stały recenzent  Barbara Rompalska

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 134

  • Proces
    • Proces
    • Franz Kafka
    • (towar niedostępny)

    Barbara Rompalska 2003-03-20

    W bezlitosnych trybach władzy.   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Proces" Kafki czytałam ostatni raz tak dawno temu, że czas ten niemal rozpłynął się już w mrokach niepamięci. I zapewne nie powróciłabym jeszcze długo do tej mrocznej opowieści, gdyby nie ostatnio wydane "Zaproszenie na egzekucję" Nabokova, które w bezsilności Cyncynata C. przypomniało mi rozpaczliwą walkę Józefa K. Co prawda rosyjsko-amerykański mistrz literatury zarzekał się szczerze, że tworząc swoją powieść nie miał bladego pojęcia o istnieniu "Procesu", ba! o istnieniu samego Kafki, ale nie sposób nie doszukiwać się podobieństw pomiędzy tymi dwoma książkami. I tu, i tam bowiem staje naprzeciw nas osamotniony bohater znienacka wplątany w machinę bezdusznej i niezrozumiałej władzy. U Nabokova – Cyncynat C. U Kafki – Józef K. Jest rok... jakiś tam, w państwie i mieście... nie wiadomo jakim, gdy Józef K. w dzień swoich trzydziestych urodzin staje w obliczu największej (i ostatniej) tajemnicy swojego życia. Patrząc na naszego bohatera, nieco zagubionego dzisiejszego ranka wskutek niezrozumiałych opóźnień w dostarczeniu śniadania przez właścicielkę pensjonatu, nietrudno pomyśleć, że mamy przed sobą tzw. człowieka sukcesu. Elegancki z reguły strój, ogłada i szybka wspinaczka po szczeblach kariery w banku, gdzie Józef K. jest nader obiecującym pracownikiem. Ma on przed sobą przyszłość i zapewne duże pieniądze, ustabilizowaną pozycję zawodową i wewnętrzny spokój człowieka o czystym sumieniu. Ale, ale... czy na pewno? Jeśli jest taki "czysty", sprawiedliwy i w ogóle, to skąd w progu jego pokoju strażnik z lakoniczną informacją o aresztowaniu? Nie wiemy. Co gorsza, nie wie tego również sam Józef K., gdy z naiwnością człowieka, który nie zetknął się dotąd z trybami totalitarnego sądu, podejmuje próbę wyjaśnienia swego niezrozumiałego położenia. Jakże boleśnie przekona się wkrótce o małości jednostki w obliczu aparatu władzy! Farsa posiedzenia sądowego, przerażające zatęchłe kancelarie, żałosny adwokat i rosnąca wraz z bezsilnością świadomość, że całe miasto zdaje się wiedzieć o jego, Józefa K., procesie, podczas gdy on sam nie wie o nim nic, poza kołaczącymi się pod czaszką słowami strażnika, jakoby to "wina przyciągała sąd". Jaka wina? Co zrobiłem? Jak się bronić, gdy nawet oskarżenie jest przed oskarżonym zatajane?... To właśnie "Proces" – studium rozpaczy człowieka uwikłanego w nieludzki mechanizm, który przyjął tutaj oblicze wynaturzonego organu sprawiedliwości. Nie można przed nim uciec, nie można się też obronić. Wina i proces spadają jak ciosy bicza na głowę bohatera, zagarniając stopniowo wszystkie jego myśli, aby gdy przyjdzie w końcu TEN DZIEŃ (procesu? wyjaśnienia? kary?), Józef K. poszedł z radością ku wytyczonemu mu przez sąd przeznaczeniu. By poddał się mu ulegle jak pies. I bohater Kafki robi to – jak pies, karny i bezwolny. Tylko dlaczego, Józefie K.? Co ty właściwie zrobiłeś?
  • Trzeci cud

    Barbara Rompalska 2003-03-13

    Trzeci cud i... trzecia półka.   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Trzeci cud" Richarda Veter od początku zapowiada się ciekawie. Figurka Maryi w ubogiej nowojorskiej parafii, która nagle zaczyna płakać krwawymi łzami w obecności Marysi Katowski, córki imigrantów. Aura ciepłej wrażliwości otaczająca dziedziniec z figurką, gdyż kilka lat wcześniej w tutejszym klasztorze mieszkała i umarła Helen Stephenson, uważana przez parafian za świętą. I ksiądz Frank Moore, przystojny, charyzmatyczny i zagubiony w swej wierze, który na rok zaszywa się niemal w slumsach, nie chcąc, aby sława "niszczyciela cudów" szła za nim w kapłańskim życiu, już i bez tego piętna pełnym zwątpień. Ale nie można uciec daleko, gdy potężna ręka Kościoła (Biskupie Cahill, Waszą Świątobliwość mam tu na myśli) wzywa swego sługę i chcąc nie chcąc – w obliczu coraz bardziej histerycznych manifestacji wiary urządzanych pod płaczącą figurką przez wiernych i samego proboszcza parafii Św. Stanisława – Frank zostaje wezwany do roli postulatora, mającego stwierdzić, czy istnieje uzasadnienie dla rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego (chyba jednak nie od razu kanonizacyjnego, droga pani tłumaczko?) Helen Stephenson. Trudne to zadanie, gdy z reguły podważenie dowodów świętości wiąże się jakże boleśnie z zachwianiem wiarą parafian w "ich" świętego czy świętą. A jednak tak trzeba. Odrzucić większość cudownych uzdrowień... Patrzeć z bólem, jak umiera prawdziwie uzdrowiona przez Helen Stephenson Marysia, teraz już Maria, Katowski... Dotrzeć i zgłębić tajemnicę Roxanny, córki Helen... Stawić czoła własnym wątpliwościom, jak i bezwzględnemu promotorowi wiary, który z ramienia trybunału ma za zadanie podważyć opinię postulatora... I wzruszająca to historia, i ciekawa, wciągająca bez reszty, lecz jednak tylko do połowy powieści. Tak jakby dalej zabrakło autorowi pomysłu? Warsztatu? Spójności? Dlatego też po pasjonującym rozpoczęciu przychodzi rozczarowanie dość mdłym i niedopowiedzianym zakończeniem. Pozostaje sympatia do bohaterów, lecz znika gdzieś pasja, z którą śledziło się ich pierwsze kroki w Maspeth. Z tego też powodu "Trzeci cud" ostatecznie trafia jedynie na trzecią półkę moich ocen i sympatii.
  • Delta Wenus

    Barbara Rompalska 2003-03-06

    Kobieca erotyka po raz pierwszy.   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    No może niezupełnie po raz pierwszy, bo zaznaczyły się przecież w historii literatury wcześniejsze próby literackie kobiet na tym polu, niemniej jednak "Delta Wenus" zdaje się być pierwszą książką, w której świadomie zabrała głos kobieta, pisząc śmiało o miłości z punktu widzenia jej zmysłów, wrażeń, pragnień i jej kobiecych erotycznych fantazji. Odpowiedziała tym samym wielu pisarzom na ich męskie próby wejścia w świat kobiecej seksualności, a szczególnie, jak mi się wydaje, Johnowi Clelandowi i jego "Pamiętnikom Fanny Hill" powstałym niemal stulecie wcześniej. Jakże różne okazują się te dwie książki, choć starają się przecież przedstawić ten sam punkt widzenia! Powieść Clelanda stała się klasyką literatury erotycznej, Fanny Hill i jej "pamiętniki" przez lata cieszyły się niezmienną popularnością ze względu na śmiałe opisy aktów seksualnych, jednak pomimo że bohaterką tej książki była kobieta, wyraźnie zaznaczał się w niej tzw. "męski punkt widzenia świata". Anais Nin to jednak co innego. Była kobietą. Co więcej, Francuzką i miłosny oddech Paryża był jej własnym oddechem, pomimo że większość życia spędziła przecież w Nowym Jorku. Była też wieloletnią bliską przyjaciółką Henry'ego Millera, którego hm... seksualna szczerość również rozbrzmiała w literaturze szerokim echem. Zyskała uznanie dzięki publikacji ośmiu tomów swoich pamiętników, podziwiano jej wyjątkową ekspresję kobiecości w tworzonych utworach, choć zdarzały się też głosy krytykujące wyraźny narcyzm pisarki. Opublikowana pośmiertnie w 1977 roku "Delta Wenus" spotkała się z jednej strony z szerokim zainteresowaniem, z drugiej jednak z równie znaczną krytyką. Trudno się jednak temu dziwić. Aby poznać i docenić Anais Nin – pisarkę, należałoby wziąć do ręki jej pamiętniki, "Szpiega w domu miłości" i jej inne znaczniejsze utwory. A dopiero po zapoznaniu się z nimi przejść do "Delty Wenus" i co więcej, uzbroić się w cierpliwość, która nie pozwoli nam zrezygnować z lektury po kilkudziesięciu stronach. Książka to bowiem szczególna – jeśli wierzyć słowom autorki w przedmowie, stanowiąca zbiór opowiadań erotycznych pisanych na prywatne zamówienie według wzoru "Bez poezji. Skup się na seksie". I nie da się ukryć, seksu ci w niej dostatek, choć pierwsze kilka opowiadań woła o pomstę do nieba, przypominając wyjątkowo nieudolne próby literackie dorastającej młodzieży, która nie tylko erotycznej ekspresji, ale również prawideł stylu i pisania nauczyć by się powinna. Na szczęście, im dalej w głąb książki, tym opowiadania nabierają wyrazu i ostatnie pięć czy sześć z nich stanowi już rzeczywiście "manifestację kobiecej fantazji erotycznej" w dobrym tego słowa znaczeniu. Na pewno docenią je czytelnicy, których nie razi śmiałość opisów aktów seksualnych. Bo należy zauważyć, że zmysłowość, seksualność i erotyka, jaką prezentuje nam Anais Nin, nie ma nic wspólnego z pornografią. A wartości czy to literackiej, czy też zwyczajnej, obyczajowej, książka ta ma z pewnością więcej niż setka harlequinów z "różowej serii". Mogę więc polecić "Deltę Wenus" i inne utwory Anais Nin wszystkim, którzy chcieliby zobaczyć, jakie były początki kobiecej twórczości erotycznej ponad pół wieku temu. Gdzie jednak owe początki, pełne delikatności i wrażliwości słowa, zaprowadziły tę gałąź literatury... no cóż. "Życie seksualne Catherine M." też ma swoje miejsce na księgarskich półkach. Wybierajcie...
  • Płyńcie łzy moje, rzekł policjant

    Barbara Rompalska 2003-02-27

    KR-3. Korytarz przestrzeni. Wariant wszechświata... No dobrze, ale co tak właściwie przytrafiło się Jamesowi Tavernerowi?!   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jeśli mierzyć wartość książki intensywnością "wczytania" czytelnika w świat utworu, to "Płyńcie łzy moje..." znalazłoby się w czołówce listy moich bieżących osiągnięć czytelniczych - rozpocząwszy bowiem lekturę, nie przerwałam jej ani na moment - nawet w celu zrobienia herbaty - aż dotarłam do ostatniej strony i rozwiązanie zagadki stanęło przede mną otworem. Oderwanie się od czytania w międzyczasie okazało się ponad moje siły (czy też raczej ponad moją ciekawość), a jednak w kwestii oceny... nie, nie mogę dać tej powieści Philipa K. Dicka więcej niż 4 merliny. Po chwili namysłu, nawet z minusem. Bo historia, jaka przytrafia się Jasonowi Tavernerowi, intrygująca i zagadkowa, jakoś nie budzi we mnie żadnego głębszego uczucia. Nic poza chłodną ciekawością naukowca obserwującego pod szkłem mikroskopu szczególny okaz istoty żyjącej. Powodem takiego braku empatii i sympatii jest sama postać Tavernera: gwiazdora TV, showmana uwielbianego przez miliony widzów, a jednak człowieka próżnego i pustego, w odniesieniu do którego fakt wpadnięcia w tarapaty można skwitować tylko obojętnym "I co z tego?". Nie ma tu znaczenia waga problemu naszego bohatera - ot, po niezbyt groźnym ataku zwariowanej fanki-kochanki Taverner mdleje w szpitalu, aby następnie obudzić się w jakimś obskurnym hoteliku na przedmieściach Los Angeles i odkryć, że on, bożyszcze telewizji, nie istnieje jako obywatel. Nie ma go. Nigdzie. W żadnym rejestrze świata wykreowanego przez Dicka nie istnieje żaden Jason Taverner, choć zaledwie dzień wcześniej do nóg padały mu rzesze wielbicieli. Co gorsza, w policyjnym świecie stworzonym przez autora (czyżby dalekie echa "Roku 1984"?), takie nieistnienie to śmierć. Lub w najlepszym wypadku karny obóz pracy. Szok. Bóstwo zdetronizowane. Bohater strącony z wyżyn popularności do slumsów anonimowości zaszczutego, śledzonego zwierzęcia, które na obcym terytorium zdobyć musi tożsamość, znaleźć pomoc i rozwiązać zagadkę. A wokoło na najmniejszą pomyłkę tylko czyhają kapusie, mikronadajniki i bezwzględna policja podejrzewająca globalny spisek. Nie jest łatwo - pomocna ręka zmienia się w zdradę, życzliwość w oskarżenie, sympatia w kłamstwo. Kim jest narwana Kathy? Jaką rolę - dobrego czy złego policjanta - odegra ostatecznie generał Felix Buchman, wrażliwy glina-meloman? A Alys i jej narkotyki? Gdzieś w nich kryje się tajemnica "zniknięcia" Tavernera, szokująca idea światów równoległych, jakże często obecna w tej czy innej formie w powieściach Dicka. To właśnie ta idea sprawia, że "Płyńcie łzy moje..." czyta się z wstrzymanym oddechem, od deski do deski, ale ja jednak wolę "Labirynt śmierci". Gdzie oprócz ciekawej akcji i zaskakującego zakończenia, odczuwam sympatię do bohaterów. Sympatię, której brak mi tutaj, bo niestety... Jason Taverner nie da się lubić.
  • Gdzie ukryto Bursztynową Komnatę

    Barbara Rompalska 2003-02-20

    Wielu szuka(ło). Nie znalazł nikt.   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Można sobie wyobrazić, jakie poruszenie (i zamęt) musiało wzbudzić w środowisku zainteresowanym losami Bursztynowej Komnaty opublikowanie w 2000 roku książki śląskiego historyka, Stanisława Jana Stulina, pt. "Gdzie ukryto Bursztynową Komnatę". O ile mi wiadomo, publikacja ta pociągnęła za sobą eksplorację wskazanego przez autora hipotetycznego miejsca ukrycia zaginionego skarbu (o postępach prac donosiła "Gazeta Wrocławska" i częściowo "Rzeczpospolita"). Pojawiły się pierwsze wyniki, rozpoczęto przygotowywanie raportów. Następnie jednak sprawa ucichła, badacze zamilkli. Czyżby kolejny trop okazał się pomyłką?... Czytając opracowanie pana Stulina , aż trudno w to uwierzyć. Co prawda taki ze mnie historyk, jak z koziego ogona waltornia, ale nawet mnie, laika, zdumiał ogrom szczegółowego materiału zgromadzonego przez autora "Gdzie ukryto Bursztynową Komnatę". Publikacja ta prezentuje bowiem po kolei dzieje Bursztynowej Komnaty, jak też każde potencjalne rozwiązanie zagadki bursztynowego skarbu – czy to wysunięte przez stronę rosyjską czy to niemiecką, jednakowo przecież zainteresowane odnalezieniem prezentu pruskiego króla Fryderyka Wilhelma dla cara Rosji, Piotra I Wielkiego. I każdą z tych hipotetycznych kolei losu Bursztynowej Komnaty drobiazgowo omawia, choć na podstawie relacji świadków i zachowanych dokumentów (często przeczących sobie nawzajem) dochodzi pan Stulin do wniosków zupełnie odmiennych niż historycy (i agenci służb specjalnych), którzy poszukiwania "ósmego cudu świata" prowadzili wcześniej. Wrocławski uczony stanowczo odrzuca wywód, według którego Bursztynowa Komnata spłonęła w Królewcu podczas radzieckiej ofensywy 1945 roku. Neguje jej wywiezienie do Dzikowa, Pasłęka czy Turyngii. I roztacza przed czytelnikiem misterny plan, który antyfaszystowska frakcja niemieckiej szlachty (Aleksander Dohna-Schlobitten) oraz kustosz królewieckiego zamku, Alfred Rohde, mieliby uknuć i brawurowo przeprowadzić, aby uchronić Bursztynową Komnatę przed chciwymi łapami Hitlera i nazistów. Zgodnie z tym planem, jak dowodzi autor książki, Bursztynowa Komnata została wywieziona z Królewca nie w styczniu 1945 (jak wskazuje część dokumentów i zeznań), ale już jesienią poprzedniego roku. Konwój wiozący ją zatrzymał się na postój w Gdańsku, po czym wyruszył dalej. Gdzie? Według polskiego historyka, do śląskiego Bolkowa – którego mieszkańcy zapamiętali przyjazd ciężarówek ze skrzyniami oraz słyszalny przed odjazdem pustych już samochodów głośny wybuch na terenie pobliskiego zamku, oraz na który bezpośrednio wskazuje relacja żołnierza z królewieckiego transportu, zapadła świadkowi w pamięć na skutek charakterystycznej bryły wspomnianej wyżej budowli. Czy rzeczywiście tak było i Bursztynowa Komnata spoczywa przez te wszystkie lata w misternie zamaskowanej piwnicy czy jaskini na Śląsku? Któż to wie?... Pan Stulin zdaje się być tego pewien, choć nietrudno zwątpić w ten kolejny ślad, jeśli weźmie się pod uwagę, jak wiele tropów już zawiodło oraz ile dowodów spreparowano po wschodniej i zachodniej stronie, aby podważyć ewentualny właściwy ślad. Czytając "Gdzie ukryto Bursztynową Komnatę", jednego można jednak być pewnym – godnego podziwu wysiłku autora w zgromadzenie materiału dowodowego oraz następnie konsekwentne prowadzenie swojego wywodu. Może i jest on nieco zagmatwany wskutek mnogości odniesień, przez co książka okazuje się trochę nużąca, ale treści w niej nie brakuje. Dlatego też o ile poszukiwacze romantycznej sensacji uznają tę pozycję za niepotrzebnie uszczegółowioną rozprawę, to czytelnik historycznie zainteresowany losami Bursztynowej Komnaty może potraktować ją za punkt wyjścia do dalszych badań i poszukiwań na podstawie wskazanych wątków. Szkoda jednak, że tylko poszukiwań... bo szukało już wielu. A nie znalazł nikt.
  • Informacja

    Barbara Rompalska 2003-02-13

    Informacja przychodzi nocą. Richard Tull – za dnia.   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jeśli poprzednie części nieformalnego tryptyku Martina Amisa o londyńskim Notthing Hill choć trochę przypominają "Informację" (niestety nie miałam jeszcze okazji ich przeczytać), to nie sposób nie pogratulować autorowi wręcz zdumiewającej umiejętności scalenia groteski z refleksją. "Informacja" jest równie pełna absurdów, jak obserwacji, których siła wyrazu nie słabnie ani na moment przez całe – ho, ho! – 746 stron. Stawiając naprzeciw siebie dwóch pisarzy: Richarda Tulla (autora niepublikowanych gniotów o joyce'owskich ambicjach) oraz Gwyna Barry'ego (wschodzącą z rozmachem gwiazdę brytyjskiej literatury), Amis kpi tak, jak zwykł kpić sobie np. w "Sukcesie", zestawiając czarne i białe, zapomniane i sławne. Ale u podłoża kpiny, stanowiąc zarazem kanwę konfrontacji powieściowych postaci, zdaje się stać wszystko, od osobistej zawiści po układ wszechświata. Richard nienawidzi... o tak... Nienawidzi łatwości, z jaką dawny kumpel ze studiów, miernota jakich wiele, jedną zaledwie powieścią (równie chyba mierną) wdarł się przebojem na listy wydawniczych bestsellerów, podczas gdy on, Richard, pisarz poważny i ambitny, na próżno szuka wydawcy dla swoich opasłych dzieł. Nie rozumie świata uwielbiającego Gwynna, a jednocześnie utrącającego jego, Richarda. Gwyn jest wszystkim. Wszystko to wszechświat. Ergo, Gwyn jest wszechświatem. Richard jest niczym. Nic to próżnia. Czy wszechświat toleruje próżnię? Najwyraźniej nie, bo każdy kolejny perfidny plan Richarda, zmierzający do zniszczenia Gwynna – w sensie twórczym, marketingowym, fizycznym, sportowym – nieuchronnie zawodzi, a specyficzny sposób relacjonowania przez Amisa-syna perypetii pomiędzy protagonistami "Informacji", co rusz wywołuje u czytelnika uśmiech. Szczególny uśmiech, bo ani to rubaszny chichot, ani tym bardziej złośliwy rechot. To uśmiech, jaki wywołać może tylko zetknięcie z dobrym, acz zakamuflowanym żartem. Subtelną ironią. Delikatną kpiną. Wiele ich w tej książce i dlatego właśnie tak bardzo mi się ona podoba. Bo pisać można jak Richard Tull lub jak Gwyn Barry – pod siebie lub pod publikę. Ale pisać jak Martin Amis... No cóż, niewielu to potrafi.
  • Wstrząs
    • Wstrząs
    • Robin Cook
    • (towar niedostępny)

    Barbara Rompalska 2003-02-06

    Jedna biotechnologia, dwie muszkieterki i trzysta stron na scenariusz Bonda w spódnicy.   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Robin Cook to bez wątpienia Ludlum fikcyjnego świata medycznego. Im więcej jednak czytam jego książek, tym bardziej przekonuję się, że słynne powiedzenie premiera Millera o mężczyźnie, którego poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy, nie przydaje temu akurat pisarzowi powodu do dumy. Cook, podobnie jak Ludlum zaczyna każdą historię z rozmachem, doskonale, najczęściej świetnie napisanym prologiem, wprowadzającym czytelnika nie tylko w głąb już, już mającej się zacząć akcji, ale także – dosłownie – w sekretny świat biologii naszego organizmu. Dalej jest z reguły ciekawie, czasami nawet bardzo. Niestety, w momencie zbliżania się do końca powieści wena opuszcza pisarza jak powietrze przekłuty balonik i zakończenie okazuje się albo bardzo uproszczone, albo (co gorsza) bezlitośnie mdłe. Po "Comie" i "Śmiertelnym strachu" uznawałam to jeszcze za przypadek. "Gorączka" kazała mi już to poważnie rozważyć, a po przeczytaniu "Wstrząsu" jestem pewna: zdecydowanie, zakończenia nie są mocną stroną Robina Cooka. A początek zapowiada przecież tak wiele... Joanna i Deborah, doktorantki Harvardu decydują się zostać dawczyniami komórek jajowych w Klinice Leczenia Niepłodności Wingate'a. Placówka ta za nieskomplikowany w sumie zabieg oferuje astronomiczną sumę pieniędzy, która pozwoli dziewczynom bez problemu przeprowadzić się na ponad rok do Wenecji i we włoskiej atmosferze dokończyć pisanie prac doktorskich. Sama klinika co prawda, ze względu na skomplikowane zabezpieczenia i ogólny wystrój, bardziej przypomina skrzyżowanie obozu koncentracyjnego z transylwańskim zamkiem, nalegania lekarzy na poddanie się zabiegowi znieczulenia ogólnego są nieco dziwne, ale po wszystkim czek trafia szybko w odpowiednie ręce i nie wygląda na to, aby należało się czymkolwiek martwić. Gdyby tylko Joanna po powrocie z Wenecji nie uparła się przy sprawdzeniu, co też dokładnie stało się z pobranymi od niej jajeczkami. Do tego momentu "Wstrząs" jest tym, czym być powinien – dynamicznym thrillerem medycznym. Dalej jednak zaczynają się "schody" i Cook wyraźnie ulega wpływom kilku najnowszych filmów o Bondzie. Okay, mogę od biedy przeżyć religijnie stukniętego szefa klinicznej straży. Niewiarygodną łatwość, z jaką dwie nie znające się na rzeczy dziewczyny zdobywają fałszywe tożsamości i pod przybranymi nazwiskami otrzymują pracę w klinice. Wyjątkową szybkość, która pozwala im odkryć manipulacje z ludzkimi klonami i komórkami zaledwie w jeden dzień, w dodatku częściowo przecież spędzony w pracy! Ale nie strawię końca, w którym bohaterki – jeszcze raz podkreślam, że zupełnie zielone w kwestii łamania prawa, włamań etc. – przez pół nocy skutecznie bawią się w kotka i myszkę z uzbrojoną strażą, w nieznanym sobie budynku, nie zostają natychmiast zabite po odkryciu, a co więcej, doświadczają cudownego ocalenia ze strony odpowiednich służb, wezwanych w równie cudowny sposób przez nagle oświeconego chłopaka. Błeee.... Panie Cook. Fantazje medyczne, którą roztacza Pan przede mną we "Wstrząsie", prezentując niewiarygodne możliwości biotechnologii XXI wieku, wystarczą mi najzupełniej do pełnego docenienia lektury. Fantazje nadprogramowe, zbaczające już ze ścieżki zdrowego rozsądku, są więc najzupełniej zbędne. A już zupełną klapą jest ostatnia strona. Czy mógłby mi Pan łaskawie powiedzieć, co też się stało z bohaterkami, bo i kto to ma wiedzieć? Ja?!
  • Trixie Trader

    Barbara Rompalska 2003-01-30

    Trixie ma pecha...   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    ... bo obawiam się, że po wiek wieków każda kolejna czytelniczka (ja też, od razu przyznaję) rozpocznie wgłębianie się w jej historię od odkrywczego komentarza – Jakaż ta Trixie podobna do Bridget Jones! Ale Trixie ma również szczęście, gdyż w zestawieniu z bohaterką Helen Fielding jest może mniej absurdalnie śmieszna, ale za to prawdziwsza. Tak, tak właśnie uważam. Snobistyczna Trixie Trader w żakiecikach od Armaniego, nie gotująca jak Bridget niebieskiej zupy na sznurowadłach, ponieważ od gotowania i zajmowania się domem ma poczciwą, kochaną Lily, upijająca się z przyjaciółką krugiem, ale nie wygłaszająca w feministycznym gronie bojowych apeli o wyższości piwa nad facetem, jednak bardziej pasuje mi do (mojego) stereotypu inwestora bankowego z londyńskiego City niż pasowała mi Bridget do wizerunku Angielki. I może – odpukać – po przeczytaniu "Trixie Trader" nie będzie aż tylu chętnych kobiet naokoło, aby z dumą (sic!) oznajmiać światu "Bridget jest dokładnie taka jak ja!", bo jakoś trudno mi uwierzyć, aby w polskich realiach tysiące przedstawicielek płci pięknej miało od razu na grzbiecie Armaniego, na nogach Jimy'ego Choo, a ręku Gucciego, nie wspominając już o obrocie euroobligacjami w kwotach milionów funtów szterlingów. Tak więc Trixie dystansuje się dość wyraźnie od świata naokoło mnie, a jednocześnie pozostaje odświeżająco zabawna (po tylu naśladowczyniach postaci Bridget) w świecie fikcji stworzonym przez Helen Dunne. Książka bez wątpienia wciąga. Trixie, którą poznajemy od razu z galopu i w galopie w trakcie kolejnego spóźnionego do pracy poranka ma zdecydowanie pechowy dzień – pomijając już skandaliczne spóźnienie, nasza bohaterka wpada na chodniku w małą kolizję z sobowtórem Liama Neesona, otrzymuje w wyniku plamę na spódnicy Prady, a po dotarciu do banku brutalne ostrzeżenie od szefa "Trixie, masz sześć tygodni na zrealizowanie korzystnej transakcji z klientem albo redukujemy Twój etat". Jakby tego nie było dość, przystojny sobowtór aktora okazuje się nowo przyjętym dyrektorem sąsiedniego działu, koledzy w zespole mają dość gburowatości i leserstwa Trixie i w najmniejszym stopniu nie zamierzają pomóc, a każda kolejna próba odwrócenia fatum i zdobycia oferty dla banku kończy się nawet nie fiaskiem, a totalną klapą. Los aż do końca wodzić będzie Trixie za nos, a Was trzymać w napięciu do ostatniej kartki, ba wręcz ostatniego zdania. Ale warto wgryźć się w tę historyjkę o świecie brytyjskich bankierów. Dla rozrywki bardzo dobrze splecionej z odrobiną romantyczności, zdrowej ironii i serdeczności, mówiącej nam o tym, że zawsze gdzieś czekają w odwodzie przyjaciele i On. I że warto czasem przygryźć język przed kolejnym złośliwym komentarzem, skierowanym do zespołu w biurze, aby się o tym przekonać, gdy nadejdzie chwila próby... jakkolwiek patetycznie nie zabrzmiałoby to zdanie, coś w tym jest...
  • Był sobie chłopiec (okładka filmowa)

    Barbara Rompalska 2003-01-09

    Było sobie chłopców dwóch.   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kto obejrzał film, już wie doskonale, o co mi chodzi w powyższym wstępie... Kto nie obejrzał, ma niniejszym świetną okazję, aby wziąć do ręki książkę Nicka Hornby'ego i poczytać, jak to we współczesnym Londynie żyło sobie chłopców dwóch, tak różnych od siebie jak ogień i woda. Jednemu z nich – Willowi Freemanowi (Znamiennie nazwisko, prawda? Will "Wolny strzelec") – lat stuknęło już dobrze z górą trzydzieści, drugiemu – Marcusowi – zaledwie dwanaście. Jeden wędrował przez życie gładko jak po maśle (lub, he... he... jak w supersankach), bez problemów i zobowiązań, drugi (ten mniejszy) nawet na prostej drodze do szkoły przeszkód miał co nie miara, w szkole jeszcze gorzej, a po powrocie do domu stawić trzeba było czoła zwariowanej matce z zaawansowaną depresją. Niewiarygodny przypadek sprawił jednak, że drogi Willa i Marcusa zetknęły się... i tak już pozostało... Komedia romantyczna, którą nakręcono na podstawie "Był sobie chłopiec" jest dokładnie tym, czym ma być: sympatyczną komedią z odrobiną śmiechu i wzruszenia, ale nic poza to. Dopiero książka odkrywa to, co jak zgaduję, zamierzał przekazać nam Nick Hornby. Że gdy normalnością świata stają się rodziny niepełne, rozbite czy rozwiedzione, "dwa to jednak za mało", jak słusznie zauważa Marcus w swoich rozważaniach. Potrzebni są przyjaciele, jakkolwiek czasami dziwni. Potrzebna jest przyjaźń, serdeczność i zrozumienie drugiej strony. Nieważne są różnice osobowości, wiek, stopień (nie)zamożności, gdy w naszym zwariowanym świecie zawiąże się przyjaźń i pielęgnuje ją. Życie jest jak akrobatyczna piramida – trzeba postawić stopy na czyichś ramionach, podstawić swoje ramię pod czyjąś stopę i z zaufaniem i radością patrzeć na tę misterną konstrukcję, trwałą tylko tak długo, jak jej elementy trwają razem. Taki właśnie rodzaj związku powstaje pomiędzy Willem, Marcusem, Fioną, Rachel, Alim, Ellie i innymi, i aż cieplej się robi gdzieś tam w sercu. "Był sobie chłopiec" nie zasługuje może na miano literatury najwyższych lotów. Jest prościutka, w zasadzie stanowi "czytadełko" na dwa wieczory. Ale tyle w niej sympatii! Szczególnie w zakończeniu – zupełnie innym od filmowego – które nie pozostawia wątpliwości, co do dalszych losów bohaterów i gdzie bez zbytecznego marsza Mendelssohna ta miła opowiastka kończy się pomyślnie. I realistycznie, nie cukierkowo.
  • Idąc rakiem

    Barbara Rompalska 2002-12-06

    To się nie kończy. To się nigdy nie skończy.   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Czymże jest "to", które nigdy się nie skończy? W najnowszej książce Guntera Grassa jest ono tworem jednorodnym, a jednak dwojakim – pamięcią, która z jednej strony ma moc oczyszczającą, pozytywną, z drugiej jednak tak samo wiele inklinacji w stronę nienawiści. Jest pamięcią o statku, zarazem pięknym i przerażająco napiętnowanym wojną. Jest też historią "opowiedzianą rakiem", która cofając się pozornie, jednak podąża naprzód. Czy pamiętacie "Kota i mysz" i dorastającego podlotka, Tullę Pokriefke, tę, która zawsze pachniała klejem kostnym i z gdańskimi chłopakami opalała się na rozgrzanym pokładzie wraku na plaży w Brzeźnie? Sięgnijcie pamięcią wstecz, do przedwojennych lat Wrzeszcza i owej bezkompromisowej dziewczęcej postaci, po czym możecie już wziąć do ręki "Idąc rakiem" i zagłębić się w tę opowieść (nowelę, jak zaznacza pisarz), w której splotły się kocio-mysza Tulla i koło historii, które nawet teraz nie przestało się toczyć. Kluczem, którym Gunter Grass otwiera nam ponownie bramę dziejów jest "Wilhelm Gustloff". Dwa słowa, z którymi autor "Idąc rakiem" zapozna nas od podszewki – miejsca urodzin, przedwojennej nazistowskiej kariery, zabójstwa w szwajcarskim kurorcie przez Żyda, który "strzelał, ponieważ jest Żydem", przez pogrzeb, obchody pamięci aż po pierwsze wodowanie pasażerskiego statku nazwanego imieniem poległego bohatera. Podążając raczym szlakiem historii zajrzymy też na dalekie Morze Czarne oraz wschodnie krańce Bałtyku, gdzie niejaki Aleksander Marinesko, kapitan radzieckiej łodzi podwodnej szkoli się w sztuce szybkiego ataku z wynurzenia. Nie zapomnimy o Gdańsku, gdzie w obliczu zbliżającego się frontu w końcu stycznia 1945 roku tysiące niemieckich rodzin (w tym Tulla Pokriefke z rodzicami), dzieci, rannych żołnierzy i poborowych okrętuje się na "Wilhelma Gustloffa", aby tym niewiarygodnie przeciążonym statkiem uciec do swoich, do Niemiec. I nadejdzie w końcu w tej historii dzień 30 stycznia tegoż roku, gdy Aleksander Marinesko, Wilhelm Gustloff, Tulla Pokriefke i przeznaczenie spotkają się na wzburzonych falach, aby torpedy wystrzelone przez łódź podwodną radzieckiego kapitana śmiertelnie raniły niemiecki statek i aby ciężarna gdańska dziewczyna mogła urodzić narratora naszej powieści... To Paul Pokriefke, syn Tulli, powie nam, że "to się nigdy nie skończy". Ma rację. Odkąd w Internecie natrafi na stronę gloryfikującą Gustloffa jako męczennika krwi i upubliczniającą tę straszną katastrofę morską, która zabrała ze sobą więcej ofiar niż Titanic, a jednak przez ponad pół wieku okryta została zasłoną milczenia po obu stronach Żelaznej Kurtyny, Paul przekona się, że historia powraca i uderza ponownie, jak gdyby mszcząc się za owe miliony w lodowatych wodach Bałtyku. Powraca nawet Internetem, a kiedy z wymiaru wirtualnego przekracza próg realnego świata, uderza znowu, równie bezlitośnie i bezsensownie jak w roku 1945. Uderza w samego Paula... Jak? Przeczytajcie "Idąc rakiem". Aby poznać historię tragicznego statku osnutą przez autora na kanwie fikcyjnych bohaterów. Zarówno jako kawałek historii, jak i nowela obyczajowa czyta się doskonale, wciąga bez reszty i skłania do refleksji. W zasadzie to przecież domena Guntera Grassa – owa refleksja nad dziejami wieków, przedstawiona językiem rozwagi (i powagi) – dlatego nie dziwi mnie, że również "Idąc rakiem" zmusza do zadumy. Szczególnie w obliczu zakończenia książki, gdzie Paul z rozpaczą oświadcza nam, że to się nigdy nie skończy. Niestety. Ale milczeć o tym nie można, jak milczano z zasady przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Panie Grass, dziękuję więc, i to nie tylko za książkę, ale również za sam temat.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!