzów. Co najważniejsze czaruje dźwiękiem i tak jak kiedyś miękkimi melodiami, nastrojem zadumy, dojmującego smutku (szczególnie w gorzkich balladach: "Sky Blue And Black", "Casino Nation"). Tutaj nie ma mowy o udawaniu, o niedyspozycji, a z głośników rozlega się przecież tylko jeden instrument i głos: starszy niż kiedyś, nadal z lekkością biorący wszystkie nuty, niższy i może nieco bardziej chropawy, ale wciąż przejrzysty i kiedy potrzeba kruchy. Cóż Jackson Browne, wciąż śpiewa pięknie. Muzyka chyba tylko dla wtajemniczonych, która przy zaciemnionym świetle brzmi pięknie. -
- Forth
- The Verve
- (towar niedostępny)
Browne 2008-09-17
Kosmiczne piękno (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Piękna, eteryczna melodia wyłania się najpierw, zaraz potem całość narasta i pojawia się ten charakterystycznie szorstki, a może udręczony wokal Richarda Ashcrofta. Nutka psychodelii, ale przede wszystkim wyjątkowy klimat i odrobinę smutku udało się zawrzeć w utworze na początek - "Sit And Wonder". Nie da się ukryć - mocne otwarcie ma, pierwszy od 11 lat, album The Verve. Album numer cztery. Pewnie nie zyska takiego statusu jak słynne "Urban Hymns", ale wtedy definiowali oni brytyjską scenę na nowo, jakby w opozycji do Oasis czy Blur, dziś są jednak w innym miejscu - o wiele, wiele dalej. Są też bardziej doświadczeni, dorośli, ich muzyka też. Jakaś chemia między tą czwórką znów działa, bo chociaż to głównie piosenki Ashcrofta, "Forth", w porównaniu z jego solowymi płytami, brzmi niesamowicie. Głęboko, soczyście, z utworami, które mają jak kiedyś zawiesiste, zgrabne melodie i które mogą urzekać niespieszną atmosferą w całości, jak i złapać pojedynczą frazą. A tych ważkich wokalista popełnił tu sporo. Przyrównanie miłości do bólu jest może truizmem, ale do hałasu nie jest już typowym rockowym wersem. Prawie wszystkie z dziesięciu kompozycji to długie stylowe utwory, jakby obnoszące się z pięknie wyważonymi nutami, czasem delikatne i leciutkie ("Judas"), innym razem osadzone w transowym bicie ("Love Is Noise"). Wspaniale te spokojniejsze momenty wypełnia gitara Nicka McCabe'a - oszczędna, często wtopiona w klawiszowe tło, dobiegająca z oddali, czasem o wyraźniejszych partiach. Muzyk sięga też po wibrafon, co nadaje nowej muzyce grupy jeszcze bardziej przestrzennego, psychodelicznego klimatu. Taki na pewno jest jesienny "Numbness", nieco markotny i zaśpiewany przez Richarda w tonie rezygnacji, jakby w opozycji do ciepłego utworu "Judas". Nieco zmienia się w nim tempo, a finał to różne odsłony mniej lub bardziej rozwibrowanej gitary McCabe'a, z jedną powtarzaną wokalną frazą. Fortepian rodem z niewesołego filmu w "I See Houses" jest naturalnie piękny, a utwór może melodycznie kojarzyć się z solowym utworem lidera "Check The Meaning", tylko w nieco bardziej sennym tempie. Najbardziej rozbudowany "Noise Epic" to ponad osiem minut muzyki na wieczór, najbardziej niepokojącej na płycie, niepoukładanej i najeżonej przybrudzonymi dysonansami gitary w drugiej części. Już wiadomo skąd hałas i epickość. Odreagować można przy wdzięcznym "Valium Skies" - to ukojenie, które zdradza już tytuł, tym razem najbardziej podniosłe chwile na płycie, z rozmachem zaaranżowane. Rozbudowany "Columbo" otwiera się nieśmiało, jest tu miejsce na eksperymentowanie z rytmiką i zmianami tempa. Prawdziwy finał to perła, w postaci kolejnego długiego (na szczęście) "Appalachian Springs" - co najmniej pierwsza trójka najlepszych utworów grupy. Zwycięża w nim prostota, zwykłe ładnie ułożone dźwięki, przejmujący refren, znów atmosfera, a może to zasługa tego niby-szeptu wokalisty. Mija magiczna godzina muzyki. -
- Beautiful Future
- Primal Scream
- (towar niedostępny)
Browne 2008-09-17
Elektro-rock'n'roll zwycięża
Po ostatnich dokonaniach grupy Primal Scream można było przypuszczać, że zaproponują znów coś bardzo udanego. Minęły dwa lata od rock'n'rollowego "Riot City Blues" i w starych studiach Abby nagrali album, który nie zawodzi, który rozsadzają pomysły i który przekonuje, że wciąż po latach są w formie. Właściwie ucierają nosa młodym konkurentom brytyjskiej sceny - z Kaiser Chiefs czy Arctic Monkeys na czele. Zagrali tu tak, jakby mieli mnóstwo w sobie nieokiełznanej, prawdziwie młodzieńczej energii. Jest fantastycznie, już od tytułowego "Beautiful Future" - niby rockowo, ale z dala od tradycji która zadomowiła się na poprzedniej płycie, z drobnymi klawiszowymi zdobieniami. Więcej tu zagrywek elektronicznych ale wymieszanych z gitarowymi riffami, jak w "Necro Hex Blues", zauważalny jest występ, ostatnio chętnie udzielającego się na cudzych albumach, Josha Homme'a z QOTSA. Trochę jego manieryczności, posępnego klimatu do tego - umownie nazwijmy - bluesa przeniknęło. Sporo wpływów dancetransowych znajdziemy w "I Love To Hurt", z wokalnym udziałem wokalistki CSS - elektroniczna, ale wciągająca rzecz. Bardziej klasycznie, poprockowo brzmi "Over And Over" - w końcu to cover bardzo tradycyjnego Fleetwood Mac, z płyty "Task", a gościnnie podśpiewuje jeszcze brytyjska ikona folku - Linda Thompson. Energetyczne, pozostałe numery elektryzują, a cały ciężar wziął na siebie w nich jako swobodny wokalista Bobby Gillespie, już bez pomocy gości/gwiazd. Zadziornie śpiewa w hitowym "Can't Go Back", a gitara szaleje aż miło - mocny numer, łączący jakby New Order i U2 z tanecznym parkietem, a refren to już zwykły melodyjny czad. Trochę więcej spokoju i basowego pulsu, dopasowanego do partii klawiszy, ma ładny i znów bardziej popowy "Uptown". Dalej też jedziemy bez trzymanki i, co ważne, bez słabego numeru: szykowany na singla "The Glory Of Love" - trochę w stylu Bowie'go z lat 80. Wspaniale kroczy prawie sześciominutowy "Suicide Bomb" - jest w nim napięcie i jeszcze te psychodeliczne akcenty w refrenach. Amerykański ton gitary i nowoorleański klimat przebija się w radosnym "Zombie Man", dzięki temu tytułowa maszkara nie straszy a zachwyca. "Beautiful Summer" to trochę tęsknoty i dreampopowego klimatu, uchwyconego dzięki przestrzeniom klawiszy - przypominają się cudne utwory Blonde Redhead. O reszcie playlisty wspomniałem wcześniej, ale czy wspomniałem, że to absolutnie zawładnujący zmysłem słuchu album? Właśnie przypominam i dalej słucham, nic na to nie da się poradzić... -
- Good To Be Bad [Limited Edition Digipack]
- Whitesnake
- cena: 89,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Browne 2008-09-09
Stary (dobry) hardrock Coverdale'a (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Zaczyna się bardzo smacznie dla wszystkich, którzy lubią takie ogniste granie. Potężny riff, o ogromnej dynamice, sprawia, że można uwierzyć w sens reaktywacji Whitesnake po latach niebytu. Wprawdzie od lat to właściwie tylko David Coverdale i jego muzycy, a nie skonsolidowana grupa, to jednak znów ich muzyka ma w sobie pazur, jak przed laty, nim wkroczyła na zbyt wyszlifowane i komercyjne rejony. To się chwali, bo zaraz po wstępie do "Best Years" następuje taka właśnie dawka mocnego, hardrockowego, może i staroświeckiego ale bezkompromisowego grania. Nadal miejscami Coverdale urozmaica repertuar balladowymi wstawkami, ale nie są one z kategorii tych delikatnych pościelówek, a mają i w sobie często spory zapas mocy ("All I Want, All I Need"). Gardło Davida także po latach brzmi świetnie, jest wokalistą na miarę Planta i Gillana, i z pewnością to wciąż największy atut Whitesnake. Praca gitarzysty Douga Aldricha - dobrego ducha w zespole, poza tym spełnia rolę chyba terapeutyczną dla wokalisty - zadowoli wszelkie oczekiwania. Jeśli można by się do czegoś przyczepić, to do nieco przewidywalnych kompozycji i małego zróżnicowania albumu. Nośne refreny zachowują formułę dawnego "whitesnakowania", a przy tym kojarzą się różnie, choćby ze stylem wokalnym Paula Rodgersa ("Can You Hear The Wind Blow"), a może to znów wina tej cudownej barwy jego głosu. Tym razem Coverdale musi przebijać się wszak przez bardziej zmasowaną produkcję, jego poprzednia solowa płyta miała w sobie więcej oddechu, ale na "Good To Be Bad" dostajemy raczej jazdę bez trzymanki. Utwór tytułowy, "Call On Me" czy nawet singlowy "All For Love", z osobna sprawdzają się wyśmienicie, ale w otoczeniu całości gdzieś nikną. Trudniej wyłuskać z nich wówczas jakiś jednoznaczny, odróżniający je od reszty szlif. Razi nadal, co u Coverdale'a jest niestety już normą, sztampowe podejście do tekstów, traktujących z dosłownością sprawy damsko-męskie. Jego sercowe rozterki naszpikowane w tekstach banałami i komunałami po prostu smieszą ("All I Want, All I Need", "A Fool In Love", "'Till The End Of Time"). Dlatego lepiej chyba wsłuchać się w motoryczną pracę sekcji, świetne gitary, czadowe zaśpiewy, ponucić razem chwytliwe refreny, nie zaprzątając sobie głowy kolejny raz, co tam w duszy lidera siedzi. -
- Live At Blues Alley
- Eva Cassidy
- cena: 47,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Browne 2008-09-09
Głos jak marzenie (14 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nieśmiała dziewczyna z Waszyngtonu, której krótka historia muzycznej kariery jest smutna jak fabuła telewizyjnego dramatu, to właśnie Eva Cassidy. Artystka obdarzona cudownym, niepowtarzalnym głosem, za życia wydała tylko tę jedną płytę, a długo później jej dorobek ujrzał światło dzienne i zaczął być dopiero zasłużenie doceniany po obu stronach Atlantyku. Jej największym darem był głos, przepiękny, którym potrafiła wyśmienicie, oryginalnie zinterpretować rozmaite standardy z wielu półek. Zafascynowana od zawsze jazzem pozostała wierna temu gatunkowi, ale na jej wydanych po przedwczesnej śmierci płytach można posłuchać, klasyków pop-rocka, bluesa, folku, rhythm'n'bluesa, soulu i jazzu właśnie. "Live At Blues Alley", nagrana w waszyngtońskim klubie płyta koncertowa, pozostaje wydawnictwem, które najbardziej szeroko pokazuje spektrum jej muzycznych zainteresowań i wokalnych możliwości. Umiejętności niebywałe udowadnia Eva interpretując choćby bluesjazzowy "Fine And Mellow" Billie Holiday w starym stylu, czy klasyczny piękny song duetu Simon And Garfunkel "Bridge Over Troubled Water", w jej wykonaniu natchniony i powściągliwy jednocześnie. Jasnych momentów podczas tych dwóch styczniowych koncertów 1996 roku w Blues Alley - które złożyły się na album - było sporo. Wspaniałe odczytanie bluesa "Stormy Monday" T. Bone Walkera, obrazuje jak subtelnie wokalistka potrafiła wczuć się w dobierany gatunek, a właśnie na śpiewaniu wyłącznie standardów oparła swój cały repertuar. Prawdą jest co napisał Washington Post, informując w krótkiej notce dołączonej do płyty, że Eva Cassidy mogła zaśpiewać absolutnie wszystko, a przy tym sprawiała, że wydawało się iż to jedyna muzyka jaka ma znaczenie. Klasyki Irvinga Berlina czy Curtisa Mayfielda znają wszyscy, podobnie jak "What A Wonderful World" Louisa Armstronga, w który Eva tchnęła całe serce, stąd tak ogromny ładunek emocji w tej piosence. "Fields Of Gold" (Stinga) bije na głowę oryginalne wykonanie autora, co przyznał sam artysta urzeczony jej głosem, a krytycy - zgodni, że interpretacja tej kompozycji nie ma sobie równych - stawiali ją w gronie najlepszych coverów, jakie kiedykolwiek nagrano. Osobiste, pełne intymności podejście do pieśni swoich mistrzów jest nadzwyczajne - przykładem choćby stara piosenka "Tall Trees In Georgia", indiańskiej solistki Buffy Saint Marie, gdzie Eva akompaniuje sobie w niezwykle dyskretny sposób na akustycznej gitarze. Urzeka przez całe cztery minuty. Podobnie jak najwspanialsza rzecz w zestawie - refleksyjny song "Autumn Leaves", którego artystka zostanie wykonawczynią już na zawsze. Eva Cassidy została w 1996 roku pokonana przez nowotwór, w wieku 33 lat, zaledwie 10 miesięcy po nagraniu tego koncertowego krążka. Pod koniec kariery w pieśni "People Get Ready" Mayfielda, dodawała od siebie zmieniony wers: "I Am Ready". Reprezentowała talent jaki zdarza się raz na epokę i którego zawsze będzie już brakować. Została muzyka, jedna z najpiękniejszych w całej dekadzie. -
- Collections
- Dan Fogelberg
- (towar niedostępny)
Browne 2008-09-09
Esencja twórczości Dana Fogelberga
To wydawnictwo typu "best of", które mimo wszystko wspaniale oddaje klimat twórczości i osobowości Dana Fogelberga, artysty posługującego się nieco sentymentalnym stylem, łagodnymi melodiami i afirmującego życie poprzez zatroskanie o środowisko i otoczenie człowieka. Takim zainteresowaniom hołdował przynajmniej w latach 90'. wyrażając sprzeciw wobec degradacji naturalnych bogactw; szczególnie uwidocznił to urokliwy album "River Of Souls" sprzed kilkunastu lat. Bardziej uniwersalne i osobiste treści zdominowały jego starsze płyty, z których wybór utworów można tu znaleźć. Zmarły w grudniu 2007 artysta miał u nas status raczej ulubieńca wąskiego grona, zapatrzonego w tradycję kalifornijskiego rocka, który wielkiej furory w naszym kraju chyba nigdy nie zrobił. Oddana publiczność jednak nie narzekała na kolejne zmiany w twórczości Dana: miewał próby znalezienia się w bluegrassie (album "High Country Snows", 1985), próbował okolic smoothjazzowych w duecie z flecistą Timem Weisbergiem (dwa albumy, w 1978 i 1995), zaglądał w rejony Nashville, pogrywał mocniej rockowo na krążku "Exiles", szkicował swoje piosenki wokół muzyki świata, ale nigdy zbytnio nie oddalał się od bezpiecznej przystani pop rockowej, gdzie mieściło się grono jego najwspanialszych przebojów: "Longer", "The Power Of Gold", czy "She Doesn't Look Back". To właśnie taki przekrojowy, udany zestaw.






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













